poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Selfie

Na facebooku Literackie Skarby Świata Całego Ania wrzuciła swoje selfie z książką Hrabala w ramach akcji na okoliczność Światowego Dnia Książki. I chociaż od tego dnia już trochę czasu minęło, a selfie to zupełnie nie moje klimaty, tak się złożyło, że akurat pod ręką miałem aparat i Zwrotnik Raka. Późniejsze z dwóch wydań, które posiadam. Pierwsze kupiłem, gdy po raz pierwszy opuściłem dom rodzinny, wyjeżdżając na studia. Rok 2007 i ja w wersji dziewiętnastoletniej. Książka Millera wywarła na mnie ogromny wpływ i od tamtej pory zawsze wymieniałem ją wśród najważniejszych w moim życiu. Po latach wyszło jej nowe wydanie - większy format, twarda okładka. Kupiłem w zasadzie tylko po to, żeby mieć ją na półce. Ale po jakimś czasie nie wytrzymałem i rozpocząłem ponowną lekturę, pomimo obaw. Było przecież bardzo prawdopodobne, że po tych z górą dziesięciu latach książka zwyczajnie nie dotrzyma kroku roli, jaką pełniła w moich wspomnieniach. Ku mojemu zaskoczeniu i radości Zwrotnik Raka jest ponadczasowy. Oczywiście w moim przypadku, zdaję sobie bowiem sprawę, że chociażby na takim Lubimy Czytać opinie na jego temat są skrajnie różne. Ale to już nie mój problem.

czwartek, 25 kwietnia 2019

Dekada


Przydatne bywają te daty automatycznie zapisywane na zdjęciu - gdy przypadkiem odnajdzie się je po latach, można dokładnie stwierdzić, ile czasu minęło od momentu ich zrobienia. W tym konkretnym przypadku dziesięć lat. Gdy patrzę na ludzi na tym obrazku, zwłaszcza na siebie, nie mogę się nadziwić, jak wiele w ich życiu się wydarzyło od tamtej kwietniowej popijawy. Kawał czasu, choć minął nie wiadomo kiedy.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Z dala od księżyca, czyli "Młode skóry" Barretta


a ci co zostali kumple od kielicha życia
wzrokiem obłąkanym spoglądają spode łba
do Anglii by chcieli, lecz nie polecieli
to nie dla nas, mówią, kasa to nie dla nas zanęta
ale nocami zostawiają w tych knajpach nielicznych na kuflach perły łez

Beztoł - Ulice Augustowa

Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby w opowiadaniach Barretta pozmieniać imiona bohaterów oraz nazwy miejscowości i ich ulic, moglibyśmy mieć tu do czynienia chociażby z podkarpacką prowincją rodem z czytanych przeze mnie niedawno Przemytników Janczury. Mniej istotna jest tu irlandzka specyfika, chodzi raczej właśnie o pewną uniwersalność małych miasteczek, które, w przeciwieństwie do Andrzeja Bursy, nie wszyscy mają tam, gdzie on. Taki chociażby Barrett reprezentuje twórców, którzy twórczą satysfakcję znajdują w pochylaniu się nad ludźmi i miejscami z pozoru nieatrakcyjnymi i za sprawą pogrążania się w marazmie niezaskarbiającymi sobie sympatii obserwatorów.

Bohaterowie Nagich skór to mieszkańcy małego miasteczka, którzy już chyba na zawsze pozostaną jego niewolnikami - z jednej strony mają poczucie, że do tego miejsca nie przynależą, że ogranicza ono ich życiowe aspiracje, z drugiej zaś brakuje im choćby krzty determinacji, by w swoim życiu coś zmienić. Kolejne lata przesiadują w tych samych knajpach, zalewając smutki (między innymi piwem Karpackie, warto odnotować) w towarzystwie tych samych, podobnych sobie ludzi. Z nudów opowiadają sobie ciekawostki o Saharze, na której zwłoki się nie rozkładają, bo wysusza je słońce. Nie zdają sobie sprawy, że sami już upodobnili się do tychże zwłok. Tragiczne wydarzenia, jak na przykład porwanie małego chłopca, jest jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, w końcu coś się dzieje, wreszcie można porozmawiać o czymś nowym.

Co sprawia, że pobliskie wielkie miasto, zdawałoby się pełne perspektyw, jest dla nich tak odległe. Córka właściciela małomiasteczkowej knajpy, do której przystawia się barman, tłumaczy swemu absztyfikantowi, że z jego perspektywy miasto to równie dobrze mogłoby się znajdować na księżycu. Trudno winić otoczenie, przecież większość mieszkańców doskonale się tam odnajduje, inni opuścili rodzinne strony, by gdzie indziej budować udane życie. Powracają nieliczni rozbitkowie, by na stałe dołączyć do grona zalewających smutki w knajpach. To trzydziestolatkowie, którzy poczuli, że dotknęła ich starość, a siebie samych z czasów szkolnych określają mianem młodych skór, jakby wtedy nie byli jeszcze ludźmi, a człowieczeństwo pojawiało się dopiero wraz z uczuciem nieprzystosowania i życiowej przegranej. "Trzydziestka - wiek strachu" - konstatuje gorzko jeden z bohaterów filmu Gnoje na podstawie Białego kruka Stasiuka, których bohaterowie mogliby z powodzeniem wystąpić w jednym z opowiadań Barretta.

W którymś momencie ich życia nastąpiło coś, co wypełniło ich dusze paraliżującym strachem. Łatwo ten moment uchwycić w przypadku bohatera opowiadania "Wytrzymać we własnej skórze", w jego przypadku skaza jest fizyczna - ot, wchodził do knajpy w momencie, gdy stojący na stole pijany osiłek zapowiedział rozbawionemu audytorium, że kopnie w twarz pierwszą osobę, która przekroczy próg lokalu. O tej chwili przypomina mu teraz codziennie paskudna blizna i wzrok, który nieustannie na sobie czuje. W tym przypadku łatwiej nam pojąć jego sytuację. Co jednak z innymi, którzy w "najlepszym" przypadku zdobywają lokalną sławę mołojecką jako dilerzy, pozostający na usługach posuniętych w latach wytwórców-hurtowników, przez kolejne dekady coraz bardziej okopanych w swej paranoi.

Zdarzają się też jednostki, które, tak jak bohaterowie ostatniego opowiadania, pomimo opisanej wyżej trwogi zdołali umknąć z miasta, lecz pewne niezałatwione sprawy z przeszłości wciąż ich z nim wiążą. Pogrzeb dawnej kochanki skłania ich do powrotu, choć w decydującym momencie wolą się raczej ukryć w knajpie. Nasuwa się pytanie, czy ta konfrontacja z przeszłością będzie szansą do wyzwolenia się od niej, czy wręcz przeciwnie, strach sprzed lat na nowo nimi zawładnie i znów dołącza do grona sparaliżowanych nim życiowych rozbitków.

piątek, 15 lutego 2019



Wczoraj były Walentynki, ale nowojorskiemu raperowi O.C. od dwudziestu lat nie kojarzą się one dobrze. W utworze Tribute wspomina, jak 14 lutego 1999 dzwonił do niego Big L, przyjaciel, raper z tego samego co O.C. składu Diggin' in the Crates. Ale że O.C wybierał się właśnie z dziewczyną na miasto, nie odebrał. Przyjaciel taką rzecz przecież wybaczy. Ale następnego dnia Big L już nie żył. Zastrzelono go nieopodal jego bloku w Harlemie. Można to potraktować jak dowód na to, że jego wersy "I'm from the danger zone where emcees get slain" nie były hiperbolą. Jak co roku odświeżam sobie dwie jego płyty: Lifestylez ov da Poor & Dangerous i The Big Picture (wydana już po śmierci). Oczywiście nie zabrakło mi czasu na nową płytę Sokoła.

piątek, 26 października 2018

Po dwakroć schwytana, czyli "Nowiny ze świata" Jiles


Zdarza się, że na swej drodze spotykamy ludzi, którzy w naszych oczach stanowią trudne do uchwycenia połączenie zwykłego, podobnego nam człowieka, z historią powszechną znaną nam z podręczników. Sam o agresji Niemiec na Związek Radziecki czytam jak o wydarzeniu, które mogłoby równie dobrze być fikcyjne; mój dziadek zaś w swoich wspomnieniach opisuje, jak "w niedzielę 22 czerwca 1941 roku rano obudził mnie huk jak grzmot i przeraźliwe warczenie samolotów". Nie chodzi zresztą tylko o tak widowiskowe wydarzenia. Choćby sam okres PRL-u dla mnie, moich rówieśników i ludzi młodszym od nas jest w istocie nieco tajemniczym amalgamatem wspomnień bliższych i dalszych nam ludzi, książek historycznych, literatury pięknej, czy filmów, dotyczących tego okresu. Nigdy nie będzie on dla nas czymś zwyczajnym, codziennym. A jednak znajdzie się przecież multum osób, które funkcjonowały wtedy bez świadomości, że "żyją w ciekawych czasach".

Również bohater Nowin ze świata Paulette Jiles, kapitan Jefferson Kidd w oczach sobie współczesnych na dobre splótł się z historią Stanów Zjednoczonych. Bieg jego życia wyznaczały kolejne wojny. Walczył w trzech, na różnych etapach swojego życia. W pierwszej, wojnie roku 1812 wziął udział jeszcze jako nastolatek. Kolejnej, amerykańsko-meksykańskiej doświadczał jako niespełna pięćdziesięciolatek. Ta, co do której żywi nadzieję, że będzie ostatnią w jego życiu, to oczywiście wojna secesyjna (na nią wyruszył z kolei, będąc już po sześćdziesiątce). Obecnie mamy zaś rok 1870, a kapitan, jak przystało bohaterowi powieści gatunkowo zbliżonej do westernu, podróżuje od miasta do miasta. I chociaż jak bohater i zarazem narrator świetnej gry Call of Juarez: Gunslinger mógłby oddawać się wspomnieniom swoich przygód i roztaczać przed gronem słuchaczy wizję dawnego siebie, on zdaje się uciekać od nich najdalej, jak tylko to możliwe.

Kapitan utrzymuje się z zawodu, który w dzisiejszych czasach chyba trudno nam sobie nawet wyobrazić. Jednak w dobie dość powszechnego analfabetyzmu, połączonego z niedoborem rozrywek, profesja, polegąjąca na objazdowym, publicznym odczytywaniu gazet, nie jest pozbawiona sensu. Kidd wozi ze sobą pokaźny zapas, jak najbardziej różnorodnej prasy (dla mieszkańców poszczególnych miejscowości często zwyczajnie niedostępnych) który stale uzupełnia, a dla każdego miasta, które odwiedza, przygotowuje indywidualny wybór artykułów. Co ciekawe, unika tekstów, które bezpośrednio dotykałyby słuchaczy, dotyczyły ich spraw bieżących. Zdaje sobie sprawę, że mógłby w ten sposób dość szybko wywołać awanturę. Zamiast tego woli roztoczyć wizję wydarzeń z dalekiego świata, która audytorium odciągnie od codziennych trosk.

Przeczytał artykuł z "Philadelphia Inquirera" o poszukującym gdzieś w Turcji śladów wietrznej Troi doktorze Schliemannie. Czytał o tym, że udało się przeciągnąć druty telegraficzne od Wielkiej Brytanii do Indii, artykuł z kalkuckiego "Timesa" przesłany do londyńskiego "Daily Telegraph", dowód postępu technicznego, który wydawał się wręcz nieziemski. (...) Na koniec przeczytał o nieszczęsnym szkunerze Hansa, zmiażdżonym w paku lodowym, gdy próbował dopłynąć do bieguna północnego, i o rozbitkach uratowanych przez statek wielorybniczy.

Z codziennej rutyny wytrąca kapitana misja, której podejmuje się trochę wbrew sobie. Wymawia się od niej jak może, jednak zleceniodawca nie pozwala mu się wykręcić. I nagle, z dnia na dzień, kapitan staje się opiekunem dziewczynki, porwanej przed czterema laty przez Indian z plemienia Kiowa. Wychowywana przez nich, zdaje się być teraz raczej Indianką. Jest przerażona, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że znów została porwana, tym razem odebrana przybranym rodzicom przez współplemieńców, którzy wzięli do serca groźby rzecznika do spraw Indian, który zarzeka się, że zakończy plagę porwań dzieci. Przy okazji zaś odnoszą materialne korzyści, gdyż zwyczajnie sprzedają ją pierwszemu lepszemu napotkanemu białemu.

Od tego momentu śledzimy wspólną podróż tak niecodziennego duetu. Dziewczynka z trudem przypomina swoją przedindiańską przeszłość, stara się zrozumieć nowy dla niej świat, którego nawet kapitan, tak mocno i od tak wielu lat w nim osadzony zdaje się do końca nie pojmować. A może nawet zwyczajnie pojmować go nie chce, wraz ze swymi słuchaczami uciekając do egzotycznych dla nich krain i wydarzeń. Teraz zaś musi przez wiele mil eskortować dziewczynkę, by dostarczyć ją do jej wujostwa, które od lat jej poszukuje. Już sama podróż jest niemałym wyzwaniem. Po pierwsze, Indianie wciąż stanowią zagrożenie, które choć już niebawem stanie się nostalgicznym wspomnieniem z kart Na południe od Brazos, teraz pozostaje jak najbardziej realne. Po drugie, choć od zakończenia wojny secesyjnej minęło już pięć lat, Teksas wciąż nie doszedł do ładu i toczy jak najbardziej westernowa anarchia.

Czarnobrody uśmiechnął się. Panie, tu nie ma żadnych władz lokalnych, powiedział. Nie ma szeryfa. Ludzie Davisa go wykopali. Nie ma żadnego sędziego ani burmistrza, żadnych komisarzy. Davis i armia federalna wszystkich wywalili. No bo każdy służył w armii konfederackiej albo pełnił urząd w Konfederacji, i koniec pieśni. Tylko że nikogo tu nie przysłali na zastępstwo. To żeśmy sami się tym zajęli. No i to z nami musisz się pan rozliczyć.

Jakby tego było mało, kapitan, choć podjął się tego zadania i zamierza je wykonać, od samego początku dręczą go wątpliwości. Jest doskonale świadomy losu, jaki stał się udziałem innych odebranych Indianom białych dzieci - samobójstwa, alkoholizm. Zdaje sobie sprawę, że kolejni mieszkańcy traktują dziewczynkę tak, jakby jej czteroletni pobyt wśród Indian (od szóstego do dziesiątego roku życia) był nowiną ze świata, którą odczyta im ona jak kapitan. Nie mieści im się w głowie, że biała jak oni osoba mogłaby przeżyć taką przemianę. Jedyne tłumaczenie jakie im przychodzi do głowy, to eliksir, jakim poją Indianie porwane dzieci, by stały się one tak dzikie jak oni. Tym samym to właśnie ona staje się w ich oczach nowiną ze świata. Egzotyczną ciekawostką, która jednak na dobrą sprawę nie dotyczy ich życia. Może się tylko do nich dostosować lub pozostać im obcą, oni jednak nie wyciągną do niej ręki.

Kapitan jest jedyną osobą, która zadaje sobie trud, by dziewczynkę zrozumieć i porozumieć się z nią. Nie wie jednak, jak mógłby jej pomóc i czy ewentualna pomoc jest w ogóle możliwa. Gdy wraz z kolejnymi przebytami milami i wspólnie przeżytymi przygodami coraz silniejsza staje się więź, łącząca tę dwójkę, z jednej strony rośnie nadzieja czytelnika, że być może happy end będzie możliwy, choć z drugiej proporcjonalnie silniejsze stają się obawy przed bolesnym rozczarowaniem. Nie pozostaje mu jednak nic innego, jak wraz z dwojgiem głównych bohaterów odbyć podróż do próby zrozumienia. By lektura nie była jedynie nowiną ze świata, a czymś co dotknie nas bezpośrednio i skłoni do refleksji.

wtorek, 9 października 2018

Człowiek w kasynie życia codziennego, czyli "Gracz" Potiomkina


Na hasło Gracz każdy, kto w jako takim stopniu obeznany jest z literaturą, pomyśli o dziele Dostojewskiego, którego sama historia powstania intryguje swą hazardową otoczką. Autor, zapalony gracz, zadłużony po uszy, chociaż był w trakcie pisania zupełnie innej książki, został przez wydawcę niemal zmuszony, by napisał coś "na wczoraj". Gdy usłyszałem tę historię, od razu zainteresowałem się wspomnianym dziełem i przy najbliższej okazji po nie sięgnąłem. Muszę niestety przyznać, że przeżyłem rozczarowanie. Cała fabuła była zwyczajnie nudnawa, nie odczułem zupełnie dreszczu emocji, którego oczekiwałem - przeniesionego przez karty książki uczucia, gdy wiruje ruletka i ważą się nasze losy; podwoimy fortunę, czy zostaniemy z niczym. Dopiero zakończenie utworu w dwójnasób zrekompensowało wcześniejsze braki. Czytało się je w napięciu, jednak dominowała myśl, że gdyby cały utwór był taki, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem, a tak czegoś jednak zabrakło.

Mimo to Gracz za sprawą samego autora pozostaje swego rodzaju pomnikiem, gdy więc ktoś postanawia powieści o hazardziście nadać ten sam tytuł, musi liczyć się z tym, że ze swojego przedsięwzięcia zostanie surowo rozliczony. A gdy za tym nawiązaniem stoi rosyjski pisarz, dochodzimy do wniosku, że jest to przedsięwzięcie, na które mógłby poważyć się tylko Rosjanin, taki jakim go sobie wyobrażamy. Wariat, przesiąknięty bezsensowną brawurą, w swej istocie przypominający tych, którzy wspinają się na dźwigi. Zresztą taki jest właśnie główny bohater utworu, choć jego brawura nie objawia się w tak bezpośrednio zagrażający życiu sposób. Jurij Ałtynow to tytułowy gracz - to oczywiste stwierdzenie jest jednocześnie jak najbardziej wyczerpującą charakterystyką protagonisty. Młodzieniec ów musi dostać się z Rostowa do Moskwy i chociaż stać go na dowolny środek transportu, z pełnym rozmysłem wybiera pociąg, gdyż wychodzi z założenia, że w tym mikroświecie nie będzie się nudził. Oczywiście ma rację.

Pociąg jako miejsce akcji utworu literackiego nieuchronnie przywodzi na myśl inne arcydzieło rosyjskiej literatury, a mianowicie Moskwa-Pietuszki. W tym przypadku jednak nawiązanie jest o wiele bardziej luźne niż przy wspomnianym wyżej tytule. Tak jak w poemacie Jerofiejewa (ale także, nomen omen, filmowym Pociągu Kawalerowicza) mamy tu do czynienia z pełnym przekrojem społeczeństwa, począwszy od klasy pierwszej, aż do tych najdalszych. Świat poza nim przestaje istnieć, sprowadza się do pejzażu, namalowanego na szybach. Każdy z pasażerów ma swój cel, do którego dąży, a gdy na jego drodze stanie Ałtynow ze swoim, musi doprowadzić to do nieuchronnych komplikacji.

A co jest celem Ałtynowa? Gra. Nic więcej. I dzięki temu go polubiłem, choć pozornie nie powinien wzbudzić mojej sympatii. Jakże irytująca jest przecież postać, której od pierwszych stron powieści wszystko udaje się w wielkim stylu. Niezrównany aktor, znakomity kanciarz (czy jest w ogóle możliwe, by wyrzucić na kostce taką liczbę, jakiej akurat sobie zażyczymy? Nie wiem, ale Ałtynow to potrafi), dysponujący poza tym zadziwiającą siecią kontaktów i nieograniczonymi zasobami finansowymi. Dość powiedzieć, że natychmiastową zmianę trasy pociągu załatwia jednym telefonem.

Szybko jednak zdajemy sobie sprawę, że pieniądze, które w kolejnych rozgrywkach zdobywa, w ogóle go nie interesują. Pobudki, które mu przyświecają mają więcej wspólnego ze światem sztuki, artystów do reszty owładniętych perspektywą swojego dzieła. Przypomina w tym Roberta, drobnego kanciarza z Drugiego zabicia psa Hłaski, miłośnika Szekspira, który oszukiwanie bogatych wdów przygotowuje z precyzją godną spektaklu teatralnego. I to sam akt jest tu najważniejszy i zatracenie się w nim, a oklaski lub ich brak są rzeczą wtórną i nieistotną, przynależną do innego, mniej pełnego życia, niż to poświęcone bez reszty swojej pasji.

(...) jestem artystą, graczem. Graczem w każdym szczególe, w każdej scenie realnego życia. Bez gry jestem martwy. Pieniądze dla mnie są dodatkiem, najważniejsze jest nieustanne tworzenie. Non stop. Dwadzieścia cztery godziny na dobę - gra. Gra totalna. Gram na bożym polu i na boisku diabła. Gram nawet z samym sobą. Lewa ręka gra przeciw prawej. Moje serce gra przeciw mojej duszy. Gram we śnie, w łóżku, z pieśnią miłosną i z uczuciem nienawiści, gram z dziećmi i ze starcami, z bliskimi i z obcymi. Moja śmierć będzie ostatnim rozegranym przeze mnie spektaklem.

Dostrzec to wszystko najpełniej pozwala postać pozornie epizodyczna, będąca jednak rewersem Ałtynowa. Choć w każdym calu inna, to paradoksalnie taka sama, właśnie dzięki podzielanej graczowej pasji. Podstarzały, niespełniony aktor z prowincjonalnego miasteczka, którego warunki bytowe zmusiły go do wykreowania w prawdziwym życiu postaci kleptomana (wbrew pozorom wymagało to niebywałego kunsztu, nie wystarczy przecież zacząć kraść, by ludzie zaczęli mówić "to kleptoman"), dostaje niebywałą szansę. Stanie się trybikiem w misternym planie Ałtynowa, odegra w ten sposób rolę, do której przygotowywał się całe życie. Niespodziewanie pokieruje też losy samego reżysera w rejony, o których ten nawet nie śnił. I pozwoli się przekonać, że żadna komplikacja nie jest straszna, dopóki toczy się gra. A gra toczy się tak długo, jak gramy.

Książkę wypożyczyłem z domowej biblioteczki Piotrka aka Ambrose z Klubu A+A - zarówno za wakacyjną gościnę, jak i za możliwość przeczytania Gracza serdecznie dziękuję!

sobota, 7 lipca 2018

W bramie #06 - "Królowie Dogtown"

"Nieważne, kto jest najlepszy, tylko kto ma zajawkę", powiedział przed laty mój młody padawan, Arek. Dotyczyło to deskorolki, ale można to równie dobrze odnieść do wszystkiego. Zacząłem jeździć na desce w 2002, miałem czternaście lat. Matematyka jest okrutna, nie da się ukryć, ile lat mam teraz. Ale cały czas jeżdżę, choć nawet mnie samemu wydaje się to czasem śmieszne, gdy spojrzę na swoje wygibasy z boku. Ale jak powiedział Stikorama: "życie jest ciężkie, ale na desce jeździć trzeba". To takie rozważania na marginesie kolejnej rozmowy z Szymonem Teżewskim.