Ach, ci poeci... Krótkometrażowy film zainspirowany anegdotą o Gałczyńskim.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 stycznia 2015
czwartek, 29 maja 2014
wczoraj i dziś 3: rozkminka o krwi
Właśnie trafiłem na informację o konkursie poetyckim, do wzięcia w nim udziału oczywiście wszystkich zachęcam (więcej szczegółów tutaj). Co jednak najbardziej przykuło moją uwagę, to pewne wytyczne, które wywołały skojarzenie z dawnym wierszem poety przez większość już chyba zapomnianego. Oto jakich wierszy oczekują organizatorzy konkursu:
A oto wiersz "Pan redaktor" autorstwa niejakiego Mariana Ośniałowskiego:
Szukamy poezji pisanej krwią, stojącej w awangardzie dowolnie pojmowanego zaangażowania!
A oto wiersz "Pan redaktor" autorstwa niejakiego Mariana Ośniałowskiego:
Pisząc wiersze trzeba maczać pióro
we własnej krwi,
chociaż są niskie honoraria.
W moim wierszu za sto złotych
jest nocy szum z deszczu słodką arią.
Banalne marzenie ze srebrnych
fotoplastikonów.
Krzyczą marcowe koty.
Daremnym żalem wzbiera pustych godzin
monotonność
w moim wierszu za sto złotych.
Pan redaktor „Nieba Warszawy”
odpowiada poważnie, nie drwi:
Nie będziemy tych wierszy drukowali;
jeszcze za mało w nich krzyku i nerwów,
w nich jeszcze za mało krwi.
z tomu „Suita cygańska”, 1959
czwartek, 1 maja 2014
rozkminka o kierowcach zen
Po raz pierwszy z nazwiskiem Gary Snyder spotkałem się dzięki książce Jacka Kerouaca pt. "Włóczędzy Dharmy". W tej, jak to zwykle bywa w przypadku tego autora, autobiograficznej powieści, najbardziej znany bitnik opisywał wycinek swego życia przypadający na mniej więcej połowę lat pięćdziesiątych kiedy to przeżywał fascynację buddyzmem zen. Wtedy właśnie poznał Snydera (w powieści ukrył go pod pseudonimem Japhy Ryder), który stał się jego mentorem i źródłem inspiracji. Został ciekawie sportretowany, Keoruac przedstawił nam sylwetkę człowieka żyjącego w idealnej harmonii z samym sobą i światem, co doskonale kontrastowało z samym Kerouaciem, neurotycznym wrażliwcem, w gruncie rzeczy wiecznie zagubionym. Scenę wspólnej wspinaczki na Matterhorn (ten w Sierra Nevada) można w tym przypadku potraktować jako symboliczną.
Gary Snyder urodził się w 1930 roku w San Francisco, wychowywał się zaś w północno-zachodniej części USA, od najmłodszych lat otoczony był przez przyrodę i ludzi, żyjących z nią i z niej. Szczęśliwie dotrwał naszych, stąd też wydawcy przypięli mu chwytliwą łatkę "ostatniego żyjącego bitnika", za którym to określeniem Snyder nie przepada. Wcale mu się nie dziwię, bo może wprowadzać to w błąd, jako że zarówno jego życiorys jak i twórczość są dość odległe od tego co może kojarzyć się z tym fenomenem literacko-kulturowym. Łączy ich w zasadzie jedynie buddyzm, który dla bitników był raczej eksperymentem, a dla Snydera drogą, którą zawsze konsekwentnie podążał.
Trochę na marginesie muszę wtrącić, że według mnie zbyt wiele osób podpina się pod tę kategorię (mowa o bitnikach); wydaje mi się, że chcąc być precyzyjnym, określić tak można tych ludzi, którzy w początkowych latach obracali się w towarzystwie Kerouaca, Burroughsa i Ginsberga. Mam tu na myśli na przykład takich ludzi jak Gregory Corso, Herbert Huncke, John Clellon Holmes czy oczywiście Neal Cassady. Wszelkie postacie, które do ich kręgu zbliżyły się później, to raczej epigoni, czy też mówiąc ładniej osoby inspirujące się ich twórczością i odzwierciedlający ją w ten czy inny sposób w swoich dziełach. Jest to oczywiście moja subiektywna opinia, jak najbardziej podlegająca dyskusji.
Wróćmy jednak do Snydera. Pochodząc z ubogiej rodziny od najmłodszych lat podejmował się wszelkiego rodzaju prac. Pracował na farmie, roznosił gazety, był marynarzem. Studiował literaturę i antropologię w Reed College. Zainteresował się buddyzmem, tłumaczył poezję Han Shana. W San Francisco poznał bitników i ten właśnie okres opisywał Kerouac. Później wyjechał do Japonii, by tam, żyjąc w klasztorze, dalej zgłębiać buddyzm i tłumaczyć japońskie teksty. Po powrocie do Stanów osiedlił się we własnoręcznie wybudowanym domu u podnóża Sierra Nevada, gdzie żyje do dzisiaj.
W roku 2013 w Polsce opublikowany został pierwszy zbiór jego wierszy przetłumaczony na nasz piękny język. Jest to przekrój przez całą twórczość poety, począwszy od tomiku "Riprap" z 1959, a skończywszy na "Danger on Peaks" z 2005. Mając do dyspozycji wszystkie te wiersze, możemy próbować poznać i zrozumieć człowieka, który je pisał. Moje pierwsze wrażenie jest takie, że Kerouac musiał być dobrym obserwatorem, bo jego przedstawienie Snydera odpowiada obrazowi, który tworzyłem w głowie w trakcie lektury. Podmiot liryczny jest pogodzony ze sobą i otaczającym go światem, z którym żyje w harmonii. Można odnieść wrażenie, że góry po których się wspina, strumień w którym się kąpię, czy zwierzę na które poluje, to po prostu kolejne elementy jego samego. Wszelkie obserwacje prezentowane są w sposób spokojny, wyzbyty wszelkich przejawów miotania się w szale, co nie znaczy, że brakuje w nich emocji. Lecz są to emocje, które mogłoby odczuwać długowieczne drzewo, mędrzec świadomy faktu, że "świat robi, co mu się podoba". Uczucia są tu bardzo ważne, ale nie podlegają bezproduktywnej analizie, przyjmowane są po prostu z dobrodziejstwem inwentarza. Z drugiej strony Snyder, choć żyje za pan brat ze światem natury, nie ucieka wcale od zdobyczy cywilizacji, nie jest typem eremity. Z papierosem w zębach siedzi za kierownicą swej ciężarówki, gnając gdzieś po krętych górskich drogach. Choć zdaje sobie oczywiście sprawę, że "roboty spierają się, jak rozparcelować naszą Matkę Ziemię" i zastanawia się czasem "jakim prawem ciężkogłowi chciwi władzy politycy i uczeni (...) przemawiają w imieniu zielonego liścia? W imieniu gleby?".
Nie załamuje się tym jednak i po prostu żyje. A ja muszę przyznać, że czytając jego wiersze, odczuwam pewną zazdrość, ale i ulgę, gdy dociera do mnie, że tak naprawdę nie jest to aż tak wielka sztuka i w gruncie rzeczy tylko od naszego nastawienia zależy jaki świat sobie tworzymy.
Na koniec pozwalam sobie zamieścić wiersz pt. "Trasakcja", ku ogólnej refleksji:
Znalazłem się w betonowej muszli:
światło ze szklanych cygar, wtłaczane powietrze,
piętra spięte ruchomymi schodami.
Wypełniały ją rzeczy nabyte i zrobione
w dwudziestym stuleciu. Wystawione na lady
i półki
Ludzie z tego wieku, wciśnięci w odzież
zrobioną na maszynach, gromadnie
Wymieniali cały swój drogocenny czas
na rzeczy
Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)