Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knigi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knigi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Selfie

Na facebooku Literackie Skarby Świata Całego Ania wrzuciła swoje selfie z książką Hrabala w ramach akcji na okoliczność Światowego Dnia Książki. I chociaż od tego dnia już trochę czasu minęło, a selfie to zupełnie nie moje klimaty, tak się złożyło, że akurat pod ręką miałem aparat i Zwrotnik Raka. Późniejsze z dwóch wydań, które posiadam. Pierwsze kupiłem, gdy po raz pierwszy opuściłem dom rodzinny, wyjeżdżając na studia. Rok 2007 i ja w wersji dziewiętnastoletniej. Książka Millera wywarła na mnie ogromny wpływ i od tamtej pory zawsze wymieniałem ją wśród najważniejszych w moim życiu. Po latach wyszło jej nowe wydanie - większy format, twarda okładka. Kupiłem w zasadzie tylko po to, żeby mieć ją na półce. Ale po jakimś czasie nie wytrzymałem i rozpocząłem ponowną lekturę, pomimo obaw. Było przecież bardzo prawdopodobne, że po tych z górą dziesięciu latach książka zwyczajnie nie dotrzyma kroku roli, jaką pełniła w moich wspomnieniach. Ku mojemu zaskoczeniu i radości Zwrotnik Raka jest ponadczasowy. Oczywiście w moim przypadku, zdaję sobie bowiem sprawę, że chociażby na takim Lubimy Czytać opinie na jego temat są skrajnie różne. Ale to już nie mój problem.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Z dala od księżyca, czyli "Młode skóry" Barretta


a ci co zostali kumple od kielicha życia
wzrokiem obłąkanym spoglądają spode łba
do Anglii by chcieli, lecz nie polecieli
to nie dla nas, mówią, kasa to nie dla nas zanęta
ale nocami zostawiają w tych knajpach nielicznych na kuflach perły łez

Beztoł - Ulice Augustowa

Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby w opowiadaniach Barretta pozmieniać imiona bohaterów oraz nazwy miejscowości i ich ulic, moglibyśmy mieć tu do czynienia chociażby z podkarpacką prowincją rodem z czytanych przeze mnie niedawno Przemytników Janczury. Mniej istotna jest tu irlandzka specyfika, chodzi raczej właśnie o pewną uniwersalność małych miasteczek, które, w przeciwieństwie do Andrzeja Bursy, nie wszyscy mają tam, gdzie on. Taki chociażby Barrett reprezentuje twórców, którzy twórczą satysfakcję znajdują w pochylaniu się nad ludźmi i miejscami z pozoru nieatrakcyjnymi i za sprawą pogrążania się w marazmie niezaskarbiającymi sobie sympatii obserwatorów.

Bohaterowie Nagich skór to mieszkańcy małego miasteczka, którzy już chyba na zawsze pozostaną jego niewolnikami - z jednej strony mają poczucie, że do tego miejsca nie przynależą, że ogranicza ono ich życiowe aspiracje, z drugiej zaś brakuje im choćby krzty determinacji, by w swoim życiu coś zmienić. Kolejne lata przesiadują w tych samych knajpach, zalewając smutki (między innymi piwem Karpackie, warto odnotować) w towarzystwie tych samych, podobnych sobie ludzi. Z nudów opowiadają sobie ciekawostki o Saharze, na której zwłoki się nie rozkładają, bo wysusza je słońce. Nie zdają sobie sprawy, że sami już upodobnili się do tychże zwłok. Tragiczne wydarzenia, jak na przykład porwanie małego chłopca, jest jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, w końcu coś się dzieje, wreszcie można porozmawiać o czymś nowym.

Co sprawia, że pobliskie wielkie miasto, zdawałoby się pełne perspektyw, jest dla nich tak odległe. Córka właściciela małomiasteczkowej knajpy, do której przystawia się barman, tłumaczy swemu absztyfikantowi, że z jego perspektywy miasto to równie dobrze mogłoby się znajdować na księżycu. Trudno winić otoczenie, przecież większość mieszkańców doskonale się tam odnajduje, inni opuścili rodzinne strony, by gdzie indziej budować udane życie. Powracają nieliczni rozbitkowie, by na stałe dołączyć do grona zalewających smutki w knajpach. To trzydziestolatkowie, którzy poczuli, że dotknęła ich starość, a siebie samych z czasów szkolnych określają mianem młodych skór, jakby wtedy nie byli jeszcze ludźmi, a człowieczeństwo pojawiało się dopiero wraz z uczuciem nieprzystosowania i życiowej przegranej. "Trzydziestka - wiek strachu" - konstatuje gorzko jeden z bohaterów filmu Gnoje na podstawie Białego kruka Stasiuka, których bohaterowie mogliby z powodzeniem wystąpić w jednym z opowiadań Barretta.

W którymś momencie ich życia nastąpiło coś, co wypełniło ich dusze paraliżującym strachem. Łatwo ten moment uchwycić w przypadku bohatera opowiadania "Wytrzymać we własnej skórze", w jego przypadku skaza jest fizyczna - ot, wchodził do knajpy w momencie, gdy stojący na stole pijany osiłek zapowiedział rozbawionemu audytorium, że kopnie w twarz pierwszą osobę, która przekroczy próg lokalu. O tej chwili przypomina mu teraz codziennie paskudna blizna i wzrok, który nieustannie na sobie czuje. W tym przypadku łatwiej nam pojąć jego sytuację. Co jednak z innymi, którzy w "najlepszym" przypadku zdobywają lokalną sławę mołojecką jako dilerzy, pozostający na usługach posuniętych w latach wytwórców-hurtowników, przez kolejne dekady coraz bardziej okopanych w swej paranoi.

Zdarzają się też jednostki, które, tak jak bohaterowie ostatniego opowiadania, pomimo opisanej wyżej trwogi zdołali umknąć z miasta, lecz pewne niezałatwione sprawy z przeszłości wciąż ich z nim wiążą. Pogrzeb dawnej kochanki skłania ich do powrotu, choć w decydującym momencie wolą się raczej ukryć w knajpie. Nasuwa się pytanie, czy ta konfrontacja z przeszłością będzie szansą do wyzwolenia się od niej, czy wręcz przeciwnie, strach sprzed lat na nowo nimi zawładnie i znów dołącza do grona sparaliżowanych nim życiowych rozbitków.

piątek, 26 października 2018

Po dwakroć schwytana, czyli "Nowiny ze świata" Jiles


Zdarza się, że na swej drodze spotykamy ludzi, którzy w naszych oczach stanowią trudne do uchwycenia połączenie zwykłego, podobnego nam człowieka, z historią powszechną znaną nam z podręczników. Sam o agresji Niemiec na Związek Radziecki czytam jak o wydarzeniu, które mogłoby równie dobrze być fikcyjne; mój dziadek zaś w swoich wspomnieniach opisuje, jak "w niedzielę 22 czerwca 1941 roku rano obudził mnie huk jak grzmot i przeraźliwe warczenie samolotów". Nie chodzi zresztą tylko o tak widowiskowe wydarzenia. Choćby sam okres PRL-u dla mnie, moich rówieśników i ludzi młodszym od nas jest w istocie nieco tajemniczym amalgamatem wspomnień bliższych i dalszych nam ludzi, książek historycznych, literatury pięknej, czy filmów, dotyczących tego okresu. Nigdy nie będzie on dla nas czymś zwyczajnym, codziennym. A jednak znajdzie się przecież multum osób, które funkcjonowały wtedy bez świadomości, że "żyją w ciekawych czasach".

Również bohater Nowin ze świata Paulette Jiles, kapitan Jefferson Kidd w oczach sobie współczesnych na dobre splótł się z historią Stanów Zjednoczonych. Bieg jego życia wyznaczały kolejne wojny. Walczył w trzech, na różnych etapach swojego życia. W pierwszej, wojnie roku 1812 wziął udział jeszcze jako nastolatek. Kolejnej, amerykańsko-meksykańskiej doświadczał jako niespełna pięćdziesięciolatek. Ta, co do której żywi nadzieję, że będzie ostatnią w jego życiu, to oczywiście wojna secesyjna (na nią wyruszył z kolei, będąc już po sześćdziesiątce). Obecnie mamy zaś rok 1870, a kapitan, jak przystało bohaterowi powieści gatunkowo zbliżonej do westernu, podróżuje od miasta do miasta. I chociaż jak bohater i zarazem narrator świetnej gry Call of Juarez: Gunslinger mógłby oddawać się wspomnieniom swoich przygód i roztaczać przed gronem słuchaczy wizję dawnego siebie, on zdaje się uciekać od nich najdalej, jak tylko to możliwe.

Kapitan utrzymuje się z zawodu, który w dzisiejszych czasach chyba trudno nam sobie nawet wyobrazić. Jednak w dobie dość powszechnego analfabetyzmu, połączonego z niedoborem rozrywek, profesja, polegąjąca na objazdowym, publicznym odczytywaniu gazet, nie jest pozbawiona sensu. Kidd wozi ze sobą pokaźny zapas, jak najbardziej różnorodnej prasy (dla mieszkańców poszczególnych miejscowości często zwyczajnie niedostępnych) który stale uzupełnia, a dla każdego miasta, które odwiedza, przygotowuje indywidualny wybór artykułów. Co ciekawe, unika tekstów, które bezpośrednio dotykałyby słuchaczy, dotyczyły ich spraw bieżących. Zdaje sobie sprawę, że mógłby w ten sposób dość szybko wywołać awanturę. Zamiast tego woli roztoczyć wizję wydarzeń z dalekiego świata, która audytorium odciągnie od codziennych trosk.

Przeczytał artykuł z "Philadelphia Inquirera" o poszukującym gdzieś w Turcji śladów wietrznej Troi doktorze Schliemannie. Czytał o tym, że udało się przeciągnąć druty telegraficzne od Wielkiej Brytanii do Indii, artykuł z kalkuckiego "Timesa" przesłany do londyńskiego "Daily Telegraph", dowód postępu technicznego, który wydawał się wręcz nieziemski. (...) Na koniec przeczytał o nieszczęsnym szkunerze Hansa, zmiażdżonym w paku lodowym, gdy próbował dopłynąć do bieguna północnego, i o rozbitkach uratowanych przez statek wielorybniczy.

Z codziennej rutyny wytrąca kapitana misja, której podejmuje się trochę wbrew sobie. Wymawia się od niej jak może, jednak zleceniodawca nie pozwala mu się wykręcić. I nagle, z dnia na dzień, kapitan staje się opiekunem dziewczynki, porwanej przed czterema laty przez Indian z plemienia Kiowa. Wychowywana przez nich, zdaje się być teraz raczej Indianką. Jest przerażona, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że znów została porwana, tym razem odebrana przybranym rodzicom przez współplemieńców, którzy wzięli do serca groźby rzecznika do spraw Indian, który zarzeka się, że zakończy plagę porwań dzieci. Przy okazji zaś odnoszą materialne korzyści, gdyż zwyczajnie sprzedają ją pierwszemu lepszemu napotkanemu białemu.

Od tego momentu śledzimy wspólną podróż tak niecodziennego duetu. Dziewczynka z trudem przypomina swoją przedindiańską przeszłość, stara się zrozumieć nowy dla niej świat, którego nawet kapitan, tak mocno i od tak wielu lat w nim osadzony zdaje się do końca nie pojmować. A może nawet zwyczajnie pojmować go nie chce, wraz ze swymi słuchaczami uciekając do egzotycznych dla nich krain i wydarzeń. Teraz zaś musi przez wiele mil eskortować dziewczynkę, by dostarczyć ją do jej wujostwa, które od lat jej poszukuje. Już sama podróż jest niemałym wyzwaniem. Po pierwsze, Indianie wciąż stanowią zagrożenie, które choć już niebawem stanie się nostalgicznym wspomnieniem z kart Na południe od Brazos, teraz pozostaje jak najbardziej realne. Po drugie, choć od zakończenia wojny secesyjnej minęło już pięć lat, Teksas wciąż nie doszedł do ładu i toczy jak najbardziej westernowa anarchia.

Czarnobrody uśmiechnął się. Panie, tu nie ma żadnych władz lokalnych, powiedział. Nie ma szeryfa. Ludzie Davisa go wykopali. Nie ma żadnego sędziego ani burmistrza, żadnych komisarzy. Davis i armia federalna wszystkich wywalili. No bo każdy służył w armii konfederackiej albo pełnił urząd w Konfederacji, i koniec pieśni. Tylko że nikogo tu nie przysłali na zastępstwo. To żeśmy sami się tym zajęli. No i to z nami musisz się pan rozliczyć.

Jakby tego było mało, kapitan, choć podjął się tego zadania i zamierza je wykonać, od samego początku dręczą go wątpliwości. Jest doskonale świadomy losu, jaki stał się udziałem innych odebranych Indianom białych dzieci - samobójstwa, alkoholizm. Zdaje sobie sprawę, że kolejni mieszkańcy traktują dziewczynkę tak, jakby jej czteroletni pobyt wśród Indian (od szóstego do dziesiątego roku życia) był nowiną ze świata, którą odczyta im ona jak kapitan. Nie mieści im się w głowie, że biała jak oni osoba mogłaby przeżyć taką przemianę. Jedyne tłumaczenie jakie im przychodzi do głowy, to eliksir, jakim poją Indianie porwane dzieci, by stały się one tak dzikie jak oni. Tym samym to właśnie ona staje się w ich oczach nowiną ze świata. Egzotyczną ciekawostką, która jednak na dobrą sprawę nie dotyczy ich życia. Może się tylko do nich dostosować lub pozostać im obcą, oni jednak nie wyciągną do niej ręki.

Kapitan jest jedyną osobą, która zadaje sobie trud, by dziewczynkę zrozumieć i porozumieć się z nią. Nie wie jednak, jak mógłby jej pomóc i czy ewentualna pomoc jest w ogóle możliwa. Gdy wraz z kolejnymi przebytami milami i wspólnie przeżytymi przygodami coraz silniejsza staje się więź, łącząca tę dwójkę, z jednej strony rośnie nadzieja czytelnika, że być może happy end będzie możliwy, choć z drugiej proporcjonalnie silniejsze stają się obawy przed bolesnym rozczarowaniem. Nie pozostaje mu jednak nic innego, jak wraz z dwojgiem głównych bohaterów odbyć podróż do próby zrozumienia. By lektura nie była jedynie nowiną ze świata, a czymś co dotknie nas bezpośrednio i skłoni do refleksji.

wtorek, 9 października 2018

Człowiek w kasynie życia codziennego, czyli "Gracz" Potiomkina


Na hasło Gracz każdy, kto w jako takim stopniu obeznany jest z literaturą, pomyśli o dziele Dostojewskiego, którego sama historia powstania intryguje swą hazardową otoczką. Autor, zapalony gracz, zadłużony po uszy, chociaż był w trakcie pisania zupełnie innej książki, został przez wydawcę niemal zmuszony, by napisał coś "na wczoraj". Gdy usłyszałem tę historię, od razu zainteresowałem się wspomnianym dziełem i przy najbliższej okazji po nie sięgnąłem. Muszę niestety przyznać, że przeżyłem rozczarowanie. Cała fabuła była zwyczajnie nudnawa, nie odczułem zupełnie dreszczu emocji, którego oczekiwałem - przeniesionego przez karty książki uczucia, gdy wiruje ruletka i ważą się nasze losy; podwoimy fortunę, czy zostaniemy z niczym. Dopiero zakończenie utworu w dwójnasób zrekompensowało wcześniejsze braki. Czytało się je w napięciu, jednak dominowała myśl, że gdyby cały utwór był taki, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem, a tak czegoś jednak zabrakło.

Mimo to Gracz za sprawą samego autora pozostaje swego rodzaju pomnikiem, gdy więc ktoś postanawia powieści o hazardziście nadać ten sam tytuł, musi liczyć się z tym, że ze swojego przedsięwzięcia zostanie surowo rozliczony. A gdy za tym nawiązaniem stoi rosyjski pisarz, dochodzimy do wniosku, że jest to przedsięwzięcie, na które mógłby poważyć się tylko Rosjanin, taki jakim go sobie wyobrażamy. Wariat, przesiąknięty bezsensowną brawurą, w swej istocie przypominający tych, którzy wspinają się na dźwigi. Zresztą taki jest właśnie główny bohater utworu, choć jego brawura nie objawia się w tak bezpośrednio zagrażający życiu sposób. Jurij Ałtynow to tytułowy gracz - to oczywiste stwierdzenie jest jednocześnie jak najbardziej wyczerpującą charakterystyką protagonisty. Młodzieniec ów musi dostać się z Rostowa do Moskwy i chociaż stać go na dowolny środek transportu, z pełnym rozmysłem wybiera pociąg, gdyż wychodzi z założenia, że w tym mikroświecie nie będzie się nudził. Oczywiście ma rację.

Pociąg jako miejsce akcji utworu literackiego nieuchronnie przywodzi na myśl inne arcydzieło rosyjskiej literatury, a mianowicie Moskwa-Pietuszki. W tym przypadku jednak nawiązanie jest o wiele bardziej luźne niż przy wspomnianym wyżej tytule. Tak jak w poemacie Jerofiejewa (ale także, nomen omen, filmowym Pociągu Kawalerowicza) mamy tu do czynienia z pełnym przekrojem społeczeństwa, począwszy od klasy pierwszej, aż do tych najdalszych. Świat poza nim przestaje istnieć, sprowadza się do pejzażu, namalowanego na szybach. Każdy z pasażerów ma swój cel, do którego dąży, a gdy na jego drodze stanie Ałtynow ze swoim, musi doprowadzić to do nieuchronnych komplikacji.

A co jest celem Ałtynowa? Gra. Nic więcej. I dzięki temu go polubiłem, choć pozornie nie powinien wzbudzić mojej sympatii. Jakże irytująca jest przecież postać, której od pierwszych stron powieści wszystko udaje się w wielkim stylu. Niezrównany aktor, znakomity kanciarz (czy jest w ogóle możliwe, by wyrzucić na kostce taką liczbę, jakiej akurat sobie zażyczymy? Nie wiem, ale Ałtynow to potrafi), dysponujący poza tym zadziwiającą siecią kontaktów i nieograniczonymi zasobami finansowymi. Dość powiedzieć, że natychmiastową zmianę trasy pociągu załatwia jednym telefonem.

Szybko jednak zdajemy sobie sprawę, że pieniądze, które w kolejnych rozgrywkach zdobywa, w ogóle go nie interesują. Pobudki, które mu przyświecają mają więcej wspólnego ze światem sztuki, artystów do reszty owładniętych perspektywą swojego dzieła. Przypomina w tym Roberta, drobnego kanciarza z Drugiego zabicia psa Hłaski, miłośnika Szekspira, który oszukiwanie bogatych wdów przygotowuje z precyzją godną spektaklu teatralnego. I to sam akt jest tu najważniejszy i zatracenie się w nim, a oklaski lub ich brak są rzeczą wtórną i nieistotną, przynależną do innego, mniej pełnego życia, niż to poświęcone bez reszty swojej pasji.

(...) jestem artystą, graczem. Graczem w każdym szczególe, w każdej scenie realnego życia. Bez gry jestem martwy. Pieniądze dla mnie są dodatkiem, najważniejsze jest nieustanne tworzenie. Non stop. Dwadzieścia cztery godziny na dobę - gra. Gra totalna. Gram na bożym polu i na boisku diabła. Gram nawet z samym sobą. Lewa ręka gra przeciw prawej. Moje serce gra przeciw mojej duszy. Gram we śnie, w łóżku, z pieśnią miłosną i z uczuciem nienawiści, gram z dziećmi i ze starcami, z bliskimi i z obcymi. Moja śmierć będzie ostatnim rozegranym przeze mnie spektaklem.

Dostrzec to wszystko najpełniej pozwala postać pozornie epizodyczna, będąca jednak rewersem Ałtynowa. Choć w każdym calu inna, to paradoksalnie taka sama, właśnie dzięki podzielanej graczowej pasji. Podstarzały, niespełniony aktor z prowincjonalnego miasteczka, którego warunki bytowe zmusiły go do wykreowania w prawdziwym życiu postaci kleptomana (wbrew pozorom wymagało to niebywałego kunsztu, nie wystarczy przecież zacząć kraść, by ludzie zaczęli mówić "to kleptoman"), dostaje niebywałą szansę. Stanie się trybikiem w misternym planie Ałtynowa, odegra w ten sposób rolę, do której przygotowywał się całe życie. Niespodziewanie pokieruje też losy samego reżysera w rejony, o których ten nawet nie śnił. I pozwoli się przekonać, że żadna komplikacja nie jest straszna, dopóki toczy się gra. A gra toczy się tak długo, jak gramy.

Książkę wypożyczyłem z domowej biblioteczki Piotrka aka Ambrose z Klubu A+A - zarówno za wakacyjną gościnę, jak i za możliwość przeczytania Gracza serdecznie dziękuję!

piątek, 27 kwietnia 2018

W bramie #05 - "Pozwól rzece płynąć"

Ja tych filmików nie oglądam, ale może ktoś będzie...

czwartek, 26 października 2017

rozkminka o skrzypcach


Choć od mojej lektury Ukrytych skrzypiec minęły już dwa miesiące z hakiem, książka ta wciąż za mną chodzi i czuję, że nie zamknę związanego z nią życiowego rozdziału, jeśli nie poświęcę jej tych kilku słów. Jest to o tyle zaskakujące, że treść owego zbioru dykteryjek, jak byłbym skłonny je nazwać, natchniona jest duchem mieszczańskim, który zazwyczaj mnie drażni i irytuje. W tym przypadku jednak było zupełnie inaczej, co każe mi zastanowić się nad przyczyną tego stanu rzeczy.

Na książkę trafiłem, jak to często ze mną bywa, przez przypadek - buszowałem wśród bibliotecznych półek w poszukiwaniu czegoś niewielkiego objętościowo i w dziale z literaturą czeską moją uwagę przykuł mój ulubiony kolor, w którym utrzymana była okładka opisywanej tu pozycji. W następnej kolejności zainteresował mnie fakt, że jej autor pisarzem był niejako dodatkowo, a znany był głównie jako aktor i reżyser. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, jeśli się mylę, mam nadzieję, że ktoś wyprowadzi mnie z błędu.

W każdym razie życie aktora i ogólnie artysty kojarzy mi się automatycznie z pewną dozą szaleństwa i mniejszego lub większego dystansu wobec społecznych norm i konwenansów. Przypomina mi się od razu anegdota o Zdzisławie Maklakiewiczu, który swojej ciotce, nobliwej starszej pani, tłumaczył jak wygląda zawód aktora. Gdy usłyszała ona o tych wszystkich wódeczkach za kulisami i stosunkach płciowych w mieszkaniach samotnych koleżanek, wykrzyknęła zgorszona: "bój się Boga, Zdzisiu! I to tak codziennie?". "Nie, ciociu. Poniedziałki mamy wolne", brzmiała odpowiedź.

Spodziewałem się więc czegoś w tym stylu, a otrzymałem coś diametralnie innego. Pozostając przy odniesieniach do świata filmowego, chciałbym przypomnieć film Słomiany wdowiec z 1955. Główny bohater, na co dzień mąż, ojciec i pracownik biura, zostaje postawiony przed dwoma wydarzeniami, które w swym połączeniu straszą go perspektywą wywrócenia jego życia do góry nogami. Po pierwsza, żona i syn wyjeżdżają na wakacje. Po drugie, do mieszkania piętro wyżej wprowadza się młoda i piękna blondynka (Marilyn Monroe, z tego filmu pochodzi słynna scena z wywietrznikiem). Przed pokusami której musi się oprzeć. W swojej wyobraźni, jako widzowie zdajemy sobie doskonale sprawę, że wszelka aktywność pozostaje w sferze jego mrzonek. W gruncie rzeczy jest bowiem mieszczaninem skutecznie zaimpregnowanym na jakiekolwiek wyskoki; każda taka próba ma wymiar par excellance komiczny.


Taki jest też narrator Ukrytych skrzypiec - z tą różnicą, że w jego życiu nie pojawia się Marilyn Monroe, a on sam nie podejmuje żadnych niecodziennych czynności. Choć w tych zwykłych, chciałoby się rzec rutynowych, odnajduje pokłady tajemniczości, pisząc o nich tak, że razem z nim mamy wrażenie, jakbyśmy doświadczali ich za każdym razem coraz częściej. Autor zdaje nam się sugerować, że przy odpowiednim podejściu do świata i najbliższego otoczenia w naszym życiu, niezależnie od tego, jak sobie je ułożyliśmy, nie będzie miejsca na nudę.

Na tej samej zasadzie nie będzie też miejsca na irytację i inne tego typu złe emocje. Przykładem może być tytułowa teoria "ukrytych skrzypiec", którą główny bohater tłumaczy synowi, gdy przed kolejnym weekendowym wyjazdem znów czekają na żonę/matkę, która chcąc się należycie przygotować, wypędza na tę okoliczność swych mężczyzn z mieszkania. Ci zaś czekają na nią cierpliwie w samochodzie, ale choć czas pędzi nieubłaganie, a pani domu wciąż z niego nie wychodzi, oni nie popadają w zniecierpliwienie, po prostu kontemplują to jak kolejną zagadkę, jaką stawia przed nami życie.

Cały zbiorek składa się właśnie z tego rodzaju dywagacji, w swym tonie nieraz zahaczających o poważne, filozoficzne rozważania, w temacie zaś oscylujących wokół codziennych i pozornie nieskłaniających do refleksji codziennych spraw. Trąci być może nieco myszką model związku, w którym mężczyzna, pozostając przez dłuższy okres sam w domu może jedynie z niedowierzaniem przyglądać się nagłemu pomnażaniu się rzeczy ("Po trzech dniach jestem ze wszech stron otoczony garnkami, a jest ich więcej, niż mogłem użyć i naprawdę użyłem. Są wszędzie... (...) To samo talerze, sztućce, ołówki, koszule, rondelki, buty, książki i wszelkie drobiazgi potrzebne człowiekowi we dnie i w nocy. (...) A przedmiotów wciąż przybywa. Nadchodzi moment, że wśród tego wszystkiego zaczynasz się gubić. Parzysz kawę w nieodpowiednim naczyniu, a mieszasz ołówkiem. Trzeci dzień już nie jesz śniadania, bo nie możesz znaleźć korkociągu. Bliski jest dzień, gdy do poniewierających się w całym mieszkaniu resztek jedzenia zacznie ściągać robactwo"). Jednak delikatność, poczucie humoru i kunszt pisarski skutecznie rekompensują te bądź co bądź nieznaczne akcenty dziś już zwyczajnie anachroniczne.

środa, 14 czerwca 2017

rozkminka o mareczku

Czterdzieści osiem lat temu zmarł Marek Hłasko... Ja też się nie najlepiej czuję ;)

poniedziałek, 20 marca 2017

W bramie #01 - "Eteromanka"

Kumpel napisał książkę i z tej okazji powstał taki ni to wywiad, ni to rozmowa. Niby mamy mamy patent, żeby to był taki program, w którym będziemy gadali o różnych ciekawych rzeczach, ewentualnie zapraszali jakichś gości, a debiut jednego z nas jest dobrym punktem wyjścia do debiutu takiej inicjatywy. W przypadku tego odcinka wszystko odbyło się dość spontanicznie, bez przygotowania, trochę na wariata, trochę niedomagaliśmy sprzętowo, a co gorsze po raz pierwszy występowałem w roli niby prowadzącego, więc miejscami jest nieco kulawo. Ale jak to powiedziała moja babcia, gdy po dragach wylądowałem w szpitalu: "zawsze to jakieś doświadczenie". Mam nadzieję, że na tym nie poprzestaniemy i jeszcze przynajmniej kilka rozmów uda się przeprowadzić. Tymczasem polecam wszystkim książkę mojego ziomala i jego facebookowy fanpage No i oczywiście sam filmik, zapraszam do bramy:

poniedziałek, 13 lutego 2017

rozkminka o gestapo


Jest taki cykl fantasy, obecnie już chyba nieco zapomniany, a mianowicie Czarna Kompania. Jego autor, Glen Cook, zrewolucjonizował nurt fantasy, wprowadzając doń zwykłych ludzi. Do tej pory bohaterami typowymi dla tego nurtu byli ci, którzy coś znaczyli. Królowie, czarodzieje i wybrańcy, którzy, nawet jeśli do tej pory niczym się nie wyróżniali, okazywali się osobami predestynowanymi do ocalenia świata. Tutaj, chociaż królowie, czarodzieje i wybrańcy byli gdzieś w tle, uwaga czytelnika skupiała się na grupie najemników - prostych, silnych facetów, najczęściej uciekających przed swą niezbyt chwalebną przeszłością. A Czarna Kompania nakazywała wręcz pozostawienie przeszłości za sobą i dawała delikwentowi schronienie i azyl, przy zastrzeżeniu, że oddział można opuścić tylko nogami do przodu. Co za tym idzie rekruci składali się z desperatów, ludzi bynajmniej nie kryształowych.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o powieściach Svena Hassela, z miejsca skojarzyły mi się z opisywanym wyżej cyklem. Różnica polegała na tym, że ich akcja nie była umiejscowiona w fikcyjnym świecie, a w jak najbardziej konkretnym czasie i miejscu. Europa, II Wojna Światowa, mówiąc najogólniej. Akcja ich zaś rzekomo miała być inspirowana doświadczeniami samego autora, choć jak wieść niesie, tyle miało to wspólnego z jego prawdziwymi przeżyciami, co powieści Karola Maya o Dzikim Zachodzie. Ale nic to. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności lektury o jednostce karnej Wehrmachtu (wcześniej zapoznałem się z ich "kolegami po fachu" z drugiej strony frontu, polecam Karny batalion). Wiedziałem, że spodziewać się mogę literatury brutalnej i rzeczywiście tak było. Choć mógłbym powiedzieć, że to kolejna opisywana przeze mnie powieść łotrzykowska, określenie to brzmi zdecydowanie nie dość dosadnie. Powieść skurwysyńska wydaje się odpowiedniejsze.

Przypomniało mi się, jak zacząłem oglądać genialny serial Black Sails. Początkowo, choć zachwycony nawiązaniami do uwielbianej przeze mnie Wyspy skarbów, narzekałem na to, że bohaterowie, z pozoru krwiożerczy i bezlitośni piraci, zwyczajnie dają się lubić. I chociaż począwszy od drugiego sezonu nie byłem w stanie powiedzieć o tym serialu nic negatywnego, to zapamiętałem ten mój pierwszy zarzut i pragnienie, by w końcu obejrzeć coś, gdzie twórcy nie będą przymilali się widzowi, tworząc postacie, z którymi będzie się utożsamiał. Gdzie bohaterowie bez wyjątku będą wzbudzać w najlepszym wypadku niechęć. Byłby to zabieg z pewnością ryzykowny, ale za to jakże ożywczy. Niebawem zabiorę się za oglądanie już czwartego sezonu Black Sails, a moje marzenie zdążyło się ziścić właśnie za sprawą Gestapo. Jej strony można przemierzać na wzór Diogenesa z latarnią w ręku, ale nie znajdzie się tam człowieka, jedynie hobbesowskie wilki. Opowieść skupia się na kilku członkach karnej jednostki, weteranów, którzy z niejednego pieca chleb jedli i choć brzmi to niewiarygonie, w warunkach, w jakich się znaleźli, spełniają się najlepiej.
Jedni wolą nóż, jak Pustynny Włóczęga. Inni karabin z lunetką jak Porta. A Julius, na przykład, miotacz ognia. Sven ze swej strony najlepiej daje sobie radę z granatami, a ty, Stary, jesteś mistrzem pistoletu maszynowego. (...) Ja osobiście wolę ponad wszystko pętlę. (...) Sami powinniście raz tego spróbować. To takie zabawne, gdy oni zmieniają kolor twarzy. A potem oczy...
O gustach się nie dyskutuje, chciałoby się żartobliwie powiedzieć, choć słowa te mogą uwięznąć nam w gardle, trudno bowiem przejść do porządku dziennego nad tak cynicznym i rutynowym wręcz okrucieństwem i bestialstwem. Musimy jednak mieć świadomość, że przez te niespełna pięćset stron nie będziemy mieli do czynienia z niczym innym. Nie ma tu choćby promyka nadziei, nawet nie dziesięciu, ale jednego człowieka sprawiedliwego. Skoro wojna nawet w najporządniejszych jednostkach rozbudza jak najgorsze instynkty, łatwo, choć niekoniecznie przyjemnie, jest sobie wyobrazić jak w jej warunkach odnajdują się ludzie nawet w czasach pokoju stojące na bakier z jakąkolwiek moralnością, a z takimi właśnie mamy tu do czynienia. Radzą sobie oni całkiem nieźle, po każdej potyczce w specjalnych książeczkach zapisują ilość zabitych przez siebie przeciwników, dowódca potwierdza to swym podpisem, a osiągnięcie odpowiedniej liczby jest najkrótszą drogą do honorowego odznaczenia. Kojarzy się to nieodparcie z punktami doświadczenia z gier rpg, a także ze sceną z Sensu życia według Monty Pythona, gdzie żołnierz po zakończonej bitwie stoi po kolana w zwłokach i chłodno konstatuje:
Lepiej niż w domu. W domu aresztują cię za zabójstwo, tutaj dają ci karabin i pokazują, jak go używać. Zabiłem piętnastu tych łotrów. W domu by mnie powiesili, a tu dadzą mi, kurwa, medal!

Narratorem jest niejaki Sven, choć, co ciekawe, nie daje nam tego odczuć i w trakcie lektury raczej się o tym nie pamięta, a narracja może sprawiać wrażenie trzecioosobowej, aż raz na jakiś czas nie padnie imię narratora lub nie użyje on zaimka "my". Bo "ja" nie uświadczymy. Można wręcz odnieść wrażenie, że Sven ukrywa się za wyczynami swoich kumpli, które opisuje. O tym, co sam robi i co przeżywa, jakie są jego przemyślenia, nie raczy wspomnieć. Czyżby w rzeczywistości nie był jedynie bezczynnym świadkiem, dystansującym się od okrucieństw, które go otaczają? Być może tak naprawdę to on wiedzie prym, a jego niezaangażowana opowieść to coś w rodzaju zeznania, mającego wybielić się poprzez oczernianie innych? W tym kontekście zastanowić się można, jak interpretować jego opis wydarzeń, których świadkiem nie był i nie miał o nich bezpośredniej wiedzy. Z czasem bowiem akcja przenosi się z frontu wschodniego do Berlina i mniej opisuje przygody bojowców, a bardziej skupia się na pracownikach służby więziennej i ich metodach, a także, jak można się bez trudu domyślić, na więźniach. W sporej części są to anegdoty w stylu niemal szwejkowskim, choć mniej w nich sowizdrzalskiego humoru, a więcej brutalnej i wulgarnej dezynwoltury.

Jednak jeśli już trafimy na kogoś, kto nie jest być może okrutny i krwiożerczy, a co więcej jest ofiarą takich właśnie ludzi, jest on zwyczajnie zbyt głupi i naiwny, byśmy mogli go polubić. W najlepszym razie możemy mu współczuć. Z jednej strony mamy staruszkę, w swej demencji do reszty odklejoną od otaczającej ją rzeczywistości, głośno mówiącą co myśli, nie zdając sobie sprawy z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Do końca myśli, że wszyscy traktować ją będą z czcią należną jej siwym włosom. Z drugiej strony jest generał, pensjonariusz jednego więzienia, który niebawem ma zostać przewieziony do kolejnego, wcześniej jednak musi podpisać oświadczenie, że traktowany był bez zarzutu. Na to nie chce się zgodzić, jednak gdy służba więzienna postanawia go za to ukarać poprzez zamusztrowanie na śmierć, nie widzi w tym nic zdrożnego.

- Obergefreiter, za dziesięć minut więzień musi być gotów na podwórzu w mundurze polowym, pięćdziesiąt kilo mokrego piasku w plecaku i ubrany w najstarsze i najsztywniejsze buty, jakie zdołacie znaleźć. Do każdego buta wsuniecie mały, okrągły kamyk. Zaczniecie od dwóch godzin biegu.(...)
Generał brygady miał niewzruszoną minę. Rozkaz majora był w porządku, absolutnie zgodny z pruskim regulaminem wojskowym. Wszystko zależało od tego, czy jego serce wytrzyma.

Wątek karnego oddziału i więzienia łączy postać leutnanta Ohlsena, który zostaje aresztowany i doświadczając licznych atrakcji hitlerowskiego więzienia czeka na "uczciwy" proces. Już na sali sądowej, gdy sędziowie wychodzą się naradzić, zastanawia się, dlaczego zajmuje im to tyle czasu. Łudzi się, że jeszcze zostanie uratowany. Nie zdaje sobie sprawy, że sędziowie w akcie oskarżenia odnajdują literę, oznaczającą jaki wyrok ma być wydany. Na osobności zaś spędzają tyle czasu, bo muszą się uraczyć zaserwowanym im trunkiem i pogadać na niezobowiązujące tematy. A oskarżony czeka... Lecz tak jak wspominałem wcześniej, można mu współczuć, nie można go polubić. On bowiem denerwuje nas swoją potulnością. Brakuje nam w nim tego, czego Hłasce brakowało w opowiadaniach Borowskiego: zazdrości bitego, który pragnie być bijącym. Przez to Ohlsen, choć z pewnością ofiara bestialskiego systemu (choć Gestapozdaje się nam mówić, że to nie system zdeprawował ludzi, on pozwolił im jedynie swoje zdeprawowanie w pełni ukazać), również ma w sobie coś nieludzkiego.

Choć "Gestapo" w dość ponury sposób opowiada o ponurych czasach i ponurych praktykach pozbawionych sumienia i skrupułów indywiduów, to jednak trudno odnieść wrażenie lektury o charakterze rozliczeniowym. Główni bohaterowie - Porta, Mały, Legionista, Stary, Sven, Barcelona, Heide - nadają jej przygodowy sznyt na miarę Bękartów wojny Tarantino. Bezczelni, okrutni, nie szanują autorytetów, a mimo to wychodzą obronną ręką z każdej sytuacji. Różnica polega na tym, że bohaterowie Bękartów walczyli po "właściwej" stronie i koniec końców zabili Hitlera, zaś członkowie niemieckiego oddziału karnego nie mierzą tak wysoko. Dają upust swemu wewnętrznemu okrucieństwu, jednocześnie przeczuwając już klęskę potęgi, której służą i powoli planując jak oportunistycznie ocalić swą skórę, gdy zakończą się działania wojenne.

piątek, 3 lutego 2017

rozkminka o hochsztaplerze


Od niepamiętnych czasów, skłonny jestem zaryzykować stwierdzenie że od zawsze, dostrzegałem coś pociągającego w tak zwanym półświatku, który rozszerzyć można po prostu na ogólnie pojęty margines społeczny. Ale margines w jakimś sensie walczący, że ujmę to dość pompatycznie, walczący bez oglądania się na obowiązujące "normalnych ludzi" reguły. Gdy byłem młodszy objawiało się to w zachłannej lekturze Opowieści z kantyny Mos Eisley, opisującej losy kilkunastu postaci (scum and villainy, jak określił ich Obi-Wan Kenobi), pojawiających się przez chwilę w kultowej scenie z Nowej nadziei. W okresie licealnym zaczytywałem się w opowiadaniach Marka Nowakowskiego, by wraz z nim i opisywanymi przez niego doliniarzami czaić się w warszawskich bramach. Ostatnio zaś z ogromnym ukontentowaniem śledziłem losy bohaterów serialu Animal Kingdom, rodzinę wykolejeńców, utrzymujących się z kolejnych skoków.

Tyle gwoli wstępu, któremu groziło przez chwilę, że rozrośnie się do rozmiaru całej rozkminki na zupełnie inny temat niż sobie zamierzyłem. Może kiedyś. Tymczasem chciałbym wyjaśnić, że powyższe wynurzenia miały za zadanie niejako opisać jak bardzo naturalne było sięgnięcie po książkę, o której kilka słów chciałbym napisać. Chodzi mianowicie o Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla autorstwa Tomasza Manna. Było to dla mnie zaskoczenie o tyle, że zawsze sądziłem że znajomość z twórczością tego pana zacznę od słynnej Czarodziejskiej góry, do której od lat się przymierzałem, tymczasem padło na książkę, o której istnieniu dowiedziałem się nieledwie kilka dni przed przystąpieniem do jej lektury. Tak się zresztą składa, że oświeciła mnie w jej względzie przedmowa do Opowieści łotrzykowskich, czyli półświatka w wersji arabskiej z X wieku, z której nie wyniosłem niestety nic więcej niż ta rekomendacja. Inny świat. Ale do rzeczy.

Pierwszą dającą do myślenia ciekawostką, zanim jeszcze przystąpimy do lektury, jest fakt, że choć Wyznania są ostatnią powieścią Manna (wydana w 1954, na rok przed śmiercią pisarza), to pisać je zaczął, jak wynika z posłowia, jeszcze w 1910 roku. O samym procesie twórczym, już przez sam fakt rozciągnięcia w czasie niecodzienny, nie wiem nic więcej. Ciekaw jestem, czy istnieją jakieś fragmenty dzienników bądź listy, w których autor ujawniałby w sposób świadomy lub nie, dlaczego ten pomysł tak długo nosił w sobie, jednocześnie przez wiele lat nie będąc w stanie doprowadzić do jego pełnej realizacji. Nie wiem, czy za bardzo się nie zasugerowałem tym faktem, ale wydaje mi się, że do pewnego stopnia da się odczuć, że pomysł na powieść ewoluował w czasie. Być może jest to tylko moje wrażenie i nawet nie będę próbował udowodnić, że jest tak w rzeczywistości, ale jeśli tak było, to zaowocowało to pewną nieprzewidywalnością, jakby sam autor nie do końca kontrolował to, dokąd zabierze czytelnika.

Jeśli uprzemy się, by powieść gatunkowo zaklasyfikować, wydaje mi się, że przyjdzie nam to z łatwością. Ot, klasyczny bildungsroman, wzbogacone o elementy powieści łotrzykowskiej. Tytułowy Feliks, mężczyzna "dopiero po czterdziestce", na swym koncie mający już odsiadkę, sięga po pióro i papier, by przedstawić się czytelnikom, choć, jak można podejrzewać, w gruncie rzeczy chodzi mu o samopoznanie; adresat jego wyznania jest do tego jedynie pretekstem. Metodycznie przedstawia swoją biografię, począwszy od lat najmłodszych: sielskiego dzieciństwa w rodzinie fabrykanta, Krulla seniora. Choć z pozoru mogłoby się wydawać, że w takich warunkach dziecku niczego nie może zabraknąć, trudno o bardziej mylne przekonanie. Dostatki, w które człowiek opływa, potrafią ograniczać, a wówczas tym mocniej pożąda się wolności. Dziecko, nieuwikłane jeszcze tak bardzo w społeczne konwenanse, odczuwa ten zew być może jeszcze dotkliwiej.

Początkowo owo pragnienie wyraża się w niechęci do uczęszczania na szkolne zajęcia i w potrzebie posiadania niewyczerpanego zapasu cukierków. Do tego zaś wystarczy kolejno, umiejętność podrobienia ojcowskiego podpisu i zorientowanie się, o której godzinie sklepikarz zostawia nierozważnie swój przybytek niepilnowany. Przy tym, należy dodać, że w tym ostatnim przypadku Feliks nie uważa tego co robi za pospolitą kradzież. Pospolite jest to, co robią inni, jeśli zaś tej samej czynności dopuszcza się on, siłą rzeczy przestaje być ona pospolita. Można więc wręcz powiedzieć, że bohater od najmłodszych lat dąży do oszustwa absolutnego - mały Feliks uparcie wpatrując się w swe lustrzane odbicie, dochodzi w końcu do takiej wprawy, że na zawołanie jest w stanie według upodobania zwężać i rozszerzać źrenice. Nie dziwi więc fakt, że dekadę później nie będzie dla niego większym problemem oszukanie komisji wojskowej.

Do tego czasu, niezależnie od niego zdąży się zmienić jego sytuacja życiowa, a co za tym idzie pozycja społeczna. Feliks ma kilkanaście lat, gdy fabryka ojca bankrutuje, a sam ojciec popełnia samobójstwo. Rodzina pozostaje bez środków do dalszego egzystowania i musi radykalnie odmienić swe życie, by przetrwać w bezlitosnym, nie tolerującym słabości świecie. Ojciec chrzestny Feliksa załatwia swemu ulubieńcowi posadę w paryskim hotelu, jednak do czasu wyżej wspomnianego uregulowania stosunku do służby wojskowej, chłopak musi pozostawać we Frankfurcie, na którego ulicach obserwuje życie i powoli snuje plany na przyszłość. Plany dalekie od mrzonek, o które tak młodego człowiek można by podejrzewać, pozbawione też jakichkolwiek skrupułów, które pozostawić należy owym pospolitym innym. Konsekwencją społecznej degradacji jest być może fakt, że bohater w jakimś stopniu wyzwala się i może próbować ukształtować od zera swój los.

"Kot łowny, chłop mowny" - z tym ludowym powiedzonkiem koresponduje postawa życiowa jaką przyjmuje bohater. Słowo kształtuje rzeczywistość, wystarczy odpowiednie podejście do interlokutora. Na przykład do księdza po rozmowie z którym samobójstwo ojca przestaje być samobójstwem. Swoje wygadanie bohater doprowadza do perfekcji, dochodzi do tego niebywała zdolność do nauki języków obcych, wystarczy mu, że przez jakiś czas posłucha cudzoziemca, by już być w stanie w stopniu podstawowym posługiwać się jego mową. Zatem hotel, w którym przyjdzie mu rozpoczynać karierę, kocioł w którym mieszają się najprzeróżniejsze nacje, staje się dla jego kariery wymarzonym wręcz poligonem. Lecz choć słowo pełni rolę jego ulubionego narzędzia, maczety torującej mu szlak przez dżunglę rzeczywistości, bohater daleki jest od jego uświęcania. Wręcz przeciwnie. Wgryzł się w nie tak mocno, że przebił się na drugą stronę, by ujrzeć jego prawdziwe oblicze:

Na dwu tylko biegunach międzyludzkiej łączności, tam, gdzie słów jeszcze nie ma albo już nie ma, a więc w spojrzeniu i w objęciu, można znaleźć właściwe szczęście, gdyż tylko tam jest bezwarunkowość, wolność, tajność i do samego dna posunięta bezwzględność. Wszelka leżąca pośrodku zażyłość i wymiana jest ckliwa i letnia, wyznaczają ją, uwarunkowują i ograniczają formalizmy oraz konwencja mieszczańska. Włada tu słowo - to mdłe i wystygłe narzędzie, ten pierwowzór łagodnej i umiarkowanej ogłady, tak bardzo obcy istotą swoją płomiennej a milczącej sferze natury, iż można by uznać każde słowo, samo w sobie i jako takie już za frazes.

Gdy na horyzoncie pojawia się markiz Venosta, jego relacja z głównym bohaterem nasunąć może luźne skojarzenie z heglowską dialektyką pana i niewolnika. Stojący na szczycie drabiny społecznej markiz jest zaskakująco nieporadny, bryluje na salonach, jednak jakakolwiek autonomiczna decyzja jest dla niego niedostępna; jest całkowicie uzależniony od rodziców, którzy w każdej chwili, przykładowo gdy zakocha się nie po ich myśli, mogą zakręcić kurek z kasą. Z drugiej strony mamy naszego Krulla, któremu z windziarza udało się awansować na kelnera - człowieka, z którym ludzie należący do sfer Venosty raczej nie zwykli się liczyć. Ten jednak ma w sobie coś, dzięki czemu góruje nad zgnuśniałym markizem. Nie daje się uwięzić w sztucznej konwencji. Kolejne filozoficzne skojarzenie odsyła nas do Sartre'a i jego pojęcia złej wiary, czyli fałszywemu przekonaniu, że nadana jest nam jakaś rola, którą musimy odgrywać, z którą jesteśmy niejako tożsami. Znamienny jest zresztą fakt, że Sartre dla ilustracji swej teorii posługuje się właśnie przykładem kelnera. Feliks Krull złą wiarę zdecydowanie odrzuca, dzięki czemu rzeczywiście wznosi się ponad pospolitość.


Jesteśmy więc świadkami stopniowej destrukcji odchodzącego do lamusa ładu społecznego, w którym to urodzenie determinowało ludzkie funkcjonowanie w świecie i niezależnie od wszystkiego nie pozwalało człowiekowi aż do śmierci zmienić swego statusu, a jakikolwiek awans czy degradacja odbywał się wyłącznie w ramach określonej grupy. Teraz zaś wszystko zależy od zbudowania odpowiedniej narracji, odpowiedniego podejścia słuchacza, obliczonego na oczekiwaną przez nas reakcję. Na usta ciśnie się słowo, określone "słowem roku 2016", mianowicie post prawda. W ten paradoksalny sposób ukazywanie niespożytej siły słowa, ma je w naszych oczach do reszty zdeprecjonować. Nie ma prawdy tam, gdzie jest słowo. Co nie wróży nam zbyt dobrze, gdy przypomnimy sobie pierwszy wers z Ewangelii św. Jana.

piątek, 15 kwietnia 2016

rozkminka o złodzieju


To, jak dotarłem do "Dziennika złodzieja", zasługuje na przynajmniej jeden akapit. W roku 2000 premierę miał film pt. "Cudowni chłopcy" (pisałem o nim tutaj). Obejrzałem go niedługo później, kolega mojej matki z pracy rozprowadzał wówczas wśród znajomych płyty, na których wypalał ściągane z internetu filmy (mało kto miał wtedy nagrywarkę czy internet, w szczególności taki, który pozwoliłby na ściąganie filmów) i na jednej z nich znajdowało się właśnie to dzieło. Mało lat miałem, więc nie wszystkie kwestie do mnie dotarły (umknął mi na przykład dość ewidentny wątek gejowski), ale oniryczna atmosfera nocnego Pittsburgha i odklejenie środowiska pisarskiego od otaczającej je rzeczywistości miały w sobie hipnotyzujący powab. Jednak nie o filmie miałem pisać, więc abstrahując od fabuły, przytoczę jeden cytat, który zapoczątkował, by posłużyć się określeniem, z którym spotkałem się na blogu Fatalne Skutki Lektur, "żonglerkę popkulturową".
Rośnie nam kolejny Jean Genet. Dawno nie napisano nic dobrego w pierdlu.
Nie pamiętam, czy zwróciłem na te słowa uwagę, gdy usłyszałem je po raz pierwszy, czy może za którymś z kolei (film ten oglądałem po wielokroć). Dość powiedzieć, że gdy w końcu do mnie dotarły, nie mogłem nie zapoznać się ze wspomnianym autorem. Trochę to jednak trwało. Opisywaną tu książkę kupiłem dawno temu. Gdy w sierpniu 2009 jechałem z kumplami do Krakowa na zawody Es Game of Skate (znajdź Matiego na zdjęciu), wziąłem do czytania w trakcie podróży, ale dotarłem do zaledwie 42 strony (służącą za zakładkę kartkę z krakowskimi adresami i godzinami odjazdów pociągów, pozostawiłem w tym miejscu na pamiątkę). Jakiś czas później dorwałem się do książki Sartre'a "Święty Genet. Aktor i męczennik", ale to już była jazda bez trzymanki i szybko wymiękłem. Może do tej pozycji też niedługo wrócę, karmiąc się złudną nadzieją, że jestem nieco mądrzejszy niż wtedy.

O co chodzi z Genetem i więzieniem? Syn prostytutki, porzucony przez matkę, do piętnastego roku życia wychowanek domów dziecka i kolejnych rodzin zastępczych, następnie stały klient domów poprawczych i więzień (między innymi w Katowicach, gdzie odsiedział dwa miesiące). W latach 40-tych siedział w więzieniu pod Paryżem, skąd groziła mu wywózka do obozu koncentracyjnego, jednak dzięki wstawiennictwu Jeana Cocteau i wspomnianego wyżej Sartre'a, zachwyconych talentem pisarskim więźnia, wyszedł na wolność, by oddać się literaturze. W roku 1949 wychodzi "Dziennik złodzieja", w którym autor na nowo zanurza się w swojej przestępczej biografii. Myliłby się jednak każdy, kto by sądził, że będzie to proza w stylu chociażby naszego rodzimego Grzesiuka - prosta, bezceremonialna, życiowa par excellence. Wiedząc, jak wyglądały ówczesne doświadczenia autora, zaskakujące może się wydać, że znajdywał on wówczas tyle czasu na lektury, które pozwoliły mu później tworzyć tak poetycko subtelne zdania, jednocześnie do głębi naznaczone rynsztokiem. Sam początek lektury zdaje się to potwierdzać:

Katorżnicy noszą kombinezony w biało-różowe pasy. Skoro idąc za odruchem serca, wybrałem sobie świat, który jest mi drogi, wolno mi chyba doszukiwać się w nim wszelkich możliwych znaczeń. Twierdzę zatem, że krucha subtelność kwiatów ma tę samą naturę co brutalna arogancja katorżników.

W przypisie do tego fragmentu autor dodaje, że "ze wzruszeniem oscyluje między nimi". Rzeczywiście, jest tu wzruszenie, jednak najwięcej jest niepokoju, który na wskroś przeszywa czytelnika. Wszystko za sprawą narratora, który otwarcie, a wręcz manifestacyjnie, odrzuca wszelkie znane nam normy społeczne i moralne. I mimo, że jego rozliczne czyny pozostają na poziomie drobnej przestępczości, w niczym nie przypominają takiego chociażby Hannibala Lectera, to jednak jego postawa wydaje się bardziej przerażająca niż słynnego kanibala. Lecter bowiem jest jaki jest, bo taki jest. Tytułowy złodziej jest taki, jaki jest, bo taki zaplanował być. Stworzył swój świat jako swoistą antytezę świata ludzi "normalnych", stara się być ich złowrogim cieniem. Zachwyca go wszelka brzydota, pławi się w niej, rozkoszuje się nią. Obserwując starą złodziejkę, zastanawia się, czy to być może jego matka. W spodniach swego kochanka poszukuje wszy, które później miażdży między palcami, by skrwawione resztki cisnąć w dzielone z nim łóżko. To i wiele więcej nie jest jednak spowiadaniem się przed czytelnikiem. Zamiast tego Genet zdaje się mu mówić: "Uważaj, twój piękny, uporządkowany świat to nie wszystko. Za każdym razem, gdy patrzysz w drugą stronę, poza zasięgiem twojego wzroku jest coś jeszcze".

Dziennik sprawia wrażenie notatek sporządzanych na gorąco, po latach jeszcze raz odczytanych i zredagowanych. Czy było tak rzeczywiście, czy autor postanowił nadać swemu dziełu taką formę, tego nie jestem w stanie rozstrzygnąć. Ale dzięki takiej, a nie innej konstrukcji, mamy świadomość, że choć autor/narrator zszedł być może z drogi występku, to nigdy nie stanie się częścią głównego nurtu. Na zawsze pozostanie outsiderem, drzazgą tkwiącym w samozadowoleniu tej słusznej części społeczeństwa, wcale nie dlatego, że taki jest z natury, swą naturą można wszakże próbować zmienić lub stłamsić, a on po prostu taki postanowił być.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

rozkminka o absalomie


Dawno nie napisałem nic o ksiażkach, nie wiedzieć czemu, mam przed tym jakiś dziwny opór. Niniejszy wpis będzie więc w dużym stopniu wymuszony, ale mam nadzieję, że przerwie złą passę i dzięki niemu zacznie się dziać trochę więcej w tej kwestii.

Jakiś czas temu dostałem cynk o towarzystwie tzw. intelektualistów, zbierających się w prywatnym mieszkaniu (niemal jak tajne komplety), by prowadzić dyskusje o wyznaczonej wcześniej lekturze. Całe to przedsięwzięcie wydało mi się intrygujące, a że moje koneksje umożliwiały mi wejście postanowiłem się tym zainteresować. Dodatkową zachętą okazało się to, że lekturą, której miało być poświęcone spotkanie, było "Abasalomie, Absalomie" Faulknera, powieść, którą od dawna miałem w swoich czytelniczych planach. Do tej pory jednak przed jej lekturą odstraszało mnie moje nieuzasadnione, jak się okazało przekonanie, że jest to lektura wyjątkowo trudna (największy wpływ miała chyba na to mała i gęsta czcionka, onieśmielająca już podczas kartkowania). Na spotkanie, jak się okazało, ostatecznie nie dotarłem, ale książkę w końcu przeczytałem, tyle dobrego.

Bo przymierzałem się od niej od już od dłuższego czasu. Stała na półce ładnych parę lat, ale lekturę wciąż odkładałem na później. Wydawało mi się, że będzie ona w najwyższym stopniu wymagająca i trudna. Takie miałem wrażenie, gdy patrzyłem na pierwszą stronę i moim oczom ukazywała się mała, gęsta czcionka, ukazująca typowe dla Faulknera zdania wielokrotnie (nieraz do sześcianu) złożone. Jednak, gdy powodowany wyżej przywołanymi okolicznościami, zabrałem się za lekturę, okazało się, że moje obawy były wysoce przesadzone. Owszem, "Absalomie, Absalomie" to w żadnym razie nie czytadło, z którym można zapoznawać się jednym okiem, w tym samym czasie oglądając film i słuchając muzyki; wymaga znacznej koncentracji, ale gdy raz damy się wciągnąć w tok opowieści, wszystko zaczyna iść jak po maśle.

Historia ukazana w powieści rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a perspektywa przedstawiających ją czytelnikowi narratorów, znających ją z drugiej, trzeciej, a nawet czwartej ręki, wydłużają ten okres do niemal stulecia. Przy sposobie prowadzenia narracji warto zatrzymać się na dłużej. Jedynie Rosa Coldfield, której wspomnienia roztaczane przed młodym Quentinem Compsonem rozpoczynają powieść, miała bezpośrednią styczność z pewną częścią kluczowych wydarzeń, bądź znała osobiście zaangażowanych w nie ludzi. Pozostali narratorzy, a jest ich trzech - ojciec Quentina, znający wydarzenia z opowieści swego ojca, sam Quentin, który zabawia opowieścią swego kolegę ze studiów i w końcu ów kolega, który zbierając do kupy wszystko co usłyszał, stara się ułożyć z tego jakąś logiczną całość, która doprowadziłaby do wniosków, pozwalających mu zrozumieć naturę Południa. Wszystko to, podane w sposób całkowicie stojący na bakier z rzeczywistą chronologią wydarzeń, powoduje, że całą historię musimy sobie ułożyć w głowie jak wieloelementowe puzzle.

Centralną postacią, spiritus movens, jest Thomas Sutpen, który pewnego pięknego dnia roku pańskiego 1833, w iście westernowym stylu pojawia się "znikąd" w hrabstwie Yoknapatawpha (o którym później). Kupuje ziemię, buduje posiadłość i osiada w niej wraz z pośpiesznie poślubioną córką jednego z mieszkańców miasteczka. Co nim powodowało i jaki cel mu przyświecał, do tego próbują dotrzeć po latach ci, których pozornie jego historia nie dotknęła, a jednak wciąż, po tylu latach, nią żyją. Mnie Sutpen kojarzył się w pewnym sensie z Gatsbym, tytułowym bohaterem słynnej powieści Fitzgeralda. Podobna determinacja w dążeniu do celu, imponująca rezydencja jako jeden ze środków, jednak zupełnie inne wydarzenia będące podłożem jego działań. Ciążące nad nim fatum, przesądzające jego los, a także losy wszystkich, z którymi w ten czy inny sposób się związał, paradoksalnie sprawia wrażenie jednocześnie wyjątkowo złośliwego, jak i całkowicie zasłużonego.

Kluczowe dla utworu wydaje mi się zagadnienie pamięci i tego, w jak wielkim stopniu jesteśmy uzależnieni od przeszłości, nawet tej, która zdaje się nie mieć dla nas znaczenia. W powieści uwidocznia się to na dwóch płaszczyznach. Jedna z nich to historia Sutpena, a raczej tych, którzy po latach wspominają jego i wszystkie skutki jego działalności. Co ciekawe, choć wersje narratorów nie wykluczają się nawzajem i raczej nie mamy wątpliwości co do ich wiarygodności (sam Faulkner o niej zapewniał, wypowiadając się o książce), to każde z nich podchodzi do swej opowieści z zupełnie innym ładunkiem emocjonalnym i dla każdego znaczy ona coś zupełnie innego. Zaś drugą płaszczyzną jest historia amerykańskiego Południa, którą obserwujemy w tle. Życie w cieniu przeszłości, której potęga została brutalnie ucięta klęską wojny secesyjnej, staje się balastem, który ciążyć będzie jeszcze bardzo długo. W tej pięknej wizji świata, zakończonej tym kataklizmem, nie ma miejsca na niewygodne tematy, a jednak to chyba właśnie milczenie o nich zdaje się konstytuować tę zbiorowość.

Na koniec chciałbym jeszcze na chwilę powrócić do Yoknapatawpha. Jest to w pełni fikcyjne hrabstwo, wymyślone przez Faulknera na potrzeby jego powieści i stanowiące miejsce akcji kilkunastu z nich. Bardzo mi się ten zabieg podoba, wraz z kolejną przeczytaną książką czuję się, jakbym powracał na stare śmieci. Czy znacie jeszcze jakieś tego typu powieści, gdzie to właśnie tło jest niezmienne, a zmieniają się bohaterowie (choć powtarzają się jacyś epizodyczni lub pierwszoplanowi stają się w kolejnej epizodycznie czy vice versa)?

czwartek, 6 sierpnia 2015

rozkminka o punku


W centrum mojego miasta znajduje się pewna ściana, na której dawno temu ktoś umieścił napis, którego odczytywanie jest jednym z moich najwcześniejszych wspomnień. Oznacza to, że napis znajduje się tam co najmniej od początku lat dziewięćdziesiątych. Malunek sam w sobie nie był specjalnie imponujący, ale dla mnie, choć zupełnie nie wiedziałem wtedy o co chodzi, niósł jakąś ekscytującą tajemnicę. "SEX PISTOLS", no sami przyznajcie. Nie dość że seks, który pociągał za sobą wówczas liczne teoretyczne rozważania, sprowadzające się do pytania co to w ogóle jest, to jeszcze pistolety, o których każdy wiedział, że to ekstra sprawa. Pod wspomnianym napisem był jeszcze drugi, mniejszy. "Sid Vicious", zupełnie jakby to było miano autora. No właśnie. Gdy po latach zacząłem wiedzieć już nieco więcej o wspomnianych wyżej kwestiach, często zastanawiałem się, kim jest człowiek, który przed laty nabazgrał to na ścianie, kim był wtedy i kim jest teraz.

Wszystko to przypomniało mi się podczas lektury "Końca punku w Helsinkach". Autor, Jaroslav Rudis, w udany sposób oddał z jednej strony entuzjazm punkowego neofity, a z drugiej uczucie nostalgii i pustki jaką pozostawiają w człowieku stare, dobre, szalone czasy. Akcja w powieści przebiega dwutorowo. Przeplatają się ze sobą dwie płaszczyzny czasowe. Z jednej strony współczesność, w której poznajemy Olego, mieszkańca niewielkiego niemieckiego miasteczka tuż przy granicy z Czechami, właściciela baru Helsinki. Nazwa tego przybytku pochodzi od miasta, w którym lata temu miała się zakończyć trasa koncertowa Automatu, zespółu Olego. Jednak w wyniku pewnego przypadkowego odkrycia zespół nigdy tam nie dotarł, a co więcej zwyczajnie się rozpadł. Teraz "szpetny czterdziestoletni" Ole, rozwodnik, ojciec niemal dorosłej córki, z którą nie ma czasu się spotkać, prowadzi egzystencję od dnia do dnia, sprowadzającą się do spotkań ze znajomymi ze starych czasów i wspominania dzikiej młodości. Po drugiej stronie mamy zaś Czechosłowację lat osiemdziesiątych i dziennik prowadzony przez siedemnastoletnią dziewczynę, punkówę pełną gębą. Życie chwilą w komunistycznej Czechosłowacji nie było czymś łatwym, podobne doświadczenia opisywał Jan Pelc w "Będzie gorzej". Podczas gdy zachodni rówieśnicy młodocianych panczurów mogli narzekać, że nikt o nich nie dba, tak tutaj rodzice, nauczyciele i milicja aż do bólu dbali o przyszłość narodu.

Całe to przeplatanie się różnych epok i ludzkich punktów widzenia wywołuje w czytelniku uczucie przykrej pustki. Czy rzeczywiście młodzieńcze uniesienia mają po latach sprowadzać się jedynie do anegdot opowiadanych samemu sobie pomiędzy jedną i drugą "tabletką przeciw śmierci"? Siedemnastolatka i czterdziestolatek stanowią w tym układzie awers i rewers tej samej monety. Jeszcze ciekawiej się robi, gdy w pewnym momencie autor zapoznaje nas z zapiskami córki Olego, które dostarczają okazji do dodatkowych interpretacji. Tylko w ten sposób można próbować ukazać całość zjawiska zwanego "punk", choć można to z pewnością rozszerzyć na każdą subkulturę, bo tak naprawdę wszystko sprowadza się tu do kwestii dorastania. Wnioski z lektury są gorzkie, całość napawa smutkiem, ale mimo wszystko niesie ze sobą nadzieję, na szczęście robiąc to wszystko w niebanalny sposób. Tło historyczno-społeczne jest atrakcyjnym dodatkiem, ciepło na sercu się robi zwłaszcza przy polskich akcentach, głownie muzycznych (choć na przykład mój ojciec zaprzecza jakoby w latach osiemdziesiątych Trójka puszczała Dezertera).

"Koniec punku w Helsinkach" to z jednej strony lektura prosta, w tym sensie, że czyta się ją bardzo szybko, napisana jest językiem potoczystym, na specjalne gratulacje zasługują fragmenty pisane z perspektywy nastolatki. Z drugiej zaś wyzwala w czytelniku całą gamę emocji, od szczerego śmiechu do wzruszenia, od zadumy do zdenerwowania. Po odłożeniu książki jeszcze przez długi czas głowę przepełniają przemyślenia dotyczące jej zakończenia i losów bohaterów, które do niego doprowadziły. Czy mogło być inne? Tego się nie dowiemy, choć można na ten temat długo dywagować. Ale było jak było.




PS Tak się składa, że jakiś czas temu napisałem opowiadanie, które w pewien sposób łączy się z opisywaną powyżej pozycją. Jeśli ktoś jest ciekaw, to zachęcam do czytania: SID

czwartek, 11 czerwca 2015

rozkminka o pamięci

Puhacz kontra Bóbr

Niemal pół wieku musiało upłynąć, by prawdziwość wizji podwileńskiej partyzantki nakreślonej przez Tadeusza Konwickiego w jego pierwszej powieści “Rojsty”, napisanej niemalże zaraz po wojnie, w roku 1947, została zakwestionowana. W dodatku, osobą, która podawała ją w wątpliwość, był nie kto inny jak Ryszard Kiersnowski, w czasach, do których pisarz odwoływał się w książce, jego dowódca z oddziału.

Trudno się dziwić, że polemika z jego strony nastąpiła z tak kolosalnym opóźnieniem. Po raz pierwszy wydane w roku 1994 wspomnienia, zatytułowane “Tam i wtedy. W Podweryszkach, w Wilnie i w puszczy 1939-1945” z całą pewnością nie mogłyby się ukazać w okresie PRL-u, w dodatku samo mówienie o nich mogłoby przysporzyć mówiącemu wielu problemów. Jak to się stało, że wersja Konwickiego, ubrana w literacką szatę, mogła ujrzeć światło dzienne już wtedy? Warto by tu pokrótce przytoczyć wybrane fragmenty z biografii pisarza.

W roku 1944 świeżo upieczony maturzysta przyłącza się do VIII Oszmiańskiej Brygady Armii Krajowej. Bierze udział w akcji “Burza”. Po wkroczeniu Armii Czerwonej, staje się członkiem partyzantki antyradzieckiej. Zapadają w podwileńskie lasy i do maja 1945 prowadzą akcje zaczepne. Właśnie tam Konwicki, ukrywający się wówczas pod pseudonimem Bóbr, poznaje plutonowego Puhacza, którym, jak się później okazało, był właśnie Kiersnowski. Po rozwiązaniu oddziału przedostaje się do Polski, by tam, po okresie poszukiwań dalszej drogi życiowej, poświęcić się karierze literata.

Po opublikowaniu zaledwie kilku krótkich form literackich, decyduje się napisać powieść, w której rozliczyłby się z niedawnym partyzanckim okresem, który, jak tłumaczył w wielu późniejszych wywiadach, był dla niego życiowym punktem zwrotnym. To właśnie wtedy zaczął przewartościowywać swój dotychczasowy światopogląd, co znalazło swoje konsekwencje w późniejszych jego wyborach. Wartości i autorytety, które przyświecały mu przed wojną i w jej trakcie, a według niego nie sprawdziły się w obliczu tak straszliwego kataklizmu.

“Rojsty” to opowieść o kilkumiesięcznym wyrywku z losów niejakiego Stanisława Żubrowicza (pod takim nazwiskiem Konwicki przedostał się do Polski). Na kartach powieści Konwicki ukazywał oddział partyzancki w sposób całkowicie odheroizowany. Partyzanci wydają się działać bez większego planu czy celu. Nie odnoszą oni właściwie żadnych sukcesów militarnych w walce z żołnierzami radzieckimi, często zaś postępują w sposób, dosadnie mówiąc, bandycki (strzelanie do białoruskich chłopów, gwałt na nieletniej córce gospodarzy kwaterujących partyzantów). Autor na kartach książki atakował również przedwojenne wzorce wychowawcze, czerpiące obficie z literatury romantycznej, które jakoby miały spowodować zatracenie się całego młodego pokolenia w aktach bezsensownej bohaterszczyzny doprowadzających je do zguby.

Co ciekawe, powieść, choć ukazująca akowską partyzantkę w niekorzystnym świetle, nie mogła ukazać się zaraz po jej napisaniu. Została zatrzymana przez cenzurę. Opublikowana została dopiero w roku 1956, na fali październikowej Odwilży. Warto zauważyć, że w tym samym czasie ukazał się chociażby zbiór opowiadań Jana Józefa Szczepańskiego pt. “Buty i inne opowiadania”, również poruszający tematykę partyzancką i także zwracający uwagę na niezliczone ambiwalencje moralne towarzyszące tej formie walki i wojnie w ogóle.

Gdy po latach ukazała się książka ze wspomnieniami Ryszarda Kiersnowskiego, przedstawiła ona dzieło Konwickiego w sposób diametralnie odmienny. Pierwszą zaskakującą rzeczą jest fakt, o którym Konwicki nigdy wcześniej nie wspominał, a mianowicie to, że Kiersnowski towarzyszył mu nie tylko przez dwa miesiące pobytu w partyzantce, ale i później. Razem przedostali się do Polski, razem dotarli do Białegostoku, do Warszawy i ostatecznie do Krakowa, gdzie po dostaniu się na studia, obaj zamieszkali w bursie akademickiej przy ul. Garbarskiej. Przyjaźnili się i długo jeszcze spędzali razem czas wspominając niedawny okres partyzancki. Ich kontakt urwał się po wyjeździe Konwickiego do Warszawy i w późniejszych czasach spotykali się przypadkowo i sporadycznie. Według Kiersnowskiego spotkania te były dla dawnego kolegi niewygodne, były czymś w rodzaju wyrzutu sumienia, dowodem na to, że pisarz świadom jest faktu, że istnieje świadek jego pisarskich manipulacji.

Kiersnowski bowiem zwraca uwagę na liczne różnice pomiędzy światem przedstawionym w utworze, a tym jak sam zapamiętał owe wydarzenia. Jako przykład wymienić można pominięcie obecności w oddziale kobiety o pseudonimie Mewa i samego Puhacza czy przemilczenie zwycięskiej walki z bolszewikami w Wornianach. Kiersnowski wskazuje jeszcze więcej tego rodzaju sytuacji, jednak jak sam przyznaje, opisywane przez Konwickiego wydarzenia w większym lub mniejszym stopniu odpowiadają faktom. Nie o to mu jednak chodzi, gdy powieść Konwickiego wprost nazywa falsyfikatem. “Cóż, licencja twórcy. Ważniejszy od tych szczegółów jest koloryt, otoczka ideowa i emocjonalna, która wyznacza właściwą funkcję ksiażki. Jest to otoczka szara, plugawa, nierzadko wręcz kłamliwa lub manipulująca odpowiednio dobieranymi faktami.”.1 To właśnie pomijanie ideałów przyświecających członkom oddziału i deprecjacja wszystkiego co z tym okresem związane, najbardziej razi Kiersnowskiego. Według niego książka ta stanowiła po prostu coś w rodzaju prologu do późniejszych socrealistycznych dzieł Konwickiego (“Przy budowie”, “Władza"), w których temat akowskiej partyzantki i inne, przedstawiane zgodnie z narzuconą wówczas przez Partię linią. Zdaniem Kiersnowskiego już “Rojsty” dopasowywały się do tej tendencji.

Kiersnowski poświęca swojemu dawnemu podkomendnemu cały rozdział, jako jego tytuł (“Chyba Bóbr”) wykorzystując fragment pewnego wywiadu2 z pisarzem. Pod koniec rozdziału tłumaczy wyjaśnia dokładnie genezę tego tytułu, przytaczając dokładne cytaty i otwarcie kpiąc z ujawniającej się w nich, rzekomej bądź nie, słabej pamięci Konwickiego: “(...)Konwicki stwierdza, że te dawne dzieje nic go już nie obchodzą, nie chce ich wspominać i właściwie mało z tego pamięta. >>A jaki pan miał wówczas pseudonim?<< - pyta reporter. Konwicki się zastanawia i mówi z wahaniem: >>Chyba Bóbr<<.”.3 Ostatnie słowa Kiersnowski kieruje wprost do swego dawnego kolegi i choć wcześniej zapewniał chłodno, że wszystko to pisze jedynie celem zdystansowania się od jego wizji, to bez wątpienia sa się wyczuć w nim skrywaną przez wiele lat złość i frustrację: “To znaczy, dopowiedzmy, że nie jesteś już pewien własnej tożsamości, którą określiłeś świadomie wybranym imieniem, nie wiesz kim byłeś przed pół wiekiem, chociaż w nowszych powieściach wciąż kreujesz rzekome swe pochodzenie.”.4

W postscriptum do owego rozdziału Kiersnowski zwraca jeszcze uwagę, że w opublikowanym w międzyczasie, wiosną 1991 roku, nowym wydaniu “Rojstów”, nie ma żadnego autorskiego czy redakcyjnego komentarza, który w jakiś sposób weryfikowałby ówczesną postawę pisarza, jej społeczno-polityczne uwarunkowania czy jakiekolwiek tego rodzaju okoliczności.

Początkowo Konwicki nie wypowiadał się na ten temat, choć publikacja Kiersnowskiego wzbudziła liczne kontrowersje i zajadłe dyskusje wrogów i sympatyków pisarza. Jako jeden z przykładów można poda gwałtowną reakcję Adama Michnika, od wielu lat przyjaźniącego się z Konwickim, który w ostry sposób odniósł się do feralnej publikacji, któremu wytykał milczenie w okresie PRL-u i nieaangażowanie się w działalność opozycyjną, w przeciwieństwie do Konwickiego, który w późniejszych latach, po usunięciu z Partii, wydawał powieści w tzw. drugim obiegu i choć nigdy nie zaangażował sie bezpośrednio, to w swoich książkach . Nazywa go “(...)zakompleksionym zawistnikiem, który własny strach racjonalizuje przez deprecjonowanie cudzej odwagi.”.5

Sam Konwicki swoje milczenie zaczął przerywać dopiero w okolicach roku 2010, gdy nakładem Agory zaczęły ukazywać się jego Książki zebrane, odtwarzane na podstawie oryginalnych rękopisów. W nowym wydaniu, “Rojsty” zostały poprzedzone notatką sporządzoną przez pisarza, która znaleźć się miała na teczce z rękopisami około roku 1991, a brzmiała: “Może niepotrzebnie napisałem tę książkę w 1947 roku. Może niepotrzebnie ją wydałem w 1956. Może niepotrzebnie ją teraz wznawiam. Ale taka była moja prawda w sprzeczności z prawdą innych uczestników tego epizodu historii w prowincjonalnym zakątku Europy. Moja fotografia tamtych czasów. Mój debiut. Moje >Na wschodzie bez zmian<.”.6

W tym samym mniej więcej czasie ukazuje się “W pośpiechu”, wywiad-rzeka z Konwickim, zapis jego licznych rozmów z Przemysławem Kanieckim, wcześniej przygotującym do druku w serii Książek wybranych rękopisy pisarza. Przy tej okazji pisarzowi zebrało się na wspomnienia i niejako odniósł się do książki Kiersnowskiego, choć, jak sam podkreśla, nigdy jej nie przeczytał, a zawarte w niej zarzuty pod swoim adresem zna jedynie z drugiej ręki.

O dziwo, o swym dawnym dowódcy wypowiada się w samych superlatywach, podkreślając, że to głównie jego umiejętnościom oddział zawdzięcza ujście z życiem. Powraca też kwestia pominiętej w “Rojstach” Mewy, a w jej kontekście także problem skupiania się jedynie na aspektach brzydkich i nieprzyjemnych, z pominięciem tych podniosłych i napawających nadzieją. Tłumaczy swemu rozmówcy: “(...) mógłby pan teraz powiedzieć - dobrze, ale dlaczego pan teraz o tych sprawach partyzanckich, pięknych, nie napisał. Ja chciałem, ale nie umiałem. Starałem się, ale nie wychodziło.”.7

I choć ani przez chwilę nie podaje w wątpliwość obrazu nakreślonego w swojej pierwszej powieści, ani nie odżegnuje się od swoich przemyśleń na ten temat i wypływających z nich życiowych wyborów, to zwraca uwagę na to, że jako osoba uczestnicząca bezpośrednio w opisywanych wydarzeniach, musi być wraz ze swym punktem widzenia wzięty w cudzysłow. Tłumaczy bowiem: “(...) ja nie jestem obiektywny, bo żyłem w tym wszystkim, brałem w tym udział, byłem zaangażowany, uczuciowo, nie uczuciowo, czyli jestem nieobiektywny i można mnie nie bardzo wierzyć. (...) Ja byłem nieobiektywny, bo byłem zaangażowany osobiście, ogłuszony tym, co się dzieje.”.8

Choć Konwicki bezpośrednio tego nie stwierdza, to słowa te można odnieść do także do samego Kiersnowskiego. Przecież i on “żył w tym wszystkim”, “brał udział”, “był zaangażowany”, a przez to nie może być obiektywny, tak samo jak każdy kto tam był. Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby pozostałym członkom oddziału przyszło spisać swoje wspomnienia, to nie przypominałoby relacji żadnego z adwersarzy.

Dziś, gdy zarówno Konwickiego jak i Kiersnowskiego nie ma wśród żywych, ich pamięć o tych wydarzeniach odeszła wraz z nimi. Nam pozostaje jedynie interpretacja ich “zeznań” w świetle pozostałych źródeł historycznych. Możemy przy tym pozwolić sobie na luksus bezstronności, w przeciwieństwie do osób, które w analizowane przez nas wydarzenia zaangażowane były osobiście i emocjonalnie. Ich wspomnienia, dla nich stanowiące pryzmat przez który oceniali te czasy, dla nas stanowią jeden z elementów, z których budujemy naszą wizję tego okresu historycznego.

1 R. Kiersnowski, Tam i wtedy. W Podweryszkach, w Wilnie i w puszczy 1939-1945, Warszawa 2007.
2 S. Nowicki, Pół wieku czyśćca. Rozmowy z Tadeuszem Konwickim, Warszawa 1990.
3 R. Kiersnowski, Tam i wtedy. W Podweryszkach, w Wilnie i w puszczy 1939-1945, Warszawa 2007.
4 Tamże.
5 A. Michnik, Wyznania nawróconego dysydenta : spotkania z ludźmi : szkice 1991-2001, Warszawa 2003.
6 T. Konwicki, Książki wybrane tom XII: Pamflet na siebie. Rojsty, Warszawa 2010.
7 T. Konwicki, P. Kaniecki, W pośpiechu, Wołowiec 2011.
8 Tamże.

środa, 14 stycznia 2015

augustów wśród liter 2


Wrażenia spowodowane "Kontrą", obraz rozbijanego świata, miażdżonych narodów, poszczególnych jednostek spotęgował jeszcze letni pobyt pod Augustowem we wsi Wojciech. To stało się za sprawą Jurka Jaworowskiego, grafika z Czytelnika.
Między nami snuło się coś na kształt przyjaźni. Pojechaliśmy tam we czwórkę, Jurek z żoną, Hanką, ja z Czarnowłosą. Zamieszkaliśmy w drewnianym domu gospodarzy Woronieckich, rolników. Zaczęła się mała historia tych stron. Woronieccy pamiętali Jurka doskonale. Mieli do niego zaufanie. Syn szanowanego przed wojną lekarza społecznika. Wieczorami pod granatowym, rozgwieżdżonym niebem na zboczu nad jeziorem, przy bimbrze - swojskim winku, jak mówili miejscowi - toczyły się opowieści o małym świecie wiosek schowanych wśród jezior o poetycko brzmiących nazwach: Sajno, Sajenko, Hańcza, Studzieniczne, Gaładuś, Wigry. O okupacji sowieckiej, niemieckiej. O wywózkach ludzki do sowieckich łagrów. O niespokojnych nocach, kiedy oczekiwano na łomot w drzwi. Przyjdą, nie przyjdą. O wspaniałych ludziach. O najgorszych ludzkich śmieciach. O leśnych oddziałach. Naszych, obcych. O mordowaniu Żydów. Schodzili się inni mieszkańcy wsi. Każdy dorzucał swoje. Zamordowali ojca, brata, całą rodzinę. Niemcy, Ruscy. Ten wrócił po wielu latach, był niewolnikiem w kopalni za polarnym kręgiem. Tamten nie wrócił. O leśnych, bezimiennych mogiłach. Znają miejsca, leżą tam zastrzeleni strzałem w tył głowy, warstwami, jeden na drugim. Dużo jeszcze wiedzą. Jurek, ostatni rocznik maturalny przed 1939 rokiem, był w konspiracyjnym harcerstwie, palił mu się grunt pod nogami, trzy razy uciekał pod okupację niemiecką, trzy razy zawracali go Niemcy i za trzecim razem zajęli się nim Sowieci. Śledztwo w NKWD, więzienie w Augustowie. Powieźli w tajgę pod Uralem, rąbał drzewo. Wrócił do Polski w 1947 roku. Po wielu latach przeczytał "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego i odkrył, że był w tym samym kompleksie łagrów, co pisarz. Jercewo! Był bardzo poruszony. Wieśniacy wspominali ojca Jurka, lekarza cenionego w okolicy. Wzdychali. Wspólnota podobnych doświadczeń. Wracali do czasu przed pożogą, który wydawał się idyllą. Było kilka takich ciężkich w treści wieczorów. Lato piękne i za dnia nocne Polaków rozmowy rozpraszały się, zanikały, wracała wakacyjna beztroska, pogoda ducha. Pływaliśmy dulkową łodzią z Wojciecha do jeziora Białego, kanałem przez śluzy dalej. Opalaliśmy się na piaszczystych łachach, zatrzymywaliśmy się w zatoczkach zarośniętych szuwarami.
W Wojciechu odwiedziła nas nieoczekiwanie Agnieszka Osiecka. W ciasnej izbie spała z Czarnowłosą. Przeniosłem się na podłogę, jako posłanie służył siennik szeleszczący słomą. Agnieszka znakomicie pływała crawlem. Na studiach była zawodniczką w reprezentacyjnej drużynie AZS-u. Oczytana, inteligentna, o urodzie hożej panienki z dworku. Traktowała mnie z sympatią. Byłem nieufny. Wiedziałem o jej zauroczeniu Hłaską. Czyżbym dla niej był jego repliką?
Dokuczał cień Hłaski. Poczułem ulgę, kiedy odjechała. Któregoś dnia wyjątkowej niepogody, mżyło i wiał dokuczliwy wiatr, snuliśmy się z Jurkiem Jaworowskim po uliczkach Augustowa. Pokazywał znajome miejsca. Budynek gimnazjum. Dawny dom rodzinny. Nagle twarz mu się ściągnęła. Wskazał parterowy drewniak z werandą, sielski, zadbany, z gontowym dachem, w głebi podwórza zabudowania gospodarcze. Tu mieszkał człowiek znany z pierwszego roku panowania Sowietów. Zrobił wiele złego kolegom, sąsiadom. Po wojnie służył w miejscowej bezpiece, budował zręby władzy ludowej.
- Chodziłem z nim do jednej klasy w gimnazjum - nie wiem, czy nadal tu mieszka...
Może to on wydał go Ruskim i skazał na długie lata pobytu w tajdze? Nic więcej Jurek nie powiedział. W tych stronach krążyło dużo takich niedopowiedzianych historii o złych ludziach. Ściszając głos, o nich mówili. Czuło się w tym jakieś dozgonne oczekiwanie na pomstę z nieba, boską sprawiedliwość. A może na taką chwilę, kiedy samemu będzie można wymierzyć karę. Ostatniego wieczoru nastąpiło wędzenie węgorzy. Zajmował się tym Zygmunt, brat gospodyni, rybak zawołany. Cechował go głęboki sceptycyzm wobec postępu cywilizacyjnego. Nie wierzył w żadne pojazdy kosmiczne, sputniki.
- E tam! - machał ręką. - Dobrego nic z tego nie będzie.
Węgorze smakowite, złociste, ociekały tłuszczem, zapach skrzącej się olchy. Pożegnanie lata.
-Marek Nowakowski "Pióro. Autobiografia literacka"

czwartek, 8 stycznia 2015

ostatni ze starej gwardii

TADEUSZ KONWICKI
22.06.1926 - 7.01.2015
Smutna wiadomość zainaugurowała ten dzień. I w zasadzie cały rok. Wczoraj o godzinie 22 zmarł Tadeusz Konwicki. Miał 88 lat. Mawiał o sobie, że jest zaprogramowany na góra siedemdziesiąt i każdy rok ponadto to dowcip losu. Mówił też, że gdy przygląda się uważnie światu, jego pierwszą myślą jest "wydostać się stąd jak najprędzej". Wczoraj mu się to udało, coś jednak dławiącym uściskiem powstrzymuje przed gratulacjami. Powyższe wypowiedzi unaocznić mogą jak wielki dystans cechował tego nietuzinkowego literata, którego los nieprzerwanie splatał się z trudną historią naszej części Europy.

Pierwszy raz usłyszałem o Konwickim, gdy moja matka zaczęła odświeżać sobie jego twórczość, przynosząc z biblioteki coraz to nowe pozycje. Wtedy jednak nie sięgnąłem po jego książki. Zmieniło się to w momencie, gdy obejrzałem genialny film dokumentalny zatytułowany "Co ja tu robię?". Wypowiedzi "chytrego Litwina", tak bardzo korespondowały z moimi przemyśleniami, że natychmiast poczułem tajemniczą więź nas łączącą. Co prędzej sięgnąłem po jego dzieła, w pierwszej kolejności literackie, następnie filmowe. Wyjątkowy świat imaginacji autora, jego metafizycznych wycieczek, w połączeniu z bystrym okiem obserwatora otaczającej go trudnej rzeczywistości, wszystko to doprawione szczyptą przekory i dowcipu... Szef kuchni poleca.

Stanisław Dygat odszedł od nas już dawno. W ostatnich latach zmarli Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Janusz Morgenstern. Tym smutnym wydarzeniom towarzyszyła myśl, że tylko Konwicki jeszcze się trzyma ze starej gwardii. Teraz i jego zabrakło. Pozostała pamięć i świat, który zaklął na odwrotach maszynopisów podkradanych z Czytelnika, po których gryzmolił nocami, półleżąc na tapczanie w swojej legendarnej nyży. I świat który zaklął na taśmie filmowej, dzięki której możemy ożywić teraz oprócz jego myśli, tak wielu utalentowanych artystów, których już nie ma wśród nas: Jan Machulski, Zdzisław Maklakiewicz, Zbigniew Cybulski, Ewa Krzyżewska - to tylko czubek góry lodowej.

W roku 1995 opublikowany został "Pamflet na siebie" i od tej pory Konwicki zamilkł jako literat. Przekazał pałeczkę młodym, mówiąc "macie już wolność, róbcie z nią co chcecie". Wszyscy po cichu liczyli na jego osławioną przekorę, może jednak coś go podkusi i zmieni zdanie. Dzisiaj już wiemy, że były to próżne nadzieje. Pozostawił jednak po sobie tyle genialnych dzieł, że grzechem byłoby mieć do niego pretensje. Pozostaje je sobie jeszcze raz odświeżyć i inspirować się nimi. Taki jest mój zamiar.

Na początek polecam sprawdzić słuchowisko na podstawie "Kompleksu polskiego".

sobota, 3 stycznia 2015

rozkminka o chwastach


Nie jest tajemnicą, że moim konikiem jest tzw. proza alkoholowa. Koledzy śmieją się z paradoksu polegającego na tym, że będąc abstynentem, jestem największym znanym im ekspertem w tej dziedzinie. Co mogę powiedzieć, tak jakoś wyszło. Zawsze był mi bliski ten rodzaj wrażliwości, z reguły łatwo mogłem się zidentyfikować z bohaterem, odnaleźć w jego opowieści własne doświadczenia i przemyślenia. To właśnie poszerzając swój zakres wiadomości w tej dziedzinie, trafiłem na powieść Williama Kennedy'ego, pisarza o którym wcześniej nic nie słyszałem, oraz na jego powieść "Chwasty", która jak się okazuje, została nagrodzona Pulitzerem. Nie pozostawało mi nic innego jak zaopatrzyć się w egzemplarz i zabrać się za lekturę.

Francis Phelan, główny protagonista, jest lumpem. Sam o sobie się tak wyraża i nie ma oporów przed określaniem tym mianem swych licznych, z reguły przygodnych, towarzyszy. Nikt jednak lumpem się nie rodzi, sam Francis musiał z pewnością wieść niegdyś życie zupełnie inne od tego, z którym teraz niemalże się obnosi. W tym przekonaniu utwierdzamy się, gdy wraz z bohaterem trafiamy do miasteczka Albany, z którego pewnego kwietniowego dnia przed dwudziestu dwu laty tchórzliwie czmychnął, nie mogąc pogodzić się z tragicznym wypadkiem, którego był przyczyną, na zawsze odmieniając życie swoje i swoich bliskich. W czasie swej niekończącej się włóczęgi po całych Stanach, trafiał kilkukrotnie w rodzinne strony, nigdy jednak nie ujawnił się przed rodziną i nie mijała chwila, jak znów gnał w nieznane na platformie pociągu towarowego. Jednak ta wizyta będzie zupełnie inna od poprzednich.

Jest ostatni dzień października roku 1938, gdy zaczynamy obserwować poczynania Francisa. Przed kilkoma dniami opuścił mury więzienia, gdzie trafił za oddanie dwudziestu jeden głosów w trakcie wyborów. Cała sprawa została opisana w gazetach, z więzienia ojca odebrał jego syn Billy i przy tej okazji mogli sobie chwilę porozmawiać. Zaproszenie do domu rodzinnego zostaje jednak puszczone mimo uszu. W tej chwili są sprawy ważniejsze do załatwienia. Tak rozpoczyna się ponura odyseja. W świecie lumpa przyszłość praktycznie nie istnieje. Ogranicza się do najbliższej nocy, którą jakoś trzeba spędzić, zwłaszcza że noce są coraz zimniejsze i łatwo o zamarznięcie. A jeśli los pozwoli ujrzeć kolejny świt, wszystko zacznie się od nowa. Przetrwać to wszystko pozwala niezawodny alkohol, eliksir przedłużający teraźniejszość, pomagający się w niej rozpłynąć. Do czasu gdy ten boski stan zostanie boleśnie przerwany przez trzeźwą rzeczywistość.

To życie zdaje się być dla Francisa jego żywiołem. W byciu lumpem jest mistrzem, a jeśli komuś nie wydaje się to żadną sztuką i pogardliwie określa tych ludzi mianem leni czy darmozjadów, niech spróbuje przeżyć w ten sposób tydzień. Szybko okaże się, że wcale nie jest w tym świecie łatwiej przetrwać. Co więc sprawia, że tyle osób żywot taki niemalże wybiera? To pytanie jest szczególnie nurtujące w przypadku głównego bohatera, który, jak się w trakcie utworu dowiadujemy, był w swoim czasie odnoszącym wielkie sukcesy baseballistą, a gazetowe wycinki dokumentujące jego chwałę, wciąż nosi przy sobie. Wydaje się przy tym całkowicie wolny od jakichkolwiek sentymentów czy nostalgii. To było wtedy, a teraz są zgrubiałe dłonie, poznaczone bliznami, a brak jednego palca przypomina o dawnej bójce z lumpem uzbrojonym w siekierę. Świadomy konsekwencji swoich decyzji, Francis zdaje się usiłować napisać sobie swoim życiem należyte epitafium.

Zdaje sobie bowiem sprawę, że znalazł się już na końcu swej drogi. Przypominają mu o tym zmarli: ludzie, którzy stracili życie na jego oczach lub tacy, których sam go pozbawił. Przechadzają się oni pośród żywych, choć dla nich niewidoczni, zaczepiają Francisa, wciągają go w pogawędki i dyskusje. Jedni pocieszają, inni straszą. W tym stanie pomiędzy życiem a śmiercią, gdy przeszłość ciąży jak kula u nogi, a przyszłość traktuje się jak zło konieczne, na świat patrzy się zupełnie innymi oczami niż przeciętny zjadacz chleba. Dlatego też niektóre jego decyzje mogą wydać się irracjonalne, ale im dłużej z nim obcujemy, tym bardziej jesteśmy w stanie mu kibicować, a niekiedy współczuć, widząc jak odrzuca dane mu szanse. Po prostu, w przeciwieństwie do nas, wie od razu, że i tak nic dobrego by z tego nie wyszło.

Francis jest człowiekiem popadającym ze skrajności w skrajność. Raz potrafi być uprzejmy, czuły, pomocny i dowcipny, kiedy indziej zaś jest oschły, cyniczny i agresywny. Ma w sobie jednak pewność siebie, która wszystkie te sprzeczne nieraz cechy spaja w jedną spójną całość. Jaki los by go nie czekał, musiał być przez niego oczekiwany i wręcz zaplanowany. Lecz skoro nie zależy mu na ogólnie pojętym sukcesie, nie należy się tym samym spodziewać ogólnie pojętego happy endu. Najważniejsze jest to, że te kilka dni spędzonych z królem lumpów na długo pozostaną w pamięci, a jego peregrynacja da asumpt do wielu przemyśleń.

Sama książka jest równie zmienna co jej bohater. W jednej chwili możemy się śmiać, by w następnej się wzruszyć. Ciekawym smaczkiem jest też nawiązanie do radiowej adaptacji "Wojny światów" Wellsa, przygotowanej przez Orsona Wellesa, a wyemitowanej właśnie 30 października 1938. Na podstawie powieści powstał film z Jackiem Nicholsonem w roli głównej, z pewnością obejrzę go w niedalekiej przyszłości.

środa, 31 grudnia 2014

rozkminka o pamiętnikach


Książeczka krótka, a do jej przeczytania przymierzałem się bardzo długo. Tak jakoś wyszło, choć wiedziałem przecież, że Mark Twain biorący na warsztat tematykę biblijną zwiastuje lekturę co najmniej niebanalną. Dzisiaj zaś nadszedł ten moment. Nie mając nic, co mógłbym opublikować, by zadośćuczynić grudniowemu etapowi wyzwania czytelniczego, sięgnąłem po tę ostatnią deskę ratunku. No cóż, każdy powód jest dobry.

"Pamiętniki Adama i Ewy" w postaci takiej, jak czytałem, zostały wydane już po śmierci autora. Jest to zbiór wszystkich tekstów, które w ciągu swego życia Twain napisał o tych postaciach. By ująć rzecz precyzyjniej, należy uściślić, że całość stylizowana jest na prywatne zapiski, które każde z bohaterów oddzielnie prowadzi. Znamienny jest fakt, że oboje zaczynają je pisać w momencie pojawienia się Ewy, czy też jak określa ją początkowo Adam, "tego nowego stworzenia z długimi włosami". Takie postawienie sprawy wydaje się być kluczowe dla odczytywania całego utworu, który jawi się jako całkowicie areligijny, a skupiający się relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną. Sprawę możemy prześledzić od samego początku, przyglądając się pierwszym przedstawicielom tych jakże różnych "gatunków". Co więcej, przyglądając się każdemu z nich także oczami drugiego.

Jak to u Twaina, znajdziemy tu wiele zabawnych momentów, ale po lekturze całości towarzyszyło mi uczucie trudnej do uchwycenia melancholii jakiej dostarczyć mógłby nastrojowy wiersz. Twain w piękny choć oszczędny sposób ukazał miłosny związek dwojga przeznaczonych sobie ludzi. Wzruszającą pointą jest epitafium, które Adam wyrył na nagrobku ukochanej. Co ciekawe, ten fragment Twain napisał niedługo po śmierci swojej własnej żony.

Tak jak się spodziewałem, nie zawiodłem się w żadnym wypadku. Mój podziw dla Twaina wzrasta z każdą kolejną przeczytaną ksiażką, a że już pierwsze jego utwory, które poznałem, zawiesiły poprzeczkę niebotycznie wysoko, nie mogę się doczekać kiedy w końcu sięgnę po "Życie na Missisipi", do którego przymierzam się jeszcze dłużej niż do powyższej pozycji.


Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html

piątek, 28 listopada 2014

rozkminka o hipopotamach


To powieść, do kupna której przymierzałem się tak długo, że w międzyczasie zdążono ją przetłumaczyć i wydać w naszym kraju, więc dzięki swemu wrodzonemu lenistwu uniknąłem trudu zapoznawania się z tym dziełem w oryginale. Trochę tego żałuję, ale nic straconego, może jeszcze do niego powrócę, dlaczego nie w takiej właśnie formie. Ci, którzy orientują się w historii bitników, wiedzą doskonale o co chodzi, inni historię ukazywaną w książce mogli poznać za sprawą stosunkowo nowego filmu z Harrym Potterem i spółką. Mimo że sami wydawcy nie szczędzą szczegółów w opisie na okładce, ja postaram się być w tej kwestii raczej oszczędny w słowach i powiem tylko, że chodzi o tragiczne wydarzenie stojące będące w pewnym sensie kamieniem węgielnym Beat Generation, zbrodnia, która zakończyła pewien etap w życiu młodych ludzi mających niebawem odmienić świat literatury, i rozpoczęła kolejny. W roku 1944 nikomu nieznani Jack Kerouac, podówczas rzucający studia domorosły marynarz i William S. Burroughs, absolwent Uniwersytetu Harvarda igrający z nowojorskim półświatkiem, wspólnie napisali krótką powieść o wydarzeniach, których byli świadkami.

Wśród ich znajomych byli między innymi Lucien Carr i David Kammerer. Ta dwójka pierwszy raz zetknęła się ze sobą, gdy Lucien miał jedenaście lat, David dwadzieścia pięć. Od tego czasu niezdrowa fascynacja starszego mężczyzny młodym chłopcem wciąż narastała, nie pomagały zmiany szkół i miast, cały czas był gdzieś obok. Nie do końca można jednak określić Luciena jako niewinną ofiarę. Gdy był już starszy, w okrutny sposób bawił się uczuciem Kammerera, na przemian dając mu nadzieję, to znów brutalnie odtrącając. Gdy Lucien zaczął studiować na Columbii, poznał ze sobą Williama S. Burroughsa, Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca, będąc cichym spiritus movens późniejszych ich dokonań. Jednak jego napięte stosunki ze starszym "przyjacielem" zakończyły się tragedią, która zainspirowała powstanie niniejszej książki.

Dzięki niej możemy się przenieść do Nowego Jorku AD 1944 i obserwować przyszłe legendy w ich naturalnym środowisku. Choć II Wojna Światowa trwa właśnie w najlepsze i rówieśnicy bohaterów codziennie giną (w tym przyjaciel Kerouaca, Sebastian Sampas), to jest to ledwo odczuwalne. Objawia się to od czasu do czasu, gdy okazuje się, że któryś znajomy poszukiwany jest z powodu uchylania się od poboru. Jednak przez zdecydowaną większość czasu zdecydowanie bardziej absorbujące są zupełnie inne sprawy. Ludzie mający za kilka lat zmienić oblicze literatury i na stałe zapisać się w jej historii, na razie są zwykłymi obibokami żyjącymi niemal na marginesie społeczeństwa. Mike Ryko, alter ego Kerouaca, jest marynarzem, obecnie przebywającym na stałym lądzie, mieszkający u swojej dziewczyny. Will Dennison, postać pod którą ukrywa się Burroughs, w początkowej części powieści pracuje jako barman, by potem zostać rządowym detektywem, co wydaje się dość bezczelne z jego strony, zważywszy na fakt, że sam jest poszukiwany. Poza tym jest pośrednikiem przekazującym drobnym przestępcom najrozmaitsze zlecenia.

W licznym kręgu ich znajomych znajdują się między innymi Philip Tourian (Carr) i Ramsay Allen (Kammerer). Tourian chcąc uwolnić się od podstarzałego adoratora, namawia Mike'a, by razem wyruszyć w morze. Chęć ucieczki nie przeszkadza mu bawić się w międzyczasie w towarzystwie Ramsaya, nieustannie go prowokując. Nim jednak sytuacja pomiędzy nimi osiągnie punkt kulminacyjny, będziemy mogli poznać całe to środowisko oraz jego malownicze, nowojorskie tło. Wszyscy oni niemal są ludźmi żyjącymi z dnia na dzień, utrzymującymi się z dorywczych prac lub zwyczajnie pasożytującymi na kim tylko się da. Swój czas spędzają urządzając codziennie huczne imprezy, na których leje się alkohol i eksperymentuje się z coraz to nowymi używkami. Wydaje mi się, że niektórzy mogą przeżyć szok, uświadamiając sobie, że takiego tylu życia nie wymyśliła "dzisiejsza młodzież". I chociaż to tylko luźne spostrzeżenie, to dowodzi tego, jak bardzo odważna musiała być to książka jak na ówczesne czasy, gdy gorset konwenansów nieporównanie bardziej ograniczał twórców. Nie dziwi też fakt, że żaden z wydawców nie był wtedy zainteresowany wydaniem powieści. A że mogła ona stawiać w nieciekawym świetle niektóre z żyjących osób, postanowiono później, że może ona zostać opublikowana dopiero wtedy, gdy odejdą one na łono Abrahama.

Z perspektywy dzisiejszych czasów książka z pewnością nie jest już tak szokująca, porusza jednak temat, który nawet dzisiaj nie jest zbyt popularny: miłość(?) homoseksualna i towarzysząca jej obsesja, stale rosnąca, z którą nie mogą sobie poradzić ani sami bezpośrednio zainteresowani, ani ich najbliżsi śledzący tę niepokojącą relację na co dzień. W trakcie zbliżania się do końca lektury rodziło się we mnie pytanie, czy takie jej zakończenie było nieuchronne, czy można było go w jakiś sposób uniknąć i jak duży wpływ na nie miało panująca wtedy obyczajowość. Dochodzę do wniosku, że sytuacja była na tyle skomplikowana, że chyba tylko cud mógłby ją uratować.

Ciekawa, choć nieszczególnie wydumana, jest przyjęta przez pisarzy forma. Fabuła rozwija się linearnie, a kolejne jej etapy opisywane są na zmianę przez dwóch narratorów opisujących w pierwszej osobie obserwacje swojej postaci. I choć opisy te w przypadku obu autorów są podane w formie uproszczonej do maksimum, styl jest suchy, można nawet powiedzieć, że przypominający protokoły zeznań, mimo to, ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że narracje Kerouaca i Burroughsa są do siebie podobne. Przebijająca przez ich pisarstwo siła osobowości nadaje ich obserwacjom prawdziwie indywidualny charakter. Żywotność autora "W drodze" i nonszalancki cynizm autora "Nagiego lunchu" dają się doskonale odczuć poprzez ich sposób widzenia świata.

Innym uderzającym aspektem powieści jest podejście obu bohaterów do zbrodni jakiej są niejako świadkami. Wydaje się ona bowiem nie wywierać na nich większego wrażenia. Można nawet powiedzieć, że traktują ją jak inspirację, co znajduje potwierdzenie w fakcie, że książka powstała "na gorąco", zaraz po wydarzeniach, jakie zostały w niej opisane. Następuje zatarcie granicy między życiem a literaturą, jedno miesza się z drugim i nie sposób wyodrębnić z tego amalgamatu poszczególnych elementów. Może to właśnie w tym okresie można upatrywać zapowiedź późniejszych rzesz czytelników, zafascynowanych życiem swoich ulubionych autorów w równym, a może nawet większym stopniu niż ich twórczością.

Podobnie jak było w przypadku pierwszych utworów Kerouaca jest mi trudno ocenić, jakie wrażenie wywrze niniejszy utwór, które o bitnikach nie wie nic lub wie bardzo niewiele. W moim przypadku było to cenne uzupełnienie mojej dotychczasowej wiedzy, a sam utwór przeczytałem jednym tchem. Żałowałem co prawda, że jest tak krótki, ale w żadnym razie nie czułem się rozczarowany. Trzeba jednak przyznać, że w przypadku "Hipopotamów" istotnym dodatkiem do opisywanej w książce historii są wątki biograficzne pierwowzorów literackich postaci i zapoznanie się z nimi na pewno uatrakcyjni lekturę.



Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html