Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Selfie

Na facebooku Literackie Skarby Świata Całego Ania wrzuciła swoje selfie z książką Hrabala w ramach akcji na okoliczność Światowego Dnia Książki. I chociaż od tego dnia już trochę czasu minęło, a selfie to zupełnie nie moje klimaty, tak się złożyło, że akurat pod ręką miałem aparat i Zwrotnik Raka. Późniejsze z dwóch wydań, które posiadam. Pierwsze kupiłem, gdy po raz pierwszy opuściłem dom rodzinny, wyjeżdżając na studia. Rok 2007 i ja w wersji dziewiętnastoletniej. Książka Millera wywarła na mnie ogromny wpływ i od tamtej pory zawsze wymieniałem ją wśród najważniejszych w moim życiu. Po latach wyszło jej nowe wydanie - większy format, twarda okładka. Kupiłem w zasadzie tylko po to, żeby mieć ją na półce. Ale po jakimś czasie nie wytrzymałem i rozpocząłem ponowną lekturę, pomimo obaw. Było przecież bardzo prawdopodobne, że po tych z górą dziesięciu latach książka zwyczajnie nie dotrzyma kroku roli, jaką pełniła w moich wspomnieniach. Ku mojemu zaskoczeniu i radości Zwrotnik Raka jest ponadczasowy. Oczywiście w moim przypadku, zdaję sobie bowiem sprawę, że chociażby na takim Lubimy Czytać opinie na jego temat są skrajnie różne. Ale to już nie mój problem.

sobota, 7 lipca 2018

W bramie #06 - "Królowie Dogtown"

"Nieważne, kto jest najlepszy, tylko kto ma zajawkę", powiedział przed laty mój młody padawan, Arek. Dotyczyło to deskorolki, ale można to równie dobrze odnieść do wszystkiego. Zacząłem jeździć na desce w 2002, miałem czternaście lat. Matematyka jest okrutna, nie da się ukryć, ile lat mam teraz. Ale cały czas jeżdżę, choć nawet mnie samemu wydaje się to czasem śmieszne, gdy spojrzę na swoje wygibasy z boku. Ale jak powiedział Stikorama: "życie jest ciężkie, ale na desce jeździć trzeba". To takie rozważania na marginesie kolejnej rozmowy z Szymonem Teżewskim.

wtorek, 5 czerwca 2018

rozkminka o brylu

Kiedy w 2014 napisałem coś w rodzaju epitafium dla Marka Nowakowskiego, prawdę mówiąc, zaskoczyłem tym samego siebie. Nigdy bym się nie spodziewał, że śmierć akurat tego człowieka pogrąży mnie w tak sprzyjającym refleksji nastroju. Spontanicznie przelałem na "papier" wszystko to, co wtedy chodziło mi po głowie, by przekonać się, jak ważny dla mnie to był autor. Odwrotnie było w przypadku Konwickiego - dla nikogo nie było niespodzianką, że będę musiał poświęcić mu kilka słów. Wraz z nimi przyszła jednak obawa, by nie stało się to rutyną, odhaczaniem kolejnych zmarłych artystów. Tak się nie stało. Kolejne i jak dotąd jedno, napisane poniewczasie epitafium dotyczyło deskorolkowca, Jaya Adamsa.

Wczoraj na moją skrzynkę mejlową zaczęły przychodzić kolejne powiadomienia o komentarzach, zamieszczanych pod wrzuconym niegdyś przeze mnie filmem dokumentalnym o postaci Roberta Brylewskiego. Długo poszukiwałem tego filmu, gdy więc wreszcie go znalazłem, postanowiłem podzielić się nim z innymi. We wspomnianych komentarzach pojawiał się jeden zwrot: RIP. Przez chwilę jeszcze się oszukiwałem, że może coś źle zrozumiałem, ale szybki rzut oka na serwisy informacyjne rozwiał wszelkie wątpliwości. Zmarł Robert Brylewski.


Człowiek, który był (i wciąż pozostaje) symbolem artysty totalnego i bezkompromisowego. Znamienne jest, że na swojej sztuce nigdy się nie wzbogacił, pomimo tak ogromnego dorobku do końca pozostawał gdzieś na marginesie głównego nurtu. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością, na pewno stało się to jednak dzięki ogromnej kolekcji płyt i kaset mojego ojca. Zarówno "czarna" Brygada Kryzys, jak i liczne bootlegi Kryzysu i Brygady, a do tego wszystkiego Izrael i jego "Biada, biada, biada" (choć nie przepadam za reggae, zwłaszcza polskim, to tę płytę uwielbiam). Później doszła do tego jeszcze Armia, założona z Tomaszem Budzyńskim, byłym wokalistą Siekiery. Ich płyta "Legenda" to dla mnie jedna z lepszych polskich płyt.

Jednym z częściej cytowanych przeze mnie utworów muzycznych jest "Ambicja". Zawsze kiedy rozmawiam z kimś, kogo opętali wszelkiej maści kołcze i kaznodzieje sukcesu, zaczynam cicho nucić lekko mantrujące "twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój bóg, ambicja to twoja szalona religia - ja nie gram, ja nie przegram". Przy tym oczywiste mi się wydaje, że nie oznacza to postawy kwietyzmu i opuszczenia rąk w geście przegranej. Po prostu nie mam zamiaru tańczyć tak, jak ktoś mi zagra. Jak Brylewski gram swoje. I choć nie powstanie już trzecia płyta Brygady Kryzys i "Kryzys kapitalizmu", to choć zabrzmi to banalnie, Brylewski wciąż będzie tworzył za pośrednictwem rzeszy ludzi, których przez lata inspirował.

sobota, 7 października 2017

rozkminka o przyjaźni


PLAYBOY VS PRZYJAŹŃ

Jakiś czas temu zmarł Hugh Hefner, ale choć to jego śmierć sprowokowała niejako ten wpis, to nie będzie on dotyczył bezpośrednio jego osoby, tak jak w przypadku Nowakowskiego, czy Konwickiego. Przypomniał mi on po prostu o pewnym serialu, a raczej jego konkretnym odcinku, do napisania o którym od dawna się przymierzałem, chcąc się podzielić moimi wątpliwościami z nim związanymi. Sam Hefner był mi osobą praktycznie obojętną, jego dokonania średnio mnie obeszły. Playboya nigdy chyba nawet nie miałem w rękach, kojarzy mi się z nim tylko jedna sytuacja, gdy przyszedłem do znajomych w odwiedziny i znajoma to czasopismo czytała, co wydało mi się niesamowicie seksowne. Ale sam Hefner, zasuszony staruszek, otoczony wianuszkiem półnagich piękności w wieku jego prawnuczek, nie budził zbyt pozytywnych uczuć.

Jego cameo zepsuło też według mnie jeden z odcinków genialnego serialu Entourage. Serialu, który po pierwszych odcinkach może wydawać się niczym więcej jak hymnem na cześć hedonistycznego stylu życia - główny bohater, Vince, zostaje odkryty przez Hollywood, okrzyczany "nowym Johnnym Deppem" i wraz z przyjaciółmi zaczyna pławić się w luksusach, które wiążą się z jego obecnym statusem. Rezydencje z basenami, sportowe samochody, wszelkiej maści używki i zabawy z pięknymi aktorkami i modelkami. Wystarczy jednak pozostać z serialem trochę dłużej, by zorientować się, że tak naprawdę wszystko to jest tylko nieistotną otoczką, a jego głównym tematem i motywem przewodnim jest w rzeczywistości potęga męskiej przyjaźni. Nieważne na jaką próbę wystawiona, będzie trwać pomimo wszystko. Chyba, że na scenie pojawi się Hefner.

Odcinek z nim jest bowiem w tej materii bolesnym zgrzytem, którego po prostu nie rozumiem. Drugi sezon, trzeci odcinek: Vince zostaje zaproszony do posiadłości podstarzałego plejboja. Jego świta również, rzecz jasna. Z jednym wyjątkiem: Johnny Drama, brat przyrodni Vince'a, który w Hollywood przebywa dobre dziesięć lat dłużej niż reszta i od tego czasu bezskutecznie próbuje zrobić tam karierę, ma dożywotni zakaz wstępu do posiadłości Hefnera, ze względu na ekscesy, których dopuścił się tam w przeszłości. Już w tym momencie moja empatia zostaje wystawiona na próbę, bo zamiast machnąć ręką i nie pchać się tam, gdzie go nie chcą (ja bym tak zrobił), Drama za wszelką cenę usiłuje przedostać się do posiadłości. Kumple próbują przemycić go w bagażniku, ale zostaje on odkryty przez ochronę i przegnany na cztery wiatry.

W tym momencie następuję wspomniany zgrzyt. Tego, że Drama wraca samotnie wzdłuż drogi na jakimś odludziu, a jego kumple, jak gdyby nigdy nic idą się bawić, nie jestem w stanie zrozumieć, ani zaakceptować. Nie wyobrażam sobie, żebym ja opuścił kumpla w takiej sytuacji, nie wyobrażam sobie, żeby kumple zachowali się w ten sposób w stosunku do mnie. Przypomina mi się impreza, na którą mój przyjaciel, Dawid, miał zakaz wstępu. Dla kurażu trzasnęliśmy pół litra na bulwarach, a potem udaliśmy się na miejsce imprezy, gdzie zdecydowany byłem wynegocjować uchylenie zakazu. Gdy okazało się, że nie ma takiej możliwości, bezczelnie zażądałem kieliszków i kolejną butelką rozpiliśmy na klatce schodowej, praktycznie pod drzwiami.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że inaczej by było w przypadku, gdyby to była impreza u Hefnera, to jednak zupełnie inny poziom niż domówka w zapyziałym bloku. Ale, cholera jasna, bohaterowie serialu z tego typu imprezami mają do czynienia na co dzień. Naprawdę nie widzę różnicy między pięknymi kobietami z posiadłości Hefnera, a tymi, które odwiedzają rezydencję Vince'a. Jak się jednak okazuje, cała ta otoczka, którą wokół siebie wytworzył Hefner, okazuje się silniejsza. Zamiast pokazać staremu dziadowi środkowy palec, wynieść z imprezy skrzynkę wódki, rozpić ją pod bramą, a potem rozpętać jakąś zadymę, wszyscy pozostają pod wpływem czaru czarnoksiężnika-plejboja. Kłaniają mu się w pas, a jego życzenie jest dla nich niemożliwym do zakwestionowania rozkazem. I przez to nie jestem w stanie tego odcinka oglądać.

Zastanawiam się tylko, czy pośród fanów Entourage jest ktoś, kto podziela moje przemyślenia odnośnie tej kwestii. A może jestem jakimś dziwakiem, szukającym dziury w całym, a opisywana sytuacja jest dla wszystkich najzupełniej oczywista i normalna. Trudno mi jednak w to uwierzyć.

wtorek, 27 czerwca 2017

Mati opowiada #3 - U Wiesia

Udało się odnaleźć w archiwach filmik sprzed mniej więcej roku. Oznacza to, że nie mam już nic więcej na składzie. Tymczasem... Bo jakieś tam pomysły chodzą mi po głowie, na pohybel niejakiemu XYZ, któremu tak czy siak dziękuję za komentarz.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

rozkminka o vlogu

Kiedyś miałem pomysł na vloga, ale go porzuciłem, mimo że parę razy pogadałem coś do kamery. Ostatnio wróciłem do tych filmików i stwierdziłem, że po co mają się kurzyć w szufladzie, wrzucę je, co mi szkodzi... Jeden jest sprzed roku, jeden sprzed dwóch lat. Gdzieś tam jest jeszcze jeden filmik, w przeciwieństwie do poniższych nagrywany w lato (chyba dwa lata temu), ale trzeba go znaleźć. Jak znam siebie, to nie będę mógł się powstrzymać i nagram jeszcze jakieś głupoty w przyszłości. Tak w ogóle nie jestem specjalistą od vlogów, ale wydaje mi się, że nagrywane są raczej w pomieszczeniach, więc mój się wyróżnia. Jedyne założenie, jakie przed sobą stawiam, to że zostanie on uliczno-plenerowy.


wtorek, 21 marca 2017

rozkminka o dekadzie

Mojemu ulubionemu zdjęciu stuknęło dziś dziesięć lat. No, stuknie za parę godzin, nie pamiętam, o której dokładnie. Kiedyś już je wrzucałem na tym blogu, ale było to dwa lata po pstryknięciu fotki. Już wtedy wydawało mi się, że to dawne czasy, a co mam powiedzieć teraz? Gdy zdarza mi się pokazać komuś niewtajemniczonemu to zdjęcie, ostatnio opatruję je komentarzem "piękni dwudziestoletni" i coś w tym jest. Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć i współodczuwać emocje, jakie towarzyszyły Hłasce, gdy nadawał swojej książce tenże tytuł. Nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać, nie popadając w nadmierny sentymentalizm i nostalgię... Może to, że mam ciche marzenie, by zrobić "remake" tej fotki i w tej samej ekipie usiąść na tej samej ławce. Ale niestety nie będzie to łatwe zadanie. Co prawda wszyscy żyją, lepiej lub gorzej, ale jeśli doliczyć do widocznej piątki fotografa, to połowa jest za granicą naszego kraju. A w tym konkretnym momencie gdy to piszę, w Augustowie nie ma żadnego z nas. Ale mam nadzieję, że to marzenie nie jest wygórowane na tyle, by nie mogło się spełnić.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Swiernalis - Sierść (Official Video)

Pamiętam, jakby to było wczoraj: wakacje 2005. Idę z deskorolką pod pachą na kino, miejscówkę, będącą w owym czasie punktem spotkań augustowskich skejtów. Już będąc za winklem słyszę charakterystyczny trzask desek, uderzających o asfalt. Za chwilę moim oczom ukazuje się cała miejscówka. Wśród osób tam jeżdżących dostrzegam nową twarz. Jakiś dzieciaczek (jak się okazało później, rok młodszy ode mnie, ale wyglądał na mniej, przynajmniej w moich oczach), którego od razu zaczynam obserwować ciekaw poziomu jego jazdy. Gdy robi ollie 180 frontside na murek o wysokości pięciu decków, nie mam więcej pytań. Okazuje się, że jest to niejaki Swiernal z Suwałk. Póżniej razem z nim, Maćkiem T., Dylanem i Grycem idziemy w obchód po miejscówkach. Później, już tylko z Maćkiem, odprowadzamy go na przystanek autobusowy. Proponuje nam, byśmy następnego dnia przyjechali do Suwałk. Tak się zaczyna międzymiastowa znajomość skejtowska. Skejci z Suwałk jeżdżą Augustowa, skejci z Augustowa do Suwałk. Deskorolka i alkohol. Triki i szalone imprezy. Po kilku latach Swiernal opuszcza Suwałki, by ostatecznie wylądować w Poznaniu. Tam zaczyna coraz poważniej działać w świecie muzycznym. Ostatni efekt jego poczynań można sprawdzić poniżej. Singiel, zapowiadający nową płytę, na której, co w moim przekonaniu należy podkreślić, teksty wszystkich piosenek napisane są po polsku. Powinno to być oczywiste, ale niestety, w naszym kraju jest to ewenement, zwłaszcza jeśli chodzi o młodych wykonawców.

piątek, 26 lutego 2016

rozkminka o niemożliwym


Jakiś czas temu miało miejsce wydarzenie, które poruszyło światek deskorolkowy. Ja, wstyd się przyznać, od dawna już nie śledzę doniesień z tej dziedziny tak szczegółowo jak kiedyś, ale, jak się okazało, ta wiadomość nie mogła mnie ominąć. Zaczęło się tak: odwiedziłem Pata, mojego dawno nie widzianego przyjaciela. Rozmawialiśmy o tym i o owym, każdy coś popijał, on browara, ja niestety herbatę. Wspomniał przy tym, że dzień wcześniej jego brat z kumplem oglądali jakiś filmik, na którym "jakiś koleś skakał na desce z w chuj wielkich schodów". Spoko, nie wywarło to na mnie większego wrażenia, codziennie kolejni deskorolkowi wariaci zaliczają coraz to bardziej hardkorowe miejscówki. Przeszedłem więc nad tą informacją do porządku dziennego. Nie na długo. Gdy wróciłem do domu i z głupia frant odpaliłem YouTube, w polecanych dla mnie filmach pojawił się ten pod tytułem "Jaws vs Lyon 25". I wówczas już wiedziałem, że nie chodziło o jakieś tam schody, tylko o TE schody.

Cofnijmy się trochę w czasie. W roku 2002 wyszedł deskorolkowy film firmy Flip pt. "Sorry". Pisałem o nim tutaj. Dla mnie jest to w jakiś sposób sprawa pokoleniowa, to właśnie ten film i pokazywani w nim deskorolkowcy byli dla mnie i dla moich kumpli... No właśnie, kim? Nie chcę powiedzieć autorytetami, bo to za duże słowo. Idol też mi tu nie pasuje, choć jest z pewnością bliższe prawdy, ale jak na deskorolkę w ujęciu moim i ówczesnego Flipa brzmi zbyt popkulturowo. Zostawmy to, zwał jak zwał, jest to w każdym razie jakiś fragment fundamentów mojej tożsamości, jak pompatycznie by to nie brzmiało. Przejdźmy jednak do rzeczy. Jednym z ówczesnych członków ekipy Flipa był, jak go niegdyś określiłem, "szwedzki panczur Boulala", o którym pisałem w ten sposób: "często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu >>jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek<< etc". W finale jego przejazdu pokazane były dwie nieudane próby zeskoczenia z dwudziestu pięciu schodów w Lyonie. Można je obejrzeć poniżej.

Bądźmy szczerzy, wyglądało to dość groteskowo i nie było raczej dowodem deskorolkowego kunsztu, tylko brawury i szaleństwa. Może przy dużej, naprawdę dużej, ilości szczęścia doszłoby to do skutku, ale raczej nikt, kto oglądał wówczas ten film, nie miał takich złudzeń. Nikt nie miał oporów przed nazywaniem Boulali wariatem (z tym zresztą trudno się nie zgodzić), byli też tacy, którzy otwarcie twierdzili, że porwał się na coś niemożliwego. Ci akurat mają się teraz z pyszna, tymi słowami staram się przejść w końcu do sedna. Co tu dużo gadać, poniżej możecie obejrzeć jak jakiś młodzik, którego nawet nie kojarzę (jak mówiłem, nie śledzę już tego zbytnio), zeskoczył z tych monumentalnych schodów, w dodatku nie zwykłym ollie, a melon grabem. Nie wiem nawet jak to skomentować, wiem, że była w tym jakaś magia, zawierająca się choćby w tym, że już w trakcie oglądania, nie bacząc na późną porę, zadzwoniłem do mojego ziomka ze starych deskorolkowych czasów, Dawida, a gdy tylko zacząłem mówić, okazało się, że nie muszę, nic tłumaczyć; oglądał już filmik, pogadaliśmy więc o tym wiekopomnym wydarzeniu i zgodnie stwierdziliśmy, że gdy tylko poprawi się pogoda, musimy wyjść pojeździć.

Największe wrażenie wywarły na mnie słowa, które padły z ust samego Aliego, obecnego przy kolejnych próbach jego pokoleniowego następcy. "Teraz wszystkim, którzy zarzucali mi, że, ryzykując zdrowiem, a może nawet życiem, próbowałem dokonać niemożliwego, mogę pokazać ten filmik. Niemożliwe, tak?". Przypomina mi to inną deskorolkową anegdotę, sięgającą, jeśli się nie mylę, końcówki lat 80-tych. Była wówczas w San Francisco kultowa miejscówka zwana Embarcadero (jakoś w okolicach roku 2000 przestała istnieć). Na tej miejscówce był olbrzymi gap. Kiedyś jakiś fotograf próbował namówić Marka Gonzalesa, już wówczas legendę i jednego z prekursorów street skatingu, by gap ów przeskoczył. Gonzales odparł krótko: "to niemożliwe, ten gap jest za duży". I wtedy fotograf zastosował diaboliczny podstęp, mówiąc: "jak to za duży, dziś rano widziałem jak jakiś małolat go przeskoczył". Gdy tylko Mark to usłyszał, zaraz zabrał się do roboty i już po chwili gap znany był na całym świecie jako Gonz Gap, od nazwiska pierwszej osoby, która go pokonała. Bo żadnego małolata oczywiście nie było.



czwartek, 28 stycznia 2016

rozkminka o urodzinach

Jak miałem te szesnaście lat, to ten koleś był dla mnie bogiem. Gdy go słucham teraz, wcale się nie dziwię dlaczego. Płyta "The Master" z której pochodzi poniższy kawałek, była pierwszą płytą z amerykańskim rapem jaką kupiłem (nie licząc jakiejś składanki, kupionej nie wiem jakim cudem po taniości w supermarkecie, na której były kawałki m.in. KRS-One'a czy A Tribe Called Quest).

Ogólnie to Rakim ma dziś urodziny, a że jest ode mnie dwadzieścia lat starszy, wynika z tego, że czterdzieste ósme. W ramach składania życzeń, odświeżam sobie kilka jego utworów.



sobota, 24 października 2015

rozkminka o techno

Jak już wspomniałem w poście o "Idolu", miałem okazję wybrać się na koncert The Analogs, jednego z moich ulubionych zespołów. Ciekawym zbiegiem okoliczności był fakt, że został zagrany wspomniany przeze mnie w poprzednim wpisie utwór "Idole", choć z reguły nie jest on grany z reguły na koncertach. Ale, jak uznał wokalista, trzeba ten kawałek przypominać, bo każde pokolenie dodaje do niego kolejną zwrotkę. Gdy Harry za Analogsów wspólnie z Farben Lehre wykonał "Pierdoloną erę techno", przeniosłem się w czasie.

Dawno, dawno temu, w czasach gdy uczęszczałem do gimnazjum, wymienialiśmy się między sobą płytami CD-R, na których upychało się wszystko co się dało. Empetrójki, "śmiszne" filmiki etc. Na takiej właśnie płycie, nie mam pojęcia, od kogo pożyczonej, trafiłem na kawałek, w którym natychmiast się zakochałem. Podpisany był jako Pidżama Porno, a zaczynał się od pamiętnych słów "to chuj, że gramy jak dwadzieścia lat temu". Niedługo póżniej skompromitowałem się w towarzystwie, gdy ktoś przytoczył wersy z tego kawałka, a ja zidentyfikowałem je jako twórczość zespołu z nazwy mojego pliku. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że dowiedziałem się wówczas o prawdziwych autorach tego utworu. Swoją drogą, aż do dzisiaj myślałem, że tamta nazwa pliku to jakaś durna pomyłka, która urosła do rangi reguły, coś jak "Balansuj ze mną" czy przypisawanie "Jedziemy po zioło" Kalibrowi 44. Jednak dzisiaj, w trakcie przechadzki nad Neckiem, dowiedziałem się od Szymona T., że Pidżama rzeczywiście nagrała cover "Ery techno". edit: chyba jednak nie, ta wersja jest na płycie Blask Szminki.

W każdym razie, gdy już namierzyłem interesujący mnie zespół, natychmiast zapoznałem się z dyskografią. Nie będę tu się na jej temat rozpisywał, kto ją zna, ten wie o co chodzi, kto nie zna może się zapoznać. Ja wspominam teraz czasy "złotych czasów melanżu", gdy byłem młody i piękny (żartuję, tylko młody), a "Era techno" była jednym z elementów czegoś, co można nazwać soundtrackiem mojej ówczesnej ekipy. O pozostałych kawałkach napiszę może przy innej okazji. Dla "Ery techno" charakterystyczne było, że gdy z moim przyjacielem Dawidem szliśmy pijani przez miasto, to na cały głos skandowaliśmy tekst, niekiedy zyskując poparcie nocnych przechodniów, niekiedy wdając się z nimi w awantury. Mieliśmy wtedy po niespełna dwadzieścia lat, dwadzieścia lat stuknęło w tym roku Analogsom.


wtorek, 20 października 2015

Star Wars: The Force Awakens Trailer (Official)

Czekam, czekam, czekam. Przypominają mi się czasy gdy na ekrany wchodziło "Mroczne widmo" i z kumplami zajęliśmy cały jeden rząd, a gdy wychodziliśmy, brodziliśmy po kostki w łupinach pestek. Nie mówiąc już o pamiętnym roku '97, gdy jako dziewięciolatek oglądałem na dużym ekranie starą trylogię w wersji odnowionej. Jak śmiesznie by to nie brzmiało, jest to spory fundament mojej tożsamości. Co z tego że nowa trylogia była taka sobie, każda premiera była magicznym wydarzeniem. Tak samo z nadchodzącymi częściami. Będą jakie będą (chciałbym oczywiście żeby były genialne), ale sam fakt że będą napawa mnie niezmierną radością.

czwartek, 17 września 2015

rozkminka o z-boyu

Wczoraj w końcu zabrałem się za przesłuchiwanie najnowszej płyty kalifornijskiego rapera Mursa pt. "Have a Nice Life". Słuchałem właśnie utworu nr 10, zatytułowanego "Skatin Through the City", który wywołał we mnie wiele pozytywnych uczuć. Tyle lat spędziłem jeżdżąc na deskorolce, w stu procentach zaangażowany w towarzyszącą jej otoczkę, że utwory w tym stylu odczuwam całym sobą. Skatin' through the city like I own this bitch - tak było, a teraz gdy tylko jadę na desce, co niestety zdarza się rzadko, cały czas tak jest. Kiedyś mój zapał był nieporównanie większy. W okresie gdy miałem powiedzmy 16-19 lat musiałem jeździć codziennie. To było nawet coś więcej niż pasja, to był nałóg. Jeśli przez jeden dzień nie jeździłem, bo przykładowo padał deszcz, miałem autentyczną depresję. W zimę szukaliśmy choćby kilku metrów kwadratowych suchej nawierzchni. Nie straszne były nam dwudziestostopniowe mrozy wdzierające się ostrym wiatrem przez powybijane okna zajętego przez nas pustostanu. Mógłbym wiele jeszcze napisać, ale tak naprawdę można to wszystko podsumować banalnym stwierdzeniem "stare, dobre czasy".


Jedną z ważniejszych czynności, obok najważniejszej czyli samej jazdy, było oglądanie filmów deskorolkowych. O dwóch pisałem tutaj i tutaj, przybliżając nieco całe zjawisko. Pamiętam jak pewnego dnia trafiłem na "Dogtown & Z-Boys", dokumentalny film ukazujący początki deskorolki. Młodzi surferzy, nie mogąc się doczekać porządnych fal, zaczęli wykorzystywać deski ze świeżo opatentowanymi kółkami poliuretanowymi, by surfować po ulicach San Francisco. W najśmielszych marzeniach nie przewidywali pewnie, że ich zajawka opanuje wkrótce cały świat.


W kilka lat po dokumencie przyszedł czas na film fabularny zainspirowany tymi wydarzeniami. Do dzisiaj uważam, że "Lords of Dogtown" jest jednym z nielicznych filmów, którym udało się oddać deskorolkowego ducha, pomimo przedstawienia historii przy pomocy typowo hollywoodzkiej narracji. Wpływ na to z pewnością miał fakt, że współautorem scenariusza i swego rodzaju opiekunem był Stacy Peralta, pierwowzór jednego z przedstawianych w filmie skaterów (swoją drogą reżyser dokumentu). Myślę, że gdybym laikowi miał wytłumaczyć czym jest deskorolka, "Lords of Dogtown" byłoby nader pomocne. Dodatkową zachętą może być Heath Ledger, występujący w istotnej, mimo że drugoplanowej, roli.


Zbliżam się do smutnej puenty. Pod koniec drugiej zwrotki Murs nawija Rest in peace Jay Adams, a mnie przechodzi dreszcz. Co? Jak? Sprawdzam pospiesznie wikipedię. Okazuje się, że to niestety prawda. Jeden z legendarny Z-Boysów zmarł w zeszłym roku na atak serca. Na pewno niebagatelną rolę odegrał tryb życia jaki prowadził przez wiele lat. Uzależnienie od narkotyków (m. in. heroiny) i wynikające z tego liczne konflikty z prawem. Wyszedł jednak na prostą, w czym na pewno pomogły wyżej wspomniane filmy, które przypomniały go światu. Od 2005 pozostawał czysty, wygłaszał nawet w szkołach wykłady "ku przestrodze". W przeciwieństwie do swoich kolegów, Stacy'ego Peralty i Tony'ego Alvy, nie zrobił kariery, ale to właśnie on najbardziej nam imponował swoją bezkompromisowością. Przy czym nawet wyżej wspomniani koledzy przyznawali, że był z nich wszystkich najlepszy. Powtarzam więc za Mursem Rest in peace Jay Adams i idę pojeździć choć przez chwilę.

JAY ADAMS
3.02.1961 - 15.08.2014

wtorek, 9 czerwca 2015

wczoraj i dziś 4

W ostatni weekend Zubek miał urodziny, odwiedziliśmy go więc. Na miejscu, pośród wielu innych atrakcji, miałem okazję obejrzeć imponującą kolekcję puszek po piwie. Jedna z nich stała się dla mnie biletem do wspomnienia czasów gimnazjum (2001-2004). Napojem najchętniej wówczas spożywanym przez jego uczniów był tzw. "kinger". Wtajemniczeni wiedzieli, że chodzi o Kenigera, piwo z Biedronki, nabywane przez wyglądającego na starszego kolegę lub wynoszone pod kurtką (w tym ostatnim przypadku najlepiej smakowało). Charakterystyczna niebieska puszka ze złotymi literami na tle czerwonej tarczy wyglądała przepięknie i wciąż tak wygląda, o czym miałem okazję się przekonać. Zawartość spożywało się w przeróżnych miejscach, ja najmilej wspominam ławkę pośród drzew w odludnych wówczas okolicach amfiteatru. Czy muszę jeszcze dodawać, że wspomniana zawartość była przepyszna?

W następnych latach "kingery" odeszły w zapomnienie, było przecież tyle piw do wypróbowania. Niemal dziesięć lat później, gdy robiłem zakupy w Biedronce, nagle w oko wpadła mi znajoma nazwa. Puszka jednak wyglądała zupełnie inaczej. Czerwona, moim zdanie brzydsza. Wiedziony ciekawością jak też po latach ocenię podniebieniem wykwalifikowanego chlora to jedno z moich pierwszych piw, zakupiłem jedną sztukę. Jakież było moje rozczarowanie, gdy po wzięciu pierwszego łyka, napój okazał się być wyjątkowo ohydny. "Ja choć czasem nie dojadam, zawsze dopijam", skończyłem je więc, a potem zacząłem się zastanawiać. Do dziś jednak nie wiem jaka jest prawda. Czy piwo się zepsuło przez lata (zmieniła się przecież rozlewnia), czy może ja byłem mniej wybredny (w to jednak trudno jest mi uwierzyć). Cóż, cytując Wieniczkę "Tego nikt nie wie i teraz już nigdy się nie dowie. Do tej pory przecież nie wiem, czy car Borys zamordował carewicza Dymitra czy na odwrót?"


czwartek, 7 maja 2015

rozkminka o de profundis


"De Profundis" to taka fajna gra, że kilka osób pisze do siebie listy i tworzy w ten sposób ciekawą historię. Zabawa jest tym lepsza, gdy listy są klasyczne, na papierze i wysyłane pocztą. Ale dopuszczalna jest także forma elektroniczna i tę postanowiliśmy przyjąć, gdy nasza pierwsza, prowadzona w tradycyjny sposób kampania utknęła w martwym punkcie. Wyszło na to samo, ale nie uprzedzajmy faktów. Świat w jakim miała rozgrywać się nasza przygoda postanowiliśmy dostosować do formy, żeby nie wyszło że rycerze Okrągłego Stołu wysyłają do siebie mejle. Z tego co pamiętam co do motywu przewodniego umówiliśmy się na "cyberpunk z lotami w kosmos". Rozgrywka miała miejsce w 2010, trochę czasu więc minęło i już raczej do niej nie powrócimy, ale mejle cały czas leżą u mnie na skrzynce i fajnie się je czyta, postanowiłem się więc nimi podzielić. Może kogoś zachęci to do sięgnięcia po po tę świetną grę. Tekstów oczywiście w żaden sposób nie redaguję.

TAJEMNICA ZELIG-6

Od: Mat Adams
Do: Simon Templar
Temat: Zelig-6


16 lipca 2100

Szanowny Panie Kapitanie!

Proszę wybaczyć mi, że piszę do Pana w ogóle Pana nie znając (jedynie z opowieści), ale skłoniły mnie do tego ważne, jak mi się zdaje,powody. Zanim jednak przejdę do rzeczy powinienem chyba wyjaśnić kim jestem. Nazywam się Mat Adams i jestem szeregowym pracownikiem Centralnego Zarządu Eksploracji Terenów Pozaziemskich. Jestem tam odpowiedzialny za
Archiwum i właśnie w związku z pewnymi dokumentami, które do niedawna jeszcze tam się znajdowały piszę do Pana.

Mówiąc ściśle, chodzi o raport sporządzony przez piętnastu laty, a dotyczący ekspedycji mającej na celu zbadanie odległej planety Zelig-6, co do której były podejrzenia, że istnieje na niej życie i to w formie wysoko rozwiniętej. Jak Pan zapewne doskonale pamięta, dowodził Pan podczas tej wyprawy oddziałem żołnierzy, mającym za zadanie zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom. Jak wynikało z raportu, rzeczywiście udało się Wam odkryć coś, co można by nazwać pozostałościami po jakiejś dawnej cywilizacji, ale były to zaledwie ruiny miast pełnych dziwnych posągów, napisów na ścianach w nikomu nie znanych językach. Wszystko to zarośnięte dziwnymi roślinami, których samo dotknięcie gołą skórą powodowało infekcję. I żadnej żywej istoty, z którą można by spróbować się porozumieć i dowiedzieć czegokolwiek. Po dokonaniu eksploracji, wróciliście na Ziemię, a raport trafił na półkę na piętnaście lat.

Kilkanaście dni temu mieliśmy w Archiwum dziwną wizytę. Dwójka tajniaków, mężczyzna i kobieta, zgłosiło się do mnie i zażądało wydania raportu o którym pisałem powyżej. Mieli wszystkie potrzebne papiery, musiałem więc zrobić to o co mnie "prosili". Jednak wszystkie moje pytania zbyli pogardliwym milczeniem i powiedzieli, że lepiej będzie dla mnie jeśli zapomnę o całej tej sprawie i zapewne tak właśnie bym postąpił gdyby nie kolejne zbiegi okoliczności.

Otóż nie wiem czy jest Pan tego świadomy, ale w zeszłym tygodniu zmarło dwóch Pańskich dawnych podkomendnych, Gerard Ti Pousse i Leo Beach. Pierwszy został napadnięty w ciemnej uliczce przez jakiegoś ćpuna, a drugiego potrącił samochód. Cóż, wypadki chodzą po ludziach, ale coś mnie tknęło. Zacząłem węszyć i co zaobserwowałem? Otóż w przeciągu ostatniego roku z niemal pięćdziesięciu osób będących piętnaście lat temu na Zelig-6, nie żyją już trzydzieści dwie. Wypadki, samobójstwa, zatrucia... Nic co nie działoby się w codziennie we wszystkich miastach świata. Ale gdy połączymy wszystkie znane nam fakty, oczywiste się staje, że coś tu nie gra.

Zdobyłem Pański adres, gdyż wszystko co o Panu słyszałem, pozwala mi sądzić, że jest Pan człowiekiem do którego powinienem się zwrócić. Choć zdaję sobie sprawę, że po tym jak odszedł Pan na emeryturę i zaszył się Pan w cichym, wiejskim zaciszu, chce Pan zapewne tylko spokoju i nie chce Pan znów mieszać się w sprawy świata. Niestety, wygląda na to, że świat chce się mieszać w Pańskie. Myślę, że Panu i pańskim pozostałym przy życiu towarzyszom grozi wielkie niebezpieczeństwo. Postanowiłem Wam pomóc gdyż nie leży w mojej naturze bycie obojętnymgdy innym źle się dzieje.

Myślę, że oplatają was sieci jakiegoś paskudnego spisku. Skontaktowałem się z moim znajomym mającym dojścia w tajnej policji. Może uda mu się dowiedzieć, czegoś o sprawie, do czego potrzebny był im raport i co mają wspólnego ze zgonami. Do Pana mam zaś prośbę, by spróbował Pan sobie przypomnieć dawne dzieje. Czy na Zelig-6 wydarzyło się coś co nie zostało ujęte w raporcie? Jeśli ma Pan kontakt z kimś kto również tam był, myślę, że warto byłoby się go o to spytać. Tylko jednej rzeczy na pewno NIE możemy zrobić: pozostać bezczynnymi.

Czekam na Pańską odpowiedź, a gdy tylko dowiem się czegoś co mogłoby rzucić jakieś światło na to co wiemy dotychczas, natychmiast dam Panu o tym znać.

Z poważaniem

Mat Adams

Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: prośba

Witaj stary kumplu!

Przepraszam, że tak długo się do Ciebie nie odzywałem, ale sam wiesz jak to w życiu bywa. Praca, rodzina, rodzina, praca i na nic nie ma czasu. Chciałbym, by udało nam się w końcu spotkać przy zimnym piwku i powspominać dawne dzieje i dawnych znajomych. Ale czy dojdzie to do skutku, gdy każdy z nas ma tyle spraw na głowie?

Właściwie piszę do Ciebie, gdyż chcę Cię o coś poprosić. Nie jest to zwykła sprawa, mam pełną świadomość, że to czego od Ciebie oczekuję jest rzeczą niecodzienną. Masz pełne prawo odmówić, ale wtedy z wielkim zakłopotaniem musiałbym Ci przypomnieć ową przysługę jaką oddałem Ci przed laty i za którą masz u mnie dług wdzięczności. Jestem jednak pewien, że pomógłbyś mi tak czy siak, w imię starej przyjaźni.

Przejdę do rzeczy. Czy mówi Ci coś nazwa Zelig-6? Jest to odległa planeta, na którą przed piętnastu laty została wysłana pięćdziesięcioosobowa ekspedycja w celu sprawdzenia czy istnieje tam życie. Owa ekipa rzeczywiście znalazła tam ślady po jakiejś antycznej cywilizacji, ruiny wielkich miast itp., ale nie było tam żadnych mieszkańców, cała planeta była jakby wymarła. Ekspedycja wróciła na Ziemię, a sporządzony raport trafił do Centralnego Zarządu Eksploracji Terenów Pozaziemskich, do Archiwum (jeszcze zanim zacząłem tam pracować).

Przeleżał piętnaście lat, a niedawno zgłosiło się dwóch tajniaków, którzy go zabrali w sobie tylko wiadomych celach. Mieli wszystkie potrzebne papiery więc nie mogłem im odmówić. Zacząłem interesować się tą sprawą i odkryłem, że od jakiegoś roku, ktoś poluje na członków owej ekspedycji sprzed piętnastu lat. Giną w wypadkach, popełniają samobójstwa itp. Z pięćdziesięciu osób przy życiu zostało kilkanaście.

Moja prośba jest następująca: masz liczne kontakty w tajnej policji, mógłbyś się więc dowiedzieć co nieco o tej sprawie. Czy na Zelig-6 wydarzyło się coś o czym nie wiemy? Kto poluje na członków ekspedycji? Jaką rolę w tym wszystkim pełnią tajniacy? Mam nadzieję, że jeśli trochę powęszysz, uda ci się zdobyć interesujące informacje.

Niecierpliwie czekam na odpowiedź, stawką jest ludzkie życie.

Do zobaczenia

Mat


Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: Re:prośba

Witaj Mat!

Cieszę się, że znalazłeś wolną chwilę i dałeś znak życia. Myślę, że spotkanie przy idealnie schłodzonym złocistym płynie kiedyś się odbędzie, nim do tego dojdzie musi upłynąć trochę czasu.

Ale to nie jest główny temat mojej odpowiedzi, jak z pewnością już się domyślasz.

Bez względu na jakiekolwiek długi wdzięczności odpowiedziałbym Ci twierdząco na Twoją prośbę, co też czynię - Mat zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby uzyskać jak najwięcej informacji.

Nie będę ukrywać, że sprawa wydaje się niezwykle interesująca, zresztą wszystko co dotyczy Misji jest niewiarygodne. Wszelkie teorie krążące dookoła owej planety, członków załogi... wszystko, wszystko. Osobiście nagromadziłem nieco materiałów traktujących o podjętym przez Ciebie temacie, zdobywałem je na różne możliwe sposoby (legalne i te niekoniecznie zgodne z obowiązującym prawem).

Nie będę się teraz rozpisywać czym podyktowane jest moje zainteresowanie tą planetą.

Na dziś dzień za wiele nie mogę Ci powiedzieć bo sam nie mam wystarczającej wiedzy. Będzie cholernie ciężko uzyskać jakiekolwiek informacje ale dam radę.

Wszystko co wiem w obecnej chwili to to, że prócz Secret Service ogromne zainteresowanie Misją od przeszło 5 lat wykazują organizacje uznawane za terrorystyczne i tajne rządowe, o istnieniu, których wielu obywateli nie zdaje sobie sprawy.

Myślę, że powinniśmy znaleźć osoby, które były wystarczająco blisko Misji i mogą rzucić nieco światła na całą sprawę.


Serdecznie Pozdrawiam

P. Felisin


Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: Zelig-6

Mat!

Powęszyłem trochę w kilku miejscach, parę osób przepytałem (uwierz mi stosowałem same humanitarne sposoby) i dowiedziałem się rzeczy, które powinny Cię zadowolić. Jeśli chodzi o wydarzenia na Zelig-6 czekam na mojego informatora, który ma mi dostarczyć raport stworzony przez członków ekspedycji. Co ciekawe, raport, który znajdował się w archiwach CZETP, został złożony po co najmniej pięciu poprawkach cenzorów Tajnej Policji, a także Wolnej
Republiki Zjednoczonych Państw Basenu Atlantyckiego. Jak tylko otrzymam raport i zweryfikuję jego autentyczność zostaniesz poinformowany.

Na członków ekspedycji poluję zakon, który działa od lat 50 XX wieku. Na przestrzeni lat jego działalność nieco się zmieniła. Sekretny Zakon Strażników Kluczy początkowo miał pilnować rozwijającej się w niesamowitym tempie sieci znanej jako Internet. Członkowie zakonu mieli zresetować Internet w razie ataku terrorystycznego mającego na celu
przejęcie władzy w cyberświecie, Strażników początkowo było 7. Obecnie działalność Zakonu sprowadza się do chęci kontrolowania wszelkich ciał niebieskich, które można zaludnić bądź, z którymi można handlować. Z nieoficjalnych źródeł dowiedziałem się, że sytuację jaką zastała ostatnia Ekspedycja może być dziełem Zakonu.

Na podstawie wiedzy jaką posiadam, wnioskuję, że nikomu nie zależy na niszczeniu planet ani cywilizacji... no może oprócz Zakonu. W każdym razie, wydaje mi się, że TP chce przeszkodzić i raz na zawsze zakończyć działalność Zakonu... cały czas staram się uzyskać potwierdzenie moich domysłów.

----
Serdecznie Pozdrawiam

P. Felisin

Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: Re:Zelig-6

Cześć Patrick

Na początku chciałby Ci podziękować za błyskawiczną reakcję na mój list i za chęć udzielenia mi pomocy w sprawie, która jak sam widzisz, zahacza o ludzi, o których nigdy byśmy nie pomyśleli, że mogą mieć z nią coś wspólnego. To skłania mnie by raz jeszcze przypomnieć Ci to, czego i tak jesteś świadomy, ale i tak muszę to napisać: to nie
przelewki. Musimy działać, ale nie możemy ryzykować bardziej niż jest to potrzebne. Osoby co do których nie jesteśmy wystarczająco pewni, należy przepytywać z daleko posuniętą ostrożnością i nie wtajemniczać ich w sprawę.

A teraz do rzeczy. Radziłeś mi bym skontaktował się z kimś, kto brał udział w ekspedycji na Zelig-6. Moje myśli zapewne podążały podobnym torem do Twoich, gdyż byłem już wtedy w trakcie pisania listu do dowódcy oddziału komandosów, którzy mieli za zadanie ochronę członków wyprawy. Jego adres zdobyłem można powiedzieć, że cudem, nie
chcę się wdawać w szczegóły, powiem tylko, że poważnie nadszarpnęło to moje oszczędności. Myślałem, że Kapitan rzuci
jakieś światło na całą sprawę i będzie w stanie ujawnić nam jakieś głęboko ukryte fakty, niestety jak dotąd nie otrzymałem odpowiedzi. Może uznał mój list za prowokację? A może prawdziwe są plotki mówiące, że na stare kompletnie mu odbiło, a wpływ na to miały różne tajemnicze misje w których brał udział przez cały okres swej służby? Nie wiem, ale wyślę do niego jeszcze jeden list, ujawnię w nim część informacji, które zdobyłeś, może dzięki temu nabierze do mnie zaufania...

Nie wiem też jak uważnie śledzisz Wiadomości, ale mogło umknąć Twej uwadze, że kolejna osoba z ekspedycji, tym razem był to Dr Peter Outerbridge, biolog, zginął przez przypadkowe porażenie prądem w swoim mieszkaniu - taka jest przynajmniej oficjalna wersja. Słyszałem, że jego syn Gordon nie wierzy w słowa policjantów "tragiczny wypadek". Może
warto byłoby się z nim skontaktować zanim wpadnie w jakieś tarapaty. Poza tym kontynuuję on rodzinną tradycję i tak jak jego ojciec jest biologiem. Może ojciec dzielił się z nim jakimiś swymi spostrzeżeniami i wspomnieniami z Zelig-6? Niestety z tego co wiem, bardzo trudno jest zdobyć jego adres, chłopakowi bardzo zależy na prywatności. Myślę, że tobie łatwiej byłoby to ustalić, może warto spróbować?

Co do Twoich informacji o Tajnym Zakonie Strażników Kluczy, to muszę przyznać, że mnie zaskoczyłeś. Niewiele o nich wiem. Krążą mi oczywiście gdzieś po zakamarkach pamięci jakieś suche dane jeszcze z lekcji historii w ogólniaku. Ale myślałem, że to dawne dzieje, wspomnienie, że Zakon już dawno nie istnieje. A z tego co piszesz wynika, że ma się całkiem dobrze. Widzę, że chodzi tu o jakieś machinacje na najwyższym poziomie. Tajna Policja, Zakon, Rząd na pewno też ma w tym swój udział. Jedno jest pewne: dopóki nie dowiemy się co naprawdę wydarzyło się na Zelig-6 i nie skontaktujemy się z którymś z członków ekspedycji, tak naprawdę tylko kręcimy się w kółko stojąc
w miejscu.

Mam nadzieję, że uda nam się dowiedzieć czegoś więcej i zrobić coś konkretnego, a nie tylko się przyglądać cudzemu nie szczęściu, miotając się wśród szczątkowych informacji jak dzieci we mgle.

Pozdrawiam, napiszę gdy tylko dowiem się czegoś więcej

Mat

Od: Mat Adams
Do: Simon Templar
Temat: Ponownie Zelig-6

Witam Pana Kapitanie!

Czekałem niecierpliwie na Pańską odpowiedź, ale niestety jak dotąd na nic się to nie zdało. Nie wiem dlaczego zdecydował się Pan zignorować mój list, mogę jedynie podejrzewać, że uznał go Pan za jakiegoś rodzaju prowokację czy zasadzkę. Chciałbym rozwiać Pana wątpliwości, naprawdę nie mam złych zamiarów, wręcz przeciwnie. Zaniepokoiły mnie
po prostu wszystkie te straszne rzeczy o których się ostatnio dowiedziałem i postanowiłem, że moim obowiązkiem jest zacząć działać i wyjaśnić całą tą zagadkę, zapobiec śmierci kolejnych ludzi.

By dowieść Panu, że mówię prawdę i zyskać Pańskie zaufanie, podzielę się informacjami, które jak dotąd, z różnych źródeł, udało mi się pozyskać. Po pierwsze, wiem, że zanim raport został ostatecznie złożony w CZETP, przeszedł przez ręce co najmniej pięciu różnych cenzorów, którzy usunęli z niego kluczowe informacje pozostawiając jedynie nic nie warte opisy planety. Po drugie, dowiedziałem się, że Sekretny Zakon Strażników Kluczy, założony w latach 50-tych zeszłego stulecia i o którym myślałem, że od dawna nie istnieje, jest jedną ze stron w intrydze. Ale czego chcą? Mój informator twierdzi, że mogli mieć coś wspólnego z tym co wydarzyło się piętnaście lat temu na Zelig-6. Ale co tam się wydarzyło? Liczę na Pana, mam nadzieję, że udzieli mi Pan informacji, które pchną śledztwo do przodu.

Jeszcze coś. Przedwczoraj zginęła kolejna osoba biorąca udział w ekspedycji. Tym razem trafiło na biologa Petera Outerbridge'a. Zginął w wyniku porażenia prądem we własnym mieszkaniu. Policja stwierdziła, że był to wypadek, ale syn Petera, Gordon nie uwierzył w taką wersję i rozpoczął śledztwo na własną rękę. Próbuję do niego dotrzeć zanim
zapląta się w poważne tarapaty. Muszę Pana ostrzec. Ktoś (Zakon? Tajna Policja? Jeszcze ktoś inny?) ma zamiar zlikwidować wszystkich, którzy brali udział w ekspedycji na Zelig-6. Pan może być ich następnym celem.
Może czuje się Pan bezpieczny w swojej twierdzy na prowincji, ale jest Pan tam sam, a zabójców jest wielu.

Mam nadzieję, że zdecyduje się Pan jednak mi pomóc. Nie można pozwolić, by jakieś podejrzane organizacje załatwiały swe brudne interesy kosztem życia zwykłych ludzi. Liczę na Pańską pomoc. Próbowałem kontaktować się z Pańskimi pozostałymi przy życiu towarzyszami, ale oni chyba również zaczęli coś podejrzewać, bo znaleźć ich było dla mnie rzeczą niewykonalną.

Mam nadzieję, że tym razem doczekam się odpowiedzi, zbyt wiele już wiem by teraz się wycofywać.

Z wyrazami szacunku

Mat Adams

Od: Simon Templar
Do: Mat Adams
Temat: Re:Ponownie Zelig-6



Drogi panie Adamsie!
Zaraz po otrzymaniu pierwszego Pańskiego listu wybrałem się do jednego z członków załogi, mojego serdecznego przyjaciela, Roba Jeremy'ego, żeby omówić z nim pewne sprawy. Ku mojemu zdziwieniu nie zastałem go w domu, choć jest to już człowiek schorowany, poruszający się o wózku i rzadko opuszczający swój maleńki domek. Jednak dopiero po powrocie do siebie nie mogłem wyjść ze zdziwienia. Podczas mojej nieobecności ktoś najwyraźniej wdarł się do mojego domu. Musieli czegoś szukać - cała zawartość szaf była porozrzucana po podłodze. Jeżeli prawdą jest to, co Pan pisze... być może Pański list ocalił mi życie, bo to dzięki niemu wybrałem się do Jeremy'ego. Postanowiłem się na jakiś czas ukryć. Dopiero teraz jestem we względnie bezpiecznym miejscu i mogę Panu odpowiedzieć. Cała sprawa Zelig-6 jest niecodzienna. To przez tę wyprawę zostałem odsunięty od lotów i skierowany do szkoleń. Przez te wszystkie lata zacząłem już wierzyć, że to, co tam widziałem, a zawarłem w swoim raporcie, było jedynie wynikiem zatrucia przez te rośliny, albo zaburzeń poznawczych spotykanych przy tak dalekich wyprawach. Może mi Pan wierzyć lub nie, ale ja i duża część załogi doświadczyliśmy tam kontaktu z obcą cywilizacją. I nie chodzi tutaj o ruiny i posągi. Ciężko to wytłumaczyć, ale te rośliny zdawały się być inteligentne. Posągi przedstawiały różne postacie, część z nich wyglądała
znajomo, natomiast część przedstawiała nieznane nam rasy. Kiedy dotarliśmy na Zelig-6 i odkryliśmy ten niesamowity park figur... nie było pośród nich człowieka. Po dwóch dniach natomiast pojawił się tam zupełnie znikąd posąg przedstawiający z całą pewnością jednego z członków załogi - Gerarda Ti Pousse. Z pewnością nie ma tego w raporcie jaki
jest w Archiwum. Próbowaliśmy nawiązać kontakt, ale najwyraźniej życie na tej planecie jest zbyt odmienne od nas. Co to właściwie za życie? Ciężko mi odpowiedzieć. Człowiekowi wydawało się, że jest stale podobserwacją. Rośliny były natomiast wszędzie, wyrastały zewsząd. Outerbridge (jak się okazuje już nieżyjący...) przeprowadził jakieś badania, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia, że jest to jedna wielka roślina, z ogromną grzybnią pod powierzchnią planety. Pobrał próbki, ale na Ziemi nie mógł dokończyć swoich badań. Co to ma wspólnego ze śmiercią kolejnych członków wyprawy? Nie mam pojęcia. Nie szukałbym jednak winnych w Sekretnym Zakonie Strażników Kluczy. Leo Beach był jego członkiem i zawsze twierdził, że jest to forma zabawy, a cała ta mistyczna otoczka skrywa tylko prawdziwy cel Zakonu, jakim jest szeroko pojęta pomoc charytatywna. Ale dzisiaj najwyraźniej nikomu nie można już wierzyć, skoro nawet tak szanowana organizacja jak Centralny Zarząd Eksploracji Terenów Pozaziemskich posiada swoje mroczne sekrety... Mam nadzieję, że zaufanie Panu nie było ostatnim błędem w moim życiu.
Pozdrawiam,
Simon Templar

Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: kolejne informacja

Cześć Patrick

Piszę kolejny list nie czekając na Twoją odpowiedź, gdyż wydarzyło się coś, co przywróciło mi nadzieję w to, że może jednak uda nam się rozwiązać zagadkę Zelig-6. Otóż, dzień po wysłaniu do Ciebie listu w którym narzekałem, że kapitan Templar nie daje znaku życia, otrzymałem od niego wiadomość. Okazało się, że już mój pierwszy list wywołał u niego niepokój i spowodował, że wyruszył on odwiedzić swojego kumpla Roba Jeremy'ego, z którym był na Zelig-6. I tu spotkała
go pierwsza niespodzianka: pan Jeremy, schorowany staruszek poruszający się na wózku inwalidzkim zniknął, a wszelki ślad po nim zaginął. Czy miałbyś możliwość dowiedzieć się co wie o tym wydarzeniu policja?

Kolejne fakty przekazane mi przez Templara były równie niewiarygodne. Twierdzi on, że ruiny i posągi nie były jedyną rzeczą na którą natknęli się na Zelig-6. Jest niemal pewny, że zetknęli się tam z obcą cywilizacją. Pozwól, że zacytuję Ci fragment jego listu:

"Cała sprawa Zelig-6 jest niecodzienna. To przez tę wyprawę zostałem odsunięty od lotów i skierowany do szkoleń. Przez te wszystkie lata zacząłem już wierzyć, że to, co tam widziałem, a zawarłem w swoim raporcie, było jedynie wynikiem zatrucia przez te rośliny, albo zaburzeń poznawczych spotykanych przy tak dalekich wyprawach. Może mi Pan wierzyć lub nie, ale ja i duża część załogi doświadczyliśmy tam kontaktu z obcą cywilizacją. I nie chodzi tutaj o ruiny i posągi. Ciężko to wytłumaczyć, ale te rośliny zdawały się być inteligentne. Posągi przedstawiały różne postacie, część z nich wyglądała znajomo, natomiast część przedstawiała nieznane nam rasy. Kiedy dotarliśmy na Zelig-6 i odkryliśmy ten niesamowity park figur... nie było pośród nich człowieka. Po dwóch dniach natomiast pojawił się tam zupełnie znikąd posąg przedstawiający z całą pewnością jednego z członków załogi - Gerarda Ti Pousse. Z pewnością nie ma tego w raporcie jaki jest w Archiwum. Próbowaliśmy nawiązać kontakt, ale najwyraźniej życie na tej planecie jest zbyt odmienne od nas. Co to właściwie za życie? Ciężko mi odpowiedzieć. Człowiekowi wydawało się, że jest stale pod obserwacją. Rośliny były natomiast wszędzie, wyrastały zewsząd. Outerbridge (jak się okazuje już nieżyjący...) przeprowadził jakieś badania, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia, że jest to jedna wielka roślina, z ogromną grzybnią pod powierzchnią planety. Pobrał próbki, ale na Ziemi nie mógł dokończyć swoich badań."

Myślę więc, że naszym priorytetem na chwilę obecną jest odnalezienie syna Outerbridge'a i skontaktowanie się z nim. Może ojciec podzielił się z nim jakimiś przemyśleniami, kto wie, może nawet przeprowadzał jakieś badania na własną ręką, a syn ma dostęp do ich wyników. Jest to na pewno obiecujący trop.

Poza tym kapitan zdaje się wątpić we wpływ Zakonu na tamte wydarzenia, uważa ich chyba za nieszkodliwych ludzi, których mistyczna otoczka jest tylko na pokaz, a prawdziwym celem jest działalność charytatywna. Pisze, że jeden z uczestników ekspedycji, Leo Beach, należał do Zakonu.

Na pewno dzięki wiadomościom kapitana wiemy więcej niż poprzednio, nie możemy jednak na tym poprzestać. Myślę, że korzystając ze swoich wiadomości powinieneś się odnaleźć syna doktora Outerbridge'a, Gordona. Próbuje odnaleźć zabójców swego ojca, jest emocjonalnie zaangażowany, więc myślę, że chętnie nam pomoże.

Ja z kolei zaryzykuję i spróbuję odnaleźć zapiski korespondencji prowadzonej pomiędzy CZETPem a dowódcami ekspedycji, są one utajnione, ale może mi się uda. Jest duże prawdopodobieństwo, że mogą zawierać coś ciekawego.

Powodzenia

Mat


Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: TPP

/Tajne Przez Poufne/

Mat!

Przesyłam Ci dokumenty, które otrzymałem od mojego informatora, jak sam twierdzi, część raportu ekspedycji. Niestety nie potrafię tego rozszyfrować. Dokumenty te przekazałem człowiekowi, który powinien je rozszyfrować i potwierdzić lub zanegować ich autentyczność.

Wysyłam Ci te dokumenty ponieważ i Ty może znasz kogoś kto będzie w stanie przełożyć to na jakiś zrozumiały język, a przy okazji dałoby to nam możliwość porównania i pewniejszego zajęcia stanowiska odnośnie prawdziwości tego znaleziska.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Ktoś może wiedzieć o śledztwie jakie prowadzimy i celowo dostarcza mylących tropów. Pamiętaj aby używać dokumentów z ogromną ostrożnością, jeśli wpadną w niepowołane ręce... boję się myśleć ile osób mogłoby stracić życie za samo zainteresowanie sprawą Zelig-6.


--
Pozdrawiam,

P. Felisin

/TPP/

Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: Re:kolejne informacje

Mat!

Wybacz mi, że tyle czasu milczałem. Natrafiłem na pewien trop i, jak pewnie się domyślasz, nie mogłem go zostawić samemu sobie.

Zacznę wpierw od Twojej prośby odnośnie staruszka Jeremy'ego - udało mi się ustalić, że policja prowadzi dochodzenie w sprawie jego zniknięcia, jednak wciąż nie mają za wiele informacji. Służby ustaliły, że ostatni raz widziano Jeremy'ego w laboratorium razem z 5 mężczyznami, którzy z całą pewnością nie wyglądali na naukowców. Niestety wszelkie nagrania z kamer w laboratorium zniknęły w niewiadomych okolicznościach, a na ich podstawie moglibyśmy ustalić towarzyszy pana Jeremy'ego. Oczywiście nie ze mną te numery, wiem, że automatycznie są tworzone kopie zapasowe w Centrali Tajnej Policji (właściwie zastanawiało mnie czemu Tajna Policja jest Tajną Policją mimo, że każdy wie o jej istnieniu - chodzi o ściśle tajne działania na szerokie skale, o których właściwie wiedzą tylko osoby zlecające pracę TP). Centrala jest doskonale chroniona... tak się przynajmniej wydawało do momentu kiedy zwróciłem się do jednego znajomego o wywiązanie się z jego przysługi.

Pan X (pozwolę sobie tak nazywać mojego znajomego) udał się do pomieszczenia z nagraniami, aby skopiować dla mnie to co zostało zarejestrowane przez kamery w laboratorium. Niesamowicie zaskoczył go widok, który tam zastał - rozszarpane ciała obsługi i policjantów pomieszczenia, zdewastowane sprzęty. Pan X obecnie znajduje się w szpitalu, pod stałą obserwacją lekarską - udało mi się z nim porozmawiać, dowiedziałem się, że kiedy wszedł do pokoju i zobaczył cały ten bajzel coś wpadło mu na klatkę, obaliło na ziemię i ogłuszyło. Jak już odzyskał świadomość ocenił, że nic poważnego mu się nie stało oprócz licznych nakłuć, z których nie sączyła się, ani krew, ani ropa. Doktor, który jako pierwszy zaczął go badać, stwierdził, że jest to coś dziwnego, coś co nie pochodzi z naszego świata. Od tamtego dnia ma silne ataki, zdarza się, że przelatuje przez swoją salę wraz z łóżkiem podczas silnych konwulsji, a jego stan pogarsza się z dnia na dzień. Lekarze nie dają mu szans na długie życie.

Sam Pan X twierdzi, że ktoś musiał zatrudnić asasyna. Jednak nie do końca sam w to wierzę. Póki więcej nie ustalę nie będę miał 100% pewności.

Nie wiem dokładnie o jakie laboratorium chodzi, adres nie został podany w żadnym dokumencie, który przeglądałem - widnieje tylko V LIu 25/6 (nie mam pojęcia co to może znaczyć, nie udało mi się tego z niczym powiązać).



Jeśli chodzi zaś o syna pana Outerbridge'a, sprawa wygląda następująco (aby było szybciej będę nazywał go sOB - imienia nie ustaliłem):

Pan sOB po śmierci ojca został, jako główny podejrzany, przesłuchany przez TP - podłączony został do wariografu, który w zasadzie (według raportu z przesłuchania) nie działał prawidłowo kiedy sOB był do niego podłączany. Funkcjonariusze sprawdzali na sobie, czy aby sprzęt nie jest zepsuty, ale wszystko wskazywało na to, że jest sprawny.
Po nieudanym przesłuchaniu na wariografie wezwano jakiegoś mistyka - nazwisko nie występuje w raporcie, jest natomiast numer: 98152148. Piszę mistyk, ale w zasadzie sam nie wiem kim z zawodu jest ten człowiek posiadający numer. W raporcie jest jasno opisane, że sOB nie brał udziału w śmierci ojca.

Po przesłuchaniu sOB również zniknął. Z mieszkania zniknęły wszelkie dokumenty, wartościowe przedmioty - dosłownie wszystko!
Na gołych już ścianach znaleziono dziwne ślady - po pobraniu próbek okazało się, że jest to śluz, który nie jest znany na naszej planecie.

sOB starał się gdzieś niepostrzeżenie dostać, tego jestem pewny. Zaufana osoba widziała go podczas wizyty w jakimś laboratorium, prawdopodobnie chciał zabrać ze sobą dokumenty z badań prowadzonych wspólnie z ojcem. Po wizycie udał się na stację dokującą, niestety tutaj ślad się urwał, mnóstwo podróżujących po układach, a sam sOB musiał podróżować pod zmienionym nazwiskiem.

Sam odbyłem podróż, aby osobiście znaleźć jakiś trop. Odwiedziłem kilka planet i stacji kosmicznych - bez rezultatu.


Czy udało Ci się ustalić coś odnośnie dokumentu, który przesłałem Ci ostatnim razem?


Pozdrawiam
Patrick


Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: Brak tematu

Kopę lat Patrick!

Bo właśnie tak się czuję, jakby to nie miesiące minęły od naszej ostatniej "rozmowy", ale długie lata. Tyle się wydarzyło. Najpierw, z powodu rzekomych nadużyć i działania na szkodę instytucji, została wymówiona mi posada w Archiwum. Dzień wcześniej szefa odwiedziło dwóch smutnych panów w czarnych, skórzanych płaszczach, wnioski nasuwają się
same, komuś wysoko postawionemu nie spodobały się moje poczynania. Pytanie tylko komu?

Oczywiście, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, znalezienie nowej, legalnej pracy stało się niemożliwe. Pomimo najwyższych kwalifikacji wszędzie spotykałem się z odmową. Stało się dla mnie jasne, że stałem się persona non grata. Jakby tego było mało, pewnego dnia zorientowałem się, że jestem śledzony, a pewnego wieczoru, gdy wracałem do domu z przejeżdżającego samochodu ktoś wystrzelił do mnie serię z pistoletu maszynowego. Tylko cudem udało mi się uniknąć
śmierci.

Musiałem wynieść się z miasta. Zresztą i tak nie miałem tu żadnych dalszych perspektyw poza pracą na czarno na budowie. Ze względów bezpieczeństwa nie napiszę Ci dokąd się udałem. Ale traf chciał, że spotkałem tam znajomego z czasów młodości. Kiedyś był drobnym dilerem, a teraz jest jednym z ważniejszych członków Future Shock, zorganizowanej grupy zbrojnie walczącej z rządem. Zajmują się oni między różnymi, raczej niezgodnymi z prawem operacjami w przestrzeni
kosmicznej. Okazało się, że parę miesięcy temu zgłosił się do nich człowiek, rysopisem odpowiadający Gordonowi Outerbridge'owi. Nie wiem w jaki sposób jest on powiązany z Future Shock, ale wydaje mi się, że jest w tym środowisku dość wpływowy.

W każdym bądź razie, zapłacił on całkiem sporą sumkę za przelot naZelig-6 szlakami nieuczęszczanymi z dala od stacji kosmicznych i patroli. Na planecie spędzili zaledwie kilka dni. Ludzie, którzy byli tam z nim twierdzili, że nie robili tam nic poza "zwiedzaniem". Miasta pełne posągów, roślin, dziwnych napisów i wszystko to o czym dzięki raportowi i informacjom od Simona Templara już wiemy.

Po powrocie na Ziemię, Outerbridge zapowiedział, że jest zainteresowany kolejną wyprawą tym razem trwającą dłużej. Ma się skontaktować z Future Shock. Mój kumpel obiecał, że załatwi mi udział w ekspedycji, dzięki w końcu uda mi się skontaktować z Outerbridgem i uzyskać jakieś dalsze informacje.

Jak tylko uda mi się czegoś dowiedzieć, od razu dam Ci znać, Ciebie proszę o to samo.

Pozdrawiam,
Mat

sobota, 27 grudnia 2014

rozkminka o wrzucie

To nie ja malowałem to srebro i zapewniam, że mieliśmy na koncie o wiele lepsze, no ale faktem jest, że współtworzyłem w swoim czasie tę zacną ekipę i gdy wczoraj zawędrowałem w te okolice, nie mogłem sobie odmówić pamiątkowej fotki w miejscu, które niezmiennie przenosi mnie na chwilę do lepszych czasów. W pewnym sensie odkryłem więc kolejną funkcję tego typu bohomazów: wehikuł czasu.

środa, 8 stycznia 2014

rozkminka o flipie

Ostatnio, zupełnie przypadkowo, trafiłem na youtube na udostępniane przez French Freda materiały "behind the scenes" z filmu Flipa pt. "Sorry". Muszę przyznać, że podziałały na mnie trochę tak, jak słynna magdalenka na pana Prousta. Ale zacznijmy od początku: o co w ogóle chodzi z tym całym Flipem, kim jest French Fred i dlaczego "Sorry" nie ma na Filmwebie? Flip Skateboards to wywodząca się z Wielkiej Brytanii firma deskorolkowa. French Fred to Fred Mortagne, znany fotograf i twórca filmów deskorolkowych. Filmy deskorolkowe zaś, to bardzo ciekawa forma promocji jaką stosują deskorolkowe filmy. Otóż w ciągu kilkudziesięciu minut każdy sponsorowany przez firmę deskorolkowiec prezentuje co potrafi, z reguły na ulicznych miejscówkach. Na początku były to oczywiście miejscówki w jednym mieście, te na których jeżdżono zazwyczaj, jednak w czasach gdy kręcono "Sorry" normą było, że firmy fundowały swoim podopiecznym przejażdżki po całym świecie. Stąd chociażby ujęcia z Paryża czy Barcelony.

Bo deskorolka to specyficzny "sport". Wtajemniczeni wiedzą, że o klasie zawodnika wcale nie świadczą wyniki na zawodach (które wielu najlepszych po prostu olewa), a właśnie materiały nagrane z myślą o filmie. Pamiętam, że gdy w 2005 w Krakowie odbywały się zawody Etnies, na które zjechała się śmietanka skejterów z Europy i Stanów, to z prawdziwą przyjemnością słuchaliśmy późniejszej relacji pochodzącego z Krakowa Igora, który w wakacje gościł w Augustowie i opowiadał jak na owych zawodach radził sobie team Flipa. Że Salabanzi nie dojechał z powodu kontuzji, że Arto Saari skupił się na poszukiwaniach dobrego zioła, że Tom Penny nawet na chwilę nie wyszedł z knajpy, a Boulala wystartował będąc nieźle wciętym. I tego od nich oczekiwaliśmy, no ale uprzedzam fakty.

"Sorry" kręcone było od roku 2000, a premierę miało w 2002. Ja obejrzałem ten film po raz pierwszy w 2004 razem z sequelem "Really Sorry" wydanym w 2003 (to jest w ogóle ciekawa sprawa, był to okres przechodzenia od wydawania filmów na VHS do DVD i normą było wtedy, że film najpierw wychodził na kasecie, a po jakimś czasie wychodziła wersja DVD wzbogacona o dodatki. Flip się nie cackał i na DVD wyszedł sequel). Pamiętam, że film wywarł na mnie ogromne wrażenie i choć skończyłem go oglądać po jedenastej w nocy, to mimo to wziąłem deskę i naładowany pozytywną energię wyszedłem na osiedlową uliczkę skleić parę trików i podenerwować sąsiadów hałasem. Film wywarł podobne wrażenie nie tylko na mnie, ale i na całej ekipie z którą wtedy śmigałem. Oglądaliśmy go po wielokroć, jego bohaterowie byli naszymi mistrzami i często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu "jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek" etc. Wielu zwyczajnie naśladowało różne pozadeskowe szaleństwa wspomnianego Boulali.

Film w ogóle zaczyna się od wielkiej niespodzianki, gdyż pierwszą osobą jaką widzimy na ekranie jest... Johnny Rotten kojarzony głównie z Sex Pistols (choć ja o wiele bardziej cenię Public Image Ltd). Podstarzały punkowiec pełni w filmie rolę konferansjera, rozpoczyna go, kończy i zapowiada przejazdy kolejnych członków teamu. Siła tej ekipy tkwi w jej zróżnicowaniu, które nie przeszkadza jej w całkowitym zgraniu się i stworzeniu zwartej całości. Poza tym żaden z nich nie jeździ poniżej poziomu, który można określić jako mistrzowski, przy czym każdy ma swój własny, indywidualny styl. Kalifornijski piękniś Appleyard, szwedzki panczur Boulala, fruwający pod niebo Chalmers z Kanady, 15-letni Francuz z Kongo Salabanzi, nie znający lęku Rowley z Liverpoolu, śmigający po rampach duńczyk Glifberg, tajemniczy outsider Tom Penny z Oxfordu i wreszcie na finał, nomen omen Fin Arto Saari, którego występ Rotten poprzedza wstępem "you know, i'm looking at my notes here and i'm surprised that Arto Saari almost died twice while making this film

Dzieła dopełnia genialnie dobrany soundtrack, równie zróżnicowany jak osobowości bohaterów filmu. Jest Placebo, jest Edith Piaf, David Bowie, jest DJ robiący szuru-buru na break beatach i inni.

Warto wspomnieć o sequelu, który jest również świetny, jednak moim zdaniem pozbawiony genialności pierwowzoru. Nie występują w nim także Chalmers i Glifberg. W całości bowiem postawiono na street, a team wzbogacił się tym sposobem o Danny'ego Cereziniego (króciutki przejazd) i PJ Ladda (świetny przejazd dowodzący, że "silence is golden").

W 2009 wyszła trzecia część zatytułowana "Extremely Sorry", jednak to już nie było to. Mimo że triki na najwyższym poziomie, to zniechęcały zmiany w ulubionej ekipie (skład z czasów "Sorry" po tylu latach jestem w stanie wymienić z pamięci obudzony w środku nocy), do tego nie byłem już dzieciakiem by ślepo się jarać jakimiś tam skejterami. Ale sentyment do pewnego okresu w życiu i historii pozostał, jak widać. Mam nadzieję, że każdy ma swój prywatny odpowiednik mojego "Sorry", który wywołuje w nim podobne emocje, bo to coś pięknego.



poniedziałek, 28 grudnia 2009

poniedziałek, 23 marca 2009

21.03.2007

Dwa dni temu był pierwszy dzień wiosny tj. 21 marca. Data ta skłoniła mnie do małej lefreksji, mianowicie przypomniał mi się pewien szalony dzionek sprzed dwóch lat. Pat z Maćkiem i Pitukiem (wtedy jeszcze ziomkami) i Grześkiem grali w starym ogólniaku na konkursie piosenki obcojęzycznej, przed, w trakcie i po była najebka i jointy, ja fristajlowałem, Radom bitboksował, był konkurs na najniższy krok, w pewnym momencie znaleźliśmy się na bulwarach skąd pochodzi to zajebiste moim zdaniem zdjęcie (którego autorem był Maciek zwany Potopem), na widok którego zawsze się uśmiecham z rozrzewnieniem przypominając sobie ten dzień :)