poniedziałek, 13 stycznia 2014

Palmer Eldritch feat. Kidd "Stalker"


Klip do utworu zapowiadającego jedną z bardziej przeze mnie wyczekiwanych w tym roku płyt. Mowa oczywiście o albumie producenckim duetu Palmer Eldritch (nawiązanie do twórczości Philipa K. Dicka). Kawałek z gościnnym udziałem Kidda pt. "Stalker" nawiązuje, zarówno wizualnie jak i tekstowo, do filmu Tarkowskiego o tym samym tytule, będącym z kolei ekranizacją "Pikniku na skraju drogi" braci Strugackich. Szczerze polecam.

sobota, 11 stycznia 2014

rozkminka o vegas


Wydaje mi się, że w wypadku tej książki jej opis trzeba koniecznie poprzedzić króciutkim wstępem przybliżającym postać jej autora i okoliczności w jakich powstała. Hunter S. Thompson to amerykański dziennikarz, w swojej ojczyźnie postać legendarna, ikona wręcz. W kraju nad Wisłą chyba wciąż nie cieszy się taką uwagą na jaką zasługuje, w czym niebagatelną rolę odgrywa na pewno fakt, że zaledwie dwie jego książki zostały przetłumaczone na język polski. Na podstawie obydwu powstały filmy (Las Vegas Parano i Dziennik zakrapiany rumem). Nie każdy jednak kojarzy je z autorem książkowych pierwowzorów. "Lęk i odraza w Las Vegas" to chyba najbardziej znane dzieło autora, który na szerokie wody wypłynął książką pt. "Hell's Angels" opisującą słynny gang motocyklowy. Thompson, chcąc do tematu podejść możliwie najrzetelniej, na prawie dwa lata stał się jego członkiem. Skończyło się to dla niego dotkliwym pobiciem, ale i świetną, podobno, książką. Z biegiem lat Thompson wykształcił swój własny, indywidualny styl dziennikarstwa nazwanego później "gonzo". Polega on na całkowitym porzuceniu dziennikarskiego obiektywizmu, autor danego artykułu staje się jego bohaterem i bierze czynny udział w wydarzeniach przez siebie opisywanych. "Lęk i odraza" spełnia te warunki, warto dodać, że, jak pisze Jakub Żulczyk w posłowiu, "w literaturze amerykańskiej jest klasyfikowana jako powieść non-fiction i wymieniana jako jedno z najsłynniejszych dzieł nowego dziennikarstwa". A wszystko zaczęło się od tego, że Sports Illustrated zaoferowało Thompsonowi napisanie artykułu na 2500 słów o wyścigu motocyklowym Mint 400 odbywającym się w Las Vegas.


Akcja powieści rozpoczyna się w momencie, gdy dziennikarz sportowy Raoul Duke (alter ego Thompsona, pod tym nazwiskiem pierwotnie ukazał się tekst) wraz ze swym adwokatem Dr. Gonzo (w rzeczywistości Oscar Zeta Acosta) zmierza w stronę Las Vegas. Pozornie ich celem są wspomniane wyścigi i napisanie artykułu o nich, ale gdy tylko Raoul (pełniący rolę narratora pierwszoosobowego) zdradza nam zawartość bagażnika, od razu wiemy, że możemy się po nim spodziewać wszystkiego, tylko nie sumiennej relacji z zawodów.
Mieliśmy dwa worki marihuany, siedemdziesiąt pięć kulek meskaliny, pięć bibułek nasączonych ostrym kwasem, solniczkę nabitą kokainą i całą galaktykę tęczowych dołersów, głupawek i nakręcaczy... a także ćwiartkę tequili, ćwiartkę rumu, skrzynkę budweisera, pół litra eteru i sporo amylu.
Powieści przyświeca bardzo sugestywne motto zaczerpnięte z Samuela Johnsona, a brzmiące "ten, kto czyni z siebie bestię, pozbywa się cierpień człowieczeństwa". Bohaterowie kierując się tą myślą ani na chwilę nie schodzą narkotycznego haju, rozbijają się naćpani po całym Vegas, wszędzie gdzie się udają niosą ze sobą chaos i brak szacunku dla wszelkich norm. Sytuacja robi się jeszcze bardziej absurdalna, gdy w drugiej części powieści przenoszą swoją uwagę z wyścigów na policyjną konferencję antynarkotykową, na którą zdobywają wejściówki.

Tak wygląda z grubsza pierwsza warstwa powieści. Szalony, narkotykowy rollercoaster pędzący z maksymalną prędkością, zaledwie kilka razy nieznacznie zwalniając. Jednak sprowadzenie "Lęku" tylko do tego, oznaczałoby potraktowanie go bardzo powierzchowne. W głębszej warstwie książka jest próbą charakterystyki i oceny pewnej epoki. Książka została napisana w roku 1971. Bohaterowie wciąż powtarzają, że ich prawdziwą misją jest poszukiwanie "amerykańskiego snu". Poprzednia dekada, lata sześćdziesiąte, które w pewnym sensie stworzyły bohaterów powieści, pełne były ideałów i śmiałych założeń, które miały dać ludziom lepszą przyszłość. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło, a rzeczywistość wokół przypomina koszmar. Skojarzyło mi się to z rozmową jaką przeprowadzał niedawno Żakowski z Romanem Polańskim. Pytał się reżysera o to jak zmieniło się Hollywood po zabójstwie Sharon Tate i innych przez bandę Mansona. Odpowiedź brzmiała: diametralnie. Wcześniej ludzie wychodząc z domu zostawiali drzwi otwarte na oścież, po tym tragicznym wydarzeniu zaczęli kupować broń i psy. W powieści nazwisko Mansona doczekało się kilku wzmianek, doskonale bowiem oddaje zmiany zachodzące wokół. Narkotyki brane przez bohaterów w ilościach hurtowych również są tego przykładem. Przecież według hipisowskich proroków LSD miało przynieść oświecenie, tymczasem okazuje się, że nie jest to niczym więcej jak drogą donikąd. Przykładów na to jest o wiele więcej, a ich zwieńczeniem jest słynny monolog o fali, który Thompson najczęściej czytał na spotkaniach autorskich, gdy ktoś poprosił o przeczytanie na głos jakiegoś fragmentu. Ja jednak najbardziej zapamiętałem inny cytat, krótki lecz nie mniej wymowny. W pewnym momencie bohater kradnie gazetę, by rzucić okiem na nagłówki:
Lektura pierwszej strony przywróciła mi dobry nastrój. W porównaniu z tymi zbrodniami moje postępki były niewielkie i bez znaczenia.
Książkę czyta się bardzo szybko (w moim przypadku dwa wieczory), napisana jest prostym lecz bardzo żywym i komunikatywnym językiem, akcja jest wartka, pełna czarnego humoru, a sposób narracji umiejętnie wprowadza nas w stan lekkiego zagubienia jakie musieli odczuwać bohaterowie lektury. Jej dopełnieniem są znakomite ilustracje autorstwa Ralpha Steadmana. Książka stanowi też materiał do licznych przemyśleń i zachęca do sięgnięcia po kolejne dzieła autora. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że kilka tytułów w oryginale można po całkiem niezłej cenie dopaść na allegro, więc jeśli ktoś zna angielski, to może skorzystać. Ja chyba się skuszę.

Na koniec chciałbym jeszcze pochwalić tłumaczy. Nie czytałem oryginału, ale wydaje mi się, że wykonali dobrą robotę, a dodatkowe brawa należą się za liczne przypisy objaśniające nam przytaczane przez autora nazwiska i wydarzenia.

Tym, którzy chcieli by bliżej poznać arcyciekawą sylwetkę Huntera S. Thompsona, polecam świetny film dokumentalny pt. "Gonzo: The Life and Work of Dr. Hunter S. Thompson". Z polskim lektorem można obejrzeć tutaj (z polskim tytułem to się popisali, nie ma co).



Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html

rozkminka o dniach wideo

Skoro już poruszyłem temat deskorolki wpisem o "Sorry", to pomyślałem, że powinienem napisać o jeszcze jednym filmie, równie, a może nawet bardziej przełomowym, a poprzedzającym produkcję Flipa o ponad dekadę. Jednak głównym powodem dla którego chciałbym poruszyć ten temat jest rzucenie światła na deskorolkowe korzenie dwóch panów biorących wówczas udział w tym przedsięwzięciu, a dziś znanych i uznanych bohaterów hollywoodzkiego światka. Panowie ci to po pierwsze Spike Jonze, reżyser tak genialnych filmów jak "Być jak John Malkovich" i "Adaptacja", twórca licznych teledysków. Po drugie Jason Lee, aktor znany z chociażby z filmów Kevina Smitha czy serialu "Mam na imię Earl".

Kariery obu panów zaczęły się jednak od filmu firmy Blind zatytułowanego "Video Days". Już w chwili premiery uznany przez deskorolkowe środowisko za film tworzący historię i wyznaczający dalszą drogę rozwoju skateboardingu, a dziś nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości, że ma do czynienia z legendą. Spora w tym zasługa Spike'a, który był kamerzystą, a później film zmontował. Jego poczuciu humoru zawdzięczamy przykładowo fakt, że pod pierwszy przejazd podłożony jest utwór "I Want You Back" zespołu Jackson Five, co zdecydowanie kontrastowało z typowymi dla ówczesnych filmów deskorolkowych ostrymi kawałkami punkowymi. By zaś uzyskać prawa do tego utworu, Spike ściemnił, że film ma być rodzajem kampanii antyalkoholowej piętnującej siadanie za kierownicą po pijaku. Stąd takie a nie inne zakończenie filmu. To dzięki "Video Days" anonimowy dotychczas Spike Jonze został dostrzeżony przez Sonic Youth i poproszony o nakręceniu teledysku do utworu "100%". Na planie poznał Sofię Coppolę, swoją późniejszą małżonkę, co na pewno nie zaszkodziło jego późniejszej karierze. Co najważniejsze jednak, mimo kolejnych sukcesów na arenie już międzynarodowej, nie odciął się od swych deskorolkowych korzeni. W 1993 został współzałożycielem firmy Girl Skateboards i w jej późniejszych filmach był autorem krótkich, humorystycznych przerywników.

Z kolei Jason Lee już od końca lat 80-tych utrzymywał się z jazdy na deskorolce. W owych czasach jego umiejętności zdecydowanie wyróżniały się na tle pozostałych, o czym świadczy choćby fakt, że w "Video Days" jego przejazd umieszczony jest na końcu, a jak wiadomo miejsce to zawsze jest zarezerwowane dla najlepszego członka teamu. Jason Lee zapisał się w historii deskorolki wyjątkowo ładnie wykonywaniem triku o nazwie 360 flip. To właśnie w filmie Blinda wypatrzył go Kevin Smith, by później zaangażować go do jednej z głównych ról w swoich "Szczurach z supermarketu". W międzyczasie Lee wraz ze swym przyjacielem Chrisem Pastrasem założył firmę Stereo, która w 1994 wypuściła film pt. "Visual Sound", bardzo ciekawy pod względem nomen omen, wizualnym i muzycznym. Również Jason, mimo rozwoju swej aktorskiej kariery, wciąż podtrzymuje swe związki z deskorolką. Świadczy o tym wiele rzeczy, na przykład krótki przejazd w stosunkowo nowym filmie Stereo zatytułowanym Way Out East! czy wizyta na skateparku w Berrics.

Nie są to oczywiście wszystkie osoby zaangażowane w "Video Days". Obowiązkowo należy wspomnieć o żywej legendzie deskorolki jaką jest Mark Gonzales. Był on prekursorem ulicznego stylu jazdy jaki panuje dzisiaj. Jako pierwszy robił triki na poręczach, od jego nazwiska został nazwany słynny gap na Embarcadero przez który jako pierwszy przeskoczył (by po paru latach zrobić tam jeszcze kickflipa). Jako pierwszy zeskoczył z czterech schodów na Wallenbergu i zrobił jeszcze kilka trików, które z miejsca przeszły do legendy. W filmie jeździ do utworu Johna Coltrane'a i jego entuzjazm aż bije z ekranu. Gonzales jest zresztą człowiekiem-orkiestrą, oprócz deskorolki od zawsze parał się ogólnie pojętą sztuką, zajmuje się malarstwem, fotografią, tworzy ziny, jest pisarzem i poetą.

Kolejnym bohaterem, którego przejazd rozpoczynał film, był czternastoletni wówczas Guy Mariano, cudowne dziecko deskorolki. To co wyczyniał naprawdę było poza wszelką dyskusją, w niczym nie ustępował swoim starszym kolegom. Pięć lat później jego przejazd zamykał film Girl Skateboars pt. "Mouse" i był to już poziom o którym nikomu się nawet nie śniło. Później Guy popadł w uzależnienie od narkotyków, by w 2005 powrócić do profesjonalnej deskorolki.

W filmie wystąpili jeszcze Rudy Johnson, który na tle kolegów wyróżniał się elegancją jazdy i Jordan Richter, którego specjalnością była rampa. O nich jednak moja wiedza jest nikła. Johnson występował później w filmach Girl i Chocolate.





A tak panowie wyglądali po dwudziestu latach od premiery:

środa, 8 stycznia 2014

rozkminka o intruzie


"Intruz" to trzecia powieść Faulknera, po "Światłości w sierpniu" i "Koniokradach", za jaką się zabrałem. Zaczynałem jeszcze "Wściekłość i wrzask", nie przebrnąłem przez początek, ale zamierzam do niej powrócić w jakimś bardziej dogodnym momencie. Tymczasem zaś wziąłem na warsztat dzieło napisane na rok przed przyznaniem pisarzowi Nagrody Nobla. Mając już jako takie doświadczenie z faulknerowską prozą, wiedziałem mniej więcej czego mogę się spodziewać, bo zaznaczyć muszę, że wspomniane powyższe pozycje bardzo przypadły mi do gustu.

Na początku powinienem wspomnieć o rzeczy, która wiele osób może od "Intruza" odstraszyć, mianowicie o formie. Faulkner pisał tę książkę stosując jedną ze swoich ulubionych technik literackich - strumień świadomości. Po zakończeniu lektury usiłowałem sobie przypomnieć, czy było tam choć jedno zdanie pojedyncze. I dochodzę do wniosku, że, poza dialogami, chyba nie. Co więcej, bywało nieraz, że w misternie skonstruowane zdanie wielokrotnie złożone za pomocą nawiasów zostaje wtrącone kolejne zdanie, równie skomplikowane, a dotyczące jakiejś dygresji. Książka wymaga nieustannego skupienia, wystarczy chwila nieuwagi i już musimy cofnąć się o pół strony, by zorientować się o co w ogóle chodzi w zdaniu, które właśnie czytamy. Przyznaję, że mi przedzieranie się przez tę gęstwinę sprawiało jakąś, zapewne niejednokrotnie masochistyczną przyjemność, nie zdziwiłbym się jednak, gdyby ktoś w pewnym momencie miał dość. Ale taka już specyfika tego autora.

Jeśli kogoś poprzedni akapit nie odstraszył, to przejdźmy do treści. Umiejscowienie akcji nikogo nie zaskoczy, jesteśmy na amerykańskim Południu i doświadczamy tego każdym zmysłem. W mojej ocenie największym atutem powieści jest to jak sugestywnie Faulkner maluje słowem swoją krainę. Rzadko mam tak, by czytając książkę tak wyraźnie widzieć opisywaną w niej scenerię, zwykle skupiam się na fabule, relacjach bohaterów etc. W tym przypadku jednak najbardziej zachwyciła mnie możliwość zwiedzenia tak odległej, zarówno pod względem przestrzeni jak i czasu, krainy.

Akcja utworu opisywana jest z perspektywy nastoletniego, białego chłopca, Charlesa Mallisona. Jednak spiritus movens całej fabuły jest ktoś inny, a mianowicie niejaki Lucas Beauchamp, murzyn żyjący na ziemi pana Edmondsa, przyjaciela wuja młodego Charlesa. Przed kilkoma laty między Charlesem a Lucasem zawiązała się specyficzna więź, gdy ten ostatni uratował tego pierwszego przed utonięciem w strumieniu, w dodatku nie przyjął za to od niego pieniędzy. Teraz zaś pechowy murzyn oskarżony jest o zabójstwo, a co do jego winy nie ma najmniejszych wątpliwości, w końcu przyłapano go niemal na gorącym uczynku, gdy stał nad zwłokami Vinsona Gowriego, ze swym świeżo wystrzelonym pistoletem w kieszeni. Cudem nie zostaje zlinczowany na miejscu i szeryf zamyka go w areszcie, by tam zaczekał na uczciwy proces. Choć samo to czy się doczeka stoi pod znakiem zapytania, bowiem rodzina Gowrie, podobnie jak inne rodziny z podokręgu czwartego, siedziby osobników podejrzanego autoramentu do której nikt o zdrowych zmysłach nie wybiera się po zmroku, a murzyni omijają je nawet za dnia (tam właśnie miało miejsce zabójstwo), nie zwykła pozostawiać sądowi wymierzania kary za tego typu zniewagi.

Uwięziony Lucas prosi o wizytę wuja młodego Charlesa, wziętego adwokata Gavina Stevensa. Gdy jednak orientuje się, że ten nie uwierzy w jego tłumaczenia, swoje życie powierza w ręce jego siostrzeńca. To właśnie on rozpoczyna śledztwo, które rzuci światło na kulisy tajemniczego zabójstwa.

Sama intryga nie jest szczególnie wymyślna i chyba nawet nie miała taka być. Jest raczej pretekstem pozwalającym autorowi, na tle tej niecodziennej sytuacji snuć rozważania na temat sytuacji na Południu, relacji biali-czarni, rasizmu etc. Czyta się to ciekawie, zwłaszcza, że temat ten jest ukazany jako bardzo niejednoznaczny i trudny do ujęcia w jakiekolwiek ramy. Moją uwagę przykuły słowa jakie pisarz włożył w usta wuja-adwokata:
Pewnego dnia Lucas Beauchamp będzie mógł zabić białego człowieka strzałem w plecy tak samo nie narażając się na pętlę linczu czy płomień benzyny, jak gdyby to zrobił biały człowiek; przyjdzie czas, że będzie mógł głosować wszędzie i zawsze tak, jak biały człowiek, i będzie mógł posyłać swoje dzieci wszędzie do tej samej szkoły, do której chodzą białe dzieci, i podróżować wszędzie tam, gdzie i biały człowiek, tak jak podróżuje biały człowiek. Ale nie stanie się to w najbliższy wtorek.

Trzeba pamiętać, że wszystkich tych rzeczy, a także wielu innych, czarni byli pozbawieni w czasach gdy Faulkner to pisał. Na szczęście okazał się dobrym prorokiem, choć trzeba było jeszcze ładnych paru lat ludzkiego wysiłku, by te zmiany miały miejsce. A i dziś znajdzie się niejeden idiota dla którego te sprawy nie są oczywiste.

Jeszcze jedna refleksja naszła mnie w trakcie czytania "Inruza". Trudno mi określić kiedy konkretnie dzieje się opisywana tu historia, ale z kilku tropów wnioskuję, że jakoś po II Wojnie Światowej (chociażby odniesienia do bomby atomowej). Skoro książka opublikowana była w 1948, to przypuśćmy, że opisuje czasy "współczesne". Byłem w lekkim szoku, gdy zdałem sobie sprawę, że przecież jest to ten sam okres, w którym Jack Kerouac udał się na wyprawę autostopem przez całe Stany. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć jak to możliwe, że te dwa światy, wyzwoleni bitnicy i dźwigające jarzmo swych uprzedzeń Południe, mogły egzystować obok siebie. Cóż, zdarza się i tak, jak by podsumował Vonnegut. Pozwoliło mi to na pewno spojrzeć na Amerykę tamtego okresu z szerszej perspektywy.




Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html

rozkminka o flipie

Ostatnio, zupełnie przypadkowo, trafiłem na youtube na udostępniane przez French Freda materiały "behind the scenes" z filmu Flipa pt. "Sorry". Muszę przyznać, że podziałały na mnie trochę tak, jak słynna magdalenka na pana Prousta. Ale zacznijmy od początku: o co w ogóle chodzi z tym całym Flipem, kim jest French Fred i dlaczego "Sorry" nie ma na Filmwebie? Flip Skateboards to wywodząca się z Wielkiej Brytanii firma deskorolkowa. French Fred to Fred Mortagne, znany fotograf i twórca filmów deskorolkowych. Filmy deskorolkowe zaś, to bardzo ciekawa forma promocji jaką stosują deskorolkowe filmy. Otóż w ciągu kilkudziesięciu minut każdy sponsorowany przez firmę deskorolkowiec prezentuje co potrafi, z reguły na ulicznych miejscówkach. Na początku były to oczywiście miejscówki w jednym mieście, te na których jeżdżono zazwyczaj, jednak w czasach gdy kręcono "Sorry" normą było, że firmy fundowały swoim podopiecznym przejażdżki po całym świecie. Stąd chociażby ujęcia z Paryża czy Barcelony.

Bo deskorolka to specyficzny "sport". Wtajemniczeni wiedzą, że o klasie zawodnika wcale nie świadczą wyniki na zawodach (które wielu najlepszych po prostu olewa), a właśnie materiały nagrane z myślą o filmie. Pamiętam, że gdy w 2005 w Krakowie odbywały się zawody Etnies, na które zjechała się śmietanka skejterów z Europy i Stanów, to z prawdziwą przyjemnością słuchaliśmy późniejszej relacji pochodzącego z Krakowa Igora, który w wakacje gościł w Augustowie i opowiadał jak na owych zawodach radził sobie team Flipa. Że Salabanzi nie dojechał z powodu kontuzji, że Arto Saari skupił się na poszukiwaniach dobrego zioła, że Tom Penny nawet na chwilę nie wyszedł z knajpy, a Boulala wystartował będąc nieźle wciętym. I tego od nich oczekiwaliśmy, no ale uprzedzam fakty.

"Sorry" kręcone było od roku 2000, a premierę miało w 2002. Ja obejrzałem ten film po raz pierwszy w 2004 razem z sequelem "Really Sorry" wydanym w 2003 (to jest w ogóle ciekawa sprawa, był to okres przechodzenia od wydawania filmów na VHS do DVD i normą było wtedy, że film najpierw wychodził na kasecie, a po jakimś czasie wychodziła wersja DVD wzbogacona o dodatki. Flip się nie cackał i na DVD wyszedł sequel). Pamiętam, że film wywarł na mnie ogromne wrażenie i choć skończyłem go oglądać po jedenastej w nocy, to mimo to wziąłem deskę i naładowany pozytywną energię wyszedłem na osiedlową uliczkę skleić parę trików i podenerwować sąsiadów hałasem. Film wywarł podobne wrażenie nie tylko na mnie, ale i na całej ekipie z którą wtedy śmigałem. Oglądaliśmy go po wielokroć, jego bohaterowie byli naszymi mistrzami i często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu "jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek" etc. Wielu zwyczajnie naśladowało różne pozadeskowe szaleństwa wspomnianego Boulali.

Film w ogóle zaczyna się od wielkiej niespodzianki, gdyż pierwszą osobą jaką widzimy na ekranie jest... Johnny Rotten kojarzony głównie z Sex Pistols (choć ja o wiele bardziej cenię Public Image Ltd). Podstarzały punkowiec pełni w filmie rolę konferansjera, rozpoczyna go, kończy i zapowiada przejazdy kolejnych członków teamu. Siła tej ekipy tkwi w jej zróżnicowaniu, które nie przeszkadza jej w całkowitym zgraniu się i stworzeniu zwartej całości. Poza tym żaden z nich nie jeździ poniżej poziomu, który można określić jako mistrzowski, przy czym każdy ma swój własny, indywidualny styl. Kalifornijski piękniś Appleyard, szwedzki panczur Boulala, fruwający pod niebo Chalmers z Kanady, 15-letni Francuz z Kongo Salabanzi, nie znający lęku Rowley z Liverpoolu, śmigający po rampach duńczyk Glifberg, tajemniczy outsider Tom Penny z Oxfordu i wreszcie na finał, nomen omen Fin Arto Saari, którego występ Rotten poprzedza wstępem "you know, i'm looking at my notes here and i'm surprised that Arto Saari almost died twice while making this film

Dzieła dopełnia genialnie dobrany soundtrack, równie zróżnicowany jak osobowości bohaterów filmu. Jest Placebo, jest Edith Piaf, David Bowie, jest DJ robiący szuru-buru na break beatach i inni.

Warto wspomnieć o sequelu, który jest również świetny, jednak moim zdaniem pozbawiony genialności pierwowzoru. Nie występują w nim także Chalmers i Glifberg. W całości bowiem postawiono na street, a team wzbogacił się tym sposobem o Danny'ego Cereziniego (króciutki przejazd) i PJ Ladda (świetny przejazd dowodzący, że "silence is golden").

W 2009 wyszła trzecia część zatytułowana "Extremely Sorry", jednak to już nie było to. Mimo że triki na najwyższym poziomie, to zniechęcały zmiany w ulubionej ekipie (skład z czasów "Sorry" po tylu latach jestem w stanie wymienić z pamięci obudzony w środku nocy), do tego nie byłem już dzieciakiem by ślepo się jarać jakimiś tam skejterami. Ale sentyment do pewnego okresu w życiu i historii pozostał, jak widać. Mam nadzieję, że każdy ma swój prywatny odpowiednik mojego "Sorry", który wywołuje w nim podobne emocje, bo to coś pięknego.