Pokazywanie postów oznaczonych etykietą william faulkner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą william faulkner. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

rozkminka o absalomie


Dawno nie napisałem nic o ksiażkach, nie wiedzieć czemu, mam przed tym jakiś dziwny opór. Niniejszy wpis będzie więc w dużym stopniu wymuszony, ale mam nadzieję, że przerwie złą passę i dzięki niemu zacznie się dziać trochę więcej w tej kwestii.

Jakiś czas temu dostałem cynk o towarzystwie tzw. intelektualistów, zbierających się w prywatnym mieszkaniu (niemal jak tajne komplety), by prowadzić dyskusje o wyznaczonej wcześniej lekturze. Całe to przedsięwzięcie wydało mi się intrygujące, a że moje koneksje umożliwiały mi wejście postanowiłem się tym zainteresować. Dodatkową zachętą okazało się to, że lekturą, której miało być poświęcone spotkanie, było "Abasalomie, Absalomie" Faulknera, powieść, którą od dawna miałem w swoich czytelniczych planach. Do tej pory jednak przed jej lekturą odstraszało mnie moje nieuzasadnione, jak się okazało przekonanie, że jest to lektura wyjątkowo trudna (największy wpływ miała chyba na to mała i gęsta czcionka, onieśmielająca już podczas kartkowania). Na spotkanie, jak się okazało, ostatecznie nie dotarłem, ale książkę w końcu przeczytałem, tyle dobrego.

Bo przymierzałem się od niej od już od dłuższego czasu. Stała na półce ładnych parę lat, ale lekturę wciąż odkładałem na później. Wydawało mi się, że będzie ona w najwyższym stopniu wymagająca i trudna. Takie miałem wrażenie, gdy patrzyłem na pierwszą stronę i moim oczom ukazywała się mała, gęsta czcionka, ukazująca typowe dla Faulknera zdania wielokrotnie (nieraz do sześcianu) złożone. Jednak, gdy powodowany wyżej przywołanymi okolicznościami, zabrałem się za lekturę, okazało się, że moje obawy były wysoce przesadzone. Owszem, "Absalomie, Absalomie" to w żadnym razie nie czytadło, z którym można zapoznawać się jednym okiem, w tym samym czasie oglądając film i słuchając muzyki; wymaga znacznej koncentracji, ale gdy raz damy się wciągnąć w tok opowieści, wszystko zaczyna iść jak po maśle.

Historia ukazana w powieści rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a perspektywa przedstawiających ją czytelnikowi narratorów, znających ją z drugiej, trzeciej, a nawet czwartej ręki, wydłużają ten okres do niemal stulecia. Przy sposobie prowadzenia narracji warto zatrzymać się na dłużej. Jedynie Rosa Coldfield, której wspomnienia roztaczane przed młodym Quentinem Compsonem rozpoczynają powieść, miała bezpośrednią styczność z pewną częścią kluczowych wydarzeń, bądź znała osobiście zaangażowanych w nie ludzi. Pozostali narratorzy, a jest ich trzech - ojciec Quentina, znający wydarzenia z opowieści swego ojca, sam Quentin, który zabawia opowieścią swego kolegę ze studiów i w końcu ów kolega, który zbierając do kupy wszystko co usłyszał, stara się ułożyć z tego jakąś logiczną całość, która doprowadziłaby do wniosków, pozwalających mu zrozumieć naturę Południa. Wszystko to, podane w sposób całkowicie stojący na bakier z rzeczywistą chronologią wydarzeń, powoduje, że całą historię musimy sobie ułożyć w głowie jak wieloelementowe puzzle.

Centralną postacią, spiritus movens, jest Thomas Sutpen, który pewnego pięknego dnia roku pańskiego 1833, w iście westernowym stylu pojawia się "znikąd" w hrabstwie Yoknapatawpha (o którym później). Kupuje ziemię, buduje posiadłość i osiada w niej wraz z pośpiesznie poślubioną córką jednego z mieszkańców miasteczka. Co nim powodowało i jaki cel mu przyświecał, do tego próbują dotrzeć po latach ci, których pozornie jego historia nie dotknęła, a jednak wciąż, po tylu latach, nią żyją. Mnie Sutpen kojarzył się w pewnym sensie z Gatsbym, tytułowym bohaterem słynnej powieści Fitzgeralda. Podobna determinacja w dążeniu do celu, imponująca rezydencja jako jeden ze środków, jednak zupełnie inne wydarzenia będące podłożem jego działań. Ciążące nad nim fatum, przesądzające jego los, a także losy wszystkich, z którymi w ten czy inny sposób się związał, paradoksalnie sprawia wrażenie jednocześnie wyjątkowo złośliwego, jak i całkowicie zasłużonego.

Kluczowe dla utworu wydaje mi się zagadnienie pamięci i tego, w jak wielkim stopniu jesteśmy uzależnieni od przeszłości, nawet tej, która zdaje się nie mieć dla nas znaczenia. W powieści uwidocznia się to na dwóch płaszczyznach. Jedna z nich to historia Sutpena, a raczej tych, którzy po latach wspominają jego i wszystkie skutki jego działalności. Co ciekawe, choć wersje narratorów nie wykluczają się nawzajem i raczej nie mamy wątpliwości co do ich wiarygodności (sam Faulkner o niej zapewniał, wypowiadając się o książce), to każde z nich podchodzi do swej opowieści z zupełnie innym ładunkiem emocjonalnym i dla każdego znaczy ona coś zupełnie innego. Zaś drugą płaszczyzną jest historia amerykańskiego Południa, którą obserwujemy w tle. Życie w cieniu przeszłości, której potęga została brutalnie ucięta klęską wojny secesyjnej, staje się balastem, który ciążyć będzie jeszcze bardzo długo. W tej pięknej wizji świata, zakończonej tym kataklizmem, nie ma miejsca na niewygodne tematy, a jednak to chyba właśnie milczenie o nich zdaje się konstytuować tę zbiorowość.

Na koniec chciałbym jeszcze na chwilę powrócić do Yoknapatawpha. Jest to w pełni fikcyjne hrabstwo, wymyślone przez Faulknera na potrzeby jego powieści i stanowiące miejsce akcji kilkunastu z nich. Bardzo mi się ten zabieg podoba, wraz z kolejną przeczytaną książką czuję się, jakbym powracał na stare śmieci. Czy znacie jeszcze jakieś tego typu powieści, gdzie to właśnie tło jest niezmienne, a zmieniają się bohaterowie (choć powtarzają się jacyś epizodyczni lub pierwszoplanowi stają się w kolejnej epizodycznie czy vice versa)?

środa, 8 stycznia 2014

rozkminka o intruzie


"Intruz" to trzecia powieść Faulknera, po "Światłości w sierpniu" i "Koniokradach", za jaką się zabrałem. Zaczynałem jeszcze "Wściekłość i wrzask", nie przebrnąłem przez początek, ale zamierzam do niej powrócić w jakimś bardziej dogodnym momencie. Tymczasem zaś wziąłem na warsztat dzieło napisane na rok przed przyznaniem pisarzowi Nagrody Nobla. Mając już jako takie doświadczenie z faulknerowską prozą, wiedziałem mniej więcej czego mogę się spodziewać, bo zaznaczyć muszę, że wspomniane powyższe pozycje bardzo przypadły mi do gustu.

Na początku powinienem wspomnieć o rzeczy, która wiele osób może od "Intruza" odstraszyć, mianowicie o formie. Faulkner pisał tę książkę stosując jedną ze swoich ulubionych technik literackich - strumień świadomości. Po zakończeniu lektury usiłowałem sobie przypomnieć, czy było tam choć jedno zdanie pojedyncze. I dochodzę do wniosku, że, poza dialogami, chyba nie. Co więcej, bywało nieraz, że w misternie skonstruowane zdanie wielokrotnie złożone za pomocą nawiasów zostaje wtrącone kolejne zdanie, równie skomplikowane, a dotyczące jakiejś dygresji. Książka wymaga nieustannego skupienia, wystarczy chwila nieuwagi i już musimy cofnąć się o pół strony, by zorientować się o co w ogóle chodzi w zdaniu, które właśnie czytamy. Przyznaję, że mi przedzieranie się przez tę gęstwinę sprawiało jakąś, zapewne niejednokrotnie masochistyczną przyjemność, nie zdziwiłbym się jednak, gdyby ktoś w pewnym momencie miał dość. Ale taka już specyfika tego autora.

Jeśli kogoś poprzedni akapit nie odstraszył, to przejdźmy do treści. Umiejscowienie akcji nikogo nie zaskoczy, jesteśmy na amerykańskim Południu i doświadczamy tego każdym zmysłem. W mojej ocenie największym atutem powieści jest to jak sugestywnie Faulkner maluje słowem swoją krainę. Rzadko mam tak, by czytając książkę tak wyraźnie widzieć opisywaną w niej scenerię, zwykle skupiam się na fabule, relacjach bohaterów etc. W tym przypadku jednak najbardziej zachwyciła mnie możliwość zwiedzenia tak odległej, zarówno pod względem przestrzeni jak i czasu, krainy.

Akcja utworu opisywana jest z perspektywy nastoletniego, białego chłopca, Charlesa Mallisona. Jednak spiritus movens całej fabuły jest ktoś inny, a mianowicie niejaki Lucas Beauchamp, murzyn żyjący na ziemi pana Edmondsa, przyjaciela wuja młodego Charlesa. Przed kilkoma laty między Charlesem a Lucasem zawiązała się specyficzna więź, gdy ten ostatni uratował tego pierwszego przed utonięciem w strumieniu, w dodatku nie przyjął za to od niego pieniędzy. Teraz zaś pechowy murzyn oskarżony jest o zabójstwo, a co do jego winy nie ma najmniejszych wątpliwości, w końcu przyłapano go niemal na gorącym uczynku, gdy stał nad zwłokami Vinsona Gowriego, ze swym świeżo wystrzelonym pistoletem w kieszeni. Cudem nie zostaje zlinczowany na miejscu i szeryf zamyka go w areszcie, by tam zaczekał na uczciwy proces. Choć samo to czy się doczeka stoi pod znakiem zapytania, bowiem rodzina Gowrie, podobnie jak inne rodziny z podokręgu czwartego, siedziby osobników podejrzanego autoramentu do której nikt o zdrowych zmysłach nie wybiera się po zmroku, a murzyni omijają je nawet za dnia (tam właśnie miało miejsce zabójstwo), nie zwykła pozostawiać sądowi wymierzania kary za tego typu zniewagi.

Uwięziony Lucas prosi o wizytę wuja młodego Charlesa, wziętego adwokata Gavina Stevensa. Gdy jednak orientuje się, że ten nie uwierzy w jego tłumaczenia, swoje życie powierza w ręce jego siostrzeńca. To właśnie on rozpoczyna śledztwo, które rzuci światło na kulisy tajemniczego zabójstwa.

Sama intryga nie jest szczególnie wymyślna i chyba nawet nie miała taka być. Jest raczej pretekstem pozwalającym autorowi, na tle tej niecodziennej sytuacji snuć rozważania na temat sytuacji na Południu, relacji biali-czarni, rasizmu etc. Czyta się to ciekawie, zwłaszcza, że temat ten jest ukazany jako bardzo niejednoznaczny i trudny do ujęcia w jakiekolwiek ramy. Moją uwagę przykuły słowa jakie pisarz włożył w usta wuja-adwokata:
Pewnego dnia Lucas Beauchamp będzie mógł zabić białego człowieka strzałem w plecy tak samo nie narażając się na pętlę linczu czy płomień benzyny, jak gdyby to zrobił biały człowiek; przyjdzie czas, że będzie mógł głosować wszędzie i zawsze tak, jak biały człowiek, i będzie mógł posyłać swoje dzieci wszędzie do tej samej szkoły, do której chodzą białe dzieci, i podróżować wszędzie tam, gdzie i biały człowiek, tak jak podróżuje biały człowiek. Ale nie stanie się to w najbliższy wtorek.

Trzeba pamiętać, że wszystkich tych rzeczy, a także wielu innych, czarni byli pozbawieni w czasach gdy Faulkner to pisał. Na szczęście okazał się dobrym prorokiem, choć trzeba było jeszcze ładnych paru lat ludzkiego wysiłku, by te zmiany miały miejsce. A i dziś znajdzie się niejeden idiota dla którego te sprawy nie są oczywiste.

Jeszcze jedna refleksja naszła mnie w trakcie czytania "Inruza". Trudno mi określić kiedy konkretnie dzieje się opisywana tu historia, ale z kilku tropów wnioskuję, że jakoś po II Wojnie Światowej (chociażby odniesienia do bomby atomowej). Skoro książka opublikowana była w 1948, to przypuśćmy, że opisuje czasy "współczesne". Byłem w lekkim szoku, gdy zdałem sobie sprawę, że przecież jest to ten sam okres, w którym Jack Kerouac udał się na wyprawę autostopem przez całe Stany. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć jak to możliwe, że te dwa światy, wyzwoleni bitnicy i dźwigające jarzmo swych uprzedzeń Południe, mogły egzystować obok siebie. Cóż, zdarza się i tak, jak by podsumował Vonnegut. Pozwoliło mi to na pewno spojrzeć na Amerykę tamtego okresu z szerszej perspektywy.




Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html