Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rpg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rpg. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 maja 2015

rozkminka o de profundis


"De Profundis" to taka fajna gra, że kilka osób pisze do siebie listy i tworzy w ten sposób ciekawą historię. Zabawa jest tym lepsza, gdy listy są klasyczne, na papierze i wysyłane pocztą. Ale dopuszczalna jest także forma elektroniczna i tę postanowiliśmy przyjąć, gdy nasza pierwsza, prowadzona w tradycyjny sposób kampania utknęła w martwym punkcie. Wyszło na to samo, ale nie uprzedzajmy faktów. Świat w jakim miała rozgrywać się nasza przygoda postanowiliśmy dostosować do formy, żeby nie wyszło że rycerze Okrągłego Stołu wysyłają do siebie mejle. Z tego co pamiętam co do motywu przewodniego umówiliśmy się na "cyberpunk z lotami w kosmos". Rozgrywka miała miejsce w 2010, trochę czasu więc minęło i już raczej do niej nie powrócimy, ale mejle cały czas leżą u mnie na skrzynce i fajnie się je czyta, postanowiłem się więc nimi podzielić. Może kogoś zachęci to do sięgnięcia po po tę świetną grę. Tekstów oczywiście w żaden sposób nie redaguję.

TAJEMNICA ZELIG-6

Od: Mat Adams
Do: Simon Templar
Temat: Zelig-6


16 lipca 2100

Szanowny Panie Kapitanie!

Proszę wybaczyć mi, że piszę do Pana w ogóle Pana nie znając (jedynie z opowieści), ale skłoniły mnie do tego ważne, jak mi się zdaje,powody. Zanim jednak przejdę do rzeczy powinienem chyba wyjaśnić kim jestem. Nazywam się Mat Adams i jestem szeregowym pracownikiem Centralnego Zarządu Eksploracji Terenów Pozaziemskich. Jestem tam odpowiedzialny za
Archiwum i właśnie w związku z pewnymi dokumentami, które do niedawna jeszcze tam się znajdowały piszę do Pana.

Mówiąc ściśle, chodzi o raport sporządzony przez piętnastu laty, a dotyczący ekspedycji mającej na celu zbadanie odległej planety Zelig-6, co do której były podejrzenia, że istnieje na niej życie i to w formie wysoko rozwiniętej. Jak Pan zapewne doskonale pamięta, dowodził Pan podczas tej wyprawy oddziałem żołnierzy, mającym za zadanie zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom. Jak wynikało z raportu, rzeczywiście udało się Wam odkryć coś, co można by nazwać pozostałościami po jakiejś dawnej cywilizacji, ale były to zaledwie ruiny miast pełnych dziwnych posągów, napisów na ścianach w nikomu nie znanych językach. Wszystko to zarośnięte dziwnymi roślinami, których samo dotknięcie gołą skórą powodowało infekcję. I żadnej żywej istoty, z którą można by spróbować się porozumieć i dowiedzieć czegokolwiek. Po dokonaniu eksploracji, wróciliście na Ziemię, a raport trafił na półkę na piętnaście lat.

Kilkanaście dni temu mieliśmy w Archiwum dziwną wizytę. Dwójka tajniaków, mężczyzna i kobieta, zgłosiło się do mnie i zażądało wydania raportu o którym pisałem powyżej. Mieli wszystkie potrzebne papiery, musiałem więc zrobić to o co mnie "prosili". Jednak wszystkie moje pytania zbyli pogardliwym milczeniem i powiedzieli, że lepiej będzie dla mnie jeśli zapomnę o całej tej sprawie i zapewne tak właśnie bym postąpił gdyby nie kolejne zbiegi okoliczności.

Otóż nie wiem czy jest Pan tego świadomy, ale w zeszłym tygodniu zmarło dwóch Pańskich dawnych podkomendnych, Gerard Ti Pousse i Leo Beach. Pierwszy został napadnięty w ciemnej uliczce przez jakiegoś ćpuna, a drugiego potrącił samochód. Cóż, wypadki chodzą po ludziach, ale coś mnie tknęło. Zacząłem węszyć i co zaobserwowałem? Otóż w przeciągu ostatniego roku z niemal pięćdziesięciu osób będących piętnaście lat temu na Zelig-6, nie żyją już trzydzieści dwie. Wypadki, samobójstwa, zatrucia... Nic co nie działoby się w codziennie we wszystkich miastach świata. Ale gdy połączymy wszystkie znane nam fakty, oczywiste się staje, że coś tu nie gra.

Zdobyłem Pański adres, gdyż wszystko co o Panu słyszałem, pozwala mi sądzić, że jest Pan człowiekiem do którego powinienem się zwrócić. Choć zdaję sobie sprawę, że po tym jak odszedł Pan na emeryturę i zaszył się Pan w cichym, wiejskim zaciszu, chce Pan zapewne tylko spokoju i nie chce Pan znów mieszać się w sprawy świata. Niestety, wygląda na to, że świat chce się mieszać w Pańskie. Myślę, że Panu i pańskim pozostałym przy życiu towarzyszom grozi wielkie niebezpieczeństwo. Postanowiłem Wam pomóc gdyż nie leży w mojej naturze bycie obojętnymgdy innym źle się dzieje.

Myślę, że oplatają was sieci jakiegoś paskudnego spisku. Skontaktowałem się z moim znajomym mającym dojścia w tajnej policji. Może uda mu się dowiedzieć, czegoś o sprawie, do czego potrzebny był im raport i co mają wspólnego ze zgonami. Do Pana mam zaś prośbę, by spróbował Pan sobie przypomnieć dawne dzieje. Czy na Zelig-6 wydarzyło się coś co nie zostało ujęte w raporcie? Jeśli ma Pan kontakt z kimś kto również tam był, myślę, że warto byłoby się go o to spytać. Tylko jednej rzeczy na pewno NIE możemy zrobić: pozostać bezczynnymi.

Czekam na Pańską odpowiedź, a gdy tylko dowiem się czegoś co mogłoby rzucić jakieś światło na to co wiemy dotychczas, natychmiast dam Panu o tym znać.

Z poważaniem

Mat Adams

Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: prośba

Witaj stary kumplu!

Przepraszam, że tak długo się do Ciebie nie odzywałem, ale sam wiesz jak to w życiu bywa. Praca, rodzina, rodzina, praca i na nic nie ma czasu. Chciałbym, by udało nam się w końcu spotkać przy zimnym piwku i powspominać dawne dzieje i dawnych znajomych. Ale czy dojdzie to do skutku, gdy każdy z nas ma tyle spraw na głowie?

Właściwie piszę do Ciebie, gdyż chcę Cię o coś poprosić. Nie jest to zwykła sprawa, mam pełną świadomość, że to czego od Ciebie oczekuję jest rzeczą niecodzienną. Masz pełne prawo odmówić, ale wtedy z wielkim zakłopotaniem musiałbym Ci przypomnieć ową przysługę jaką oddałem Ci przed laty i za którą masz u mnie dług wdzięczności. Jestem jednak pewien, że pomógłbyś mi tak czy siak, w imię starej przyjaźni.

Przejdę do rzeczy. Czy mówi Ci coś nazwa Zelig-6? Jest to odległa planeta, na którą przed piętnastu laty została wysłana pięćdziesięcioosobowa ekspedycja w celu sprawdzenia czy istnieje tam życie. Owa ekipa rzeczywiście znalazła tam ślady po jakiejś antycznej cywilizacji, ruiny wielkich miast itp., ale nie było tam żadnych mieszkańców, cała planeta była jakby wymarła. Ekspedycja wróciła na Ziemię, a sporządzony raport trafił do Centralnego Zarządu Eksploracji Terenów Pozaziemskich, do Archiwum (jeszcze zanim zacząłem tam pracować).

Przeleżał piętnaście lat, a niedawno zgłosiło się dwóch tajniaków, którzy go zabrali w sobie tylko wiadomych celach. Mieli wszystkie potrzebne papiery więc nie mogłem im odmówić. Zacząłem interesować się tą sprawą i odkryłem, że od jakiegoś roku, ktoś poluje na członków owej ekspedycji sprzed piętnastu lat. Giną w wypadkach, popełniają samobójstwa itp. Z pięćdziesięciu osób przy życiu zostało kilkanaście.

Moja prośba jest następująca: masz liczne kontakty w tajnej policji, mógłbyś się więc dowiedzieć co nieco o tej sprawie. Czy na Zelig-6 wydarzyło się coś o czym nie wiemy? Kto poluje na członków ekspedycji? Jaką rolę w tym wszystkim pełnią tajniacy? Mam nadzieję, że jeśli trochę powęszysz, uda ci się zdobyć interesujące informacje.

Niecierpliwie czekam na odpowiedź, stawką jest ludzkie życie.

Do zobaczenia

Mat


Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: Re:prośba

Witaj Mat!

Cieszę się, że znalazłeś wolną chwilę i dałeś znak życia. Myślę, że spotkanie przy idealnie schłodzonym złocistym płynie kiedyś się odbędzie, nim do tego dojdzie musi upłynąć trochę czasu.

Ale to nie jest główny temat mojej odpowiedzi, jak z pewnością już się domyślasz.

Bez względu na jakiekolwiek długi wdzięczności odpowiedziałbym Ci twierdząco na Twoją prośbę, co też czynię - Mat zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby uzyskać jak najwięcej informacji.

Nie będę ukrywać, że sprawa wydaje się niezwykle interesująca, zresztą wszystko co dotyczy Misji jest niewiarygodne. Wszelkie teorie krążące dookoła owej planety, członków załogi... wszystko, wszystko. Osobiście nagromadziłem nieco materiałów traktujących o podjętym przez Ciebie temacie, zdobywałem je na różne możliwe sposoby (legalne i te niekoniecznie zgodne z obowiązującym prawem).

Nie będę się teraz rozpisywać czym podyktowane jest moje zainteresowanie tą planetą.

Na dziś dzień za wiele nie mogę Ci powiedzieć bo sam nie mam wystarczającej wiedzy. Będzie cholernie ciężko uzyskać jakiekolwiek informacje ale dam radę.

Wszystko co wiem w obecnej chwili to to, że prócz Secret Service ogromne zainteresowanie Misją od przeszło 5 lat wykazują organizacje uznawane za terrorystyczne i tajne rządowe, o istnieniu, których wielu obywateli nie zdaje sobie sprawy.

Myślę, że powinniśmy znaleźć osoby, które były wystarczająco blisko Misji i mogą rzucić nieco światła na całą sprawę.


Serdecznie Pozdrawiam

P. Felisin


Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: Zelig-6

Mat!

Powęszyłem trochę w kilku miejscach, parę osób przepytałem (uwierz mi stosowałem same humanitarne sposoby) i dowiedziałem się rzeczy, które powinny Cię zadowolić. Jeśli chodzi o wydarzenia na Zelig-6 czekam na mojego informatora, który ma mi dostarczyć raport stworzony przez członków ekspedycji. Co ciekawe, raport, który znajdował się w archiwach CZETP, został złożony po co najmniej pięciu poprawkach cenzorów Tajnej Policji, a także Wolnej
Republiki Zjednoczonych Państw Basenu Atlantyckiego. Jak tylko otrzymam raport i zweryfikuję jego autentyczność zostaniesz poinformowany.

Na członków ekspedycji poluję zakon, który działa od lat 50 XX wieku. Na przestrzeni lat jego działalność nieco się zmieniła. Sekretny Zakon Strażników Kluczy początkowo miał pilnować rozwijającej się w niesamowitym tempie sieci znanej jako Internet. Członkowie zakonu mieli zresetować Internet w razie ataku terrorystycznego mającego na celu
przejęcie władzy w cyberświecie, Strażników początkowo było 7. Obecnie działalność Zakonu sprowadza się do chęci kontrolowania wszelkich ciał niebieskich, które można zaludnić bądź, z którymi można handlować. Z nieoficjalnych źródeł dowiedziałem się, że sytuację jaką zastała ostatnia Ekspedycja może być dziełem Zakonu.

Na podstawie wiedzy jaką posiadam, wnioskuję, że nikomu nie zależy na niszczeniu planet ani cywilizacji... no może oprócz Zakonu. W każdym razie, wydaje mi się, że TP chce przeszkodzić i raz na zawsze zakończyć działalność Zakonu... cały czas staram się uzyskać potwierdzenie moich domysłów.

----
Serdecznie Pozdrawiam

P. Felisin

Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: Re:Zelig-6

Cześć Patrick

Na początku chciałby Ci podziękować za błyskawiczną reakcję na mój list i za chęć udzielenia mi pomocy w sprawie, która jak sam widzisz, zahacza o ludzi, o których nigdy byśmy nie pomyśleli, że mogą mieć z nią coś wspólnego. To skłania mnie by raz jeszcze przypomnieć Ci to, czego i tak jesteś świadomy, ale i tak muszę to napisać: to nie
przelewki. Musimy działać, ale nie możemy ryzykować bardziej niż jest to potrzebne. Osoby co do których nie jesteśmy wystarczająco pewni, należy przepytywać z daleko posuniętą ostrożnością i nie wtajemniczać ich w sprawę.

A teraz do rzeczy. Radziłeś mi bym skontaktował się z kimś, kto brał udział w ekspedycji na Zelig-6. Moje myśli zapewne podążały podobnym torem do Twoich, gdyż byłem już wtedy w trakcie pisania listu do dowódcy oddziału komandosów, którzy mieli za zadanie ochronę członków wyprawy. Jego adres zdobyłem można powiedzieć, że cudem, nie
chcę się wdawać w szczegóły, powiem tylko, że poważnie nadszarpnęło to moje oszczędności. Myślałem, że Kapitan rzuci
jakieś światło na całą sprawę i będzie w stanie ujawnić nam jakieś głęboko ukryte fakty, niestety jak dotąd nie otrzymałem odpowiedzi. Może uznał mój list za prowokację? A może prawdziwe są plotki mówiące, że na stare kompletnie mu odbiło, a wpływ na to miały różne tajemnicze misje w których brał udział przez cały okres swej służby? Nie wiem, ale wyślę do niego jeszcze jeden list, ujawnię w nim część informacji, które zdobyłeś, może dzięki temu nabierze do mnie zaufania...

Nie wiem też jak uważnie śledzisz Wiadomości, ale mogło umknąć Twej uwadze, że kolejna osoba z ekspedycji, tym razem był to Dr Peter Outerbridge, biolog, zginął przez przypadkowe porażenie prądem w swoim mieszkaniu - taka jest przynajmniej oficjalna wersja. Słyszałem, że jego syn Gordon nie wierzy w słowa policjantów "tragiczny wypadek". Może
warto byłoby się z nim skontaktować zanim wpadnie w jakieś tarapaty. Poza tym kontynuuję on rodzinną tradycję i tak jak jego ojciec jest biologiem. Może ojciec dzielił się z nim jakimiś swymi spostrzeżeniami i wspomnieniami z Zelig-6? Niestety z tego co wiem, bardzo trudno jest zdobyć jego adres, chłopakowi bardzo zależy na prywatności. Myślę, że tobie łatwiej byłoby to ustalić, może warto spróbować?

Co do Twoich informacji o Tajnym Zakonie Strażników Kluczy, to muszę przyznać, że mnie zaskoczyłeś. Niewiele o nich wiem. Krążą mi oczywiście gdzieś po zakamarkach pamięci jakieś suche dane jeszcze z lekcji historii w ogólniaku. Ale myślałem, że to dawne dzieje, wspomnienie, że Zakon już dawno nie istnieje. A z tego co piszesz wynika, że ma się całkiem dobrze. Widzę, że chodzi tu o jakieś machinacje na najwyższym poziomie. Tajna Policja, Zakon, Rząd na pewno też ma w tym swój udział. Jedno jest pewne: dopóki nie dowiemy się co naprawdę wydarzyło się na Zelig-6 i nie skontaktujemy się z którymś z członków ekspedycji, tak naprawdę tylko kręcimy się w kółko stojąc
w miejscu.

Mam nadzieję, że uda nam się dowiedzieć czegoś więcej i zrobić coś konkretnego, a nie tylko się przyglądać cudzemu nie szczęściu, miotając się wśród szczątkowych informacji jak dzieci we mgle.

Pozdrawiam, napiszę gdy tylko dowiem się czegoś więcej

Mat

Od: Mat Adams
Do: Simon Templar
Temat: Ponownie Zelig-6

Witam Pana Kapitanie!

Czekałem niecierpliwie na Pańską odpowiedź, ale niestety jak dotąd na nic się to nie zdało. Nie wiem dlaczego zdecydował się Pan zignorować mój list, mogę jedynie podejrzewać, że uznał go Pan za jakiegoś rodzaju prowokację czy zasadzkę. Chciałbym rozwiać Pana wątpliwości, naprawdę nie mam złych zamiarów, wręcz przeciwnie. Zaniepokoiły mnie
po prostu wszystkie te straszne rzeczy o których się ostatnio dowiedziałem i postanowiłem, że moim obowiązkiem jest zacząć działać i wyjaśnić całą tą zagadkę, zapobiec śmierci kolejnych ludzi.

By dowieść Panu, że mówię prawdę i zyskać Pańskie zaufanie, podzielę się informacjami, które jak dotąd, z różnych źródeł, udało mi się pozyskać. Po pierwsze, wiem, że zanim raport został ostatecznie złożony w CZETP, przeszedł przez ręce co najmniej pięciu różnych cenzorów, którzy usunęli z niego kluczowe informacje pozostawiając jedynie nic nie warte opisy planety. Po drugie, dowiedziałem się, że Sekretny Zakon Strażników Kluczy, założony w latach 50-tych zeszłego stulecia i o którym myślałem, że od dawna nie istnieje, jest jedną ze stron w intrydze. Ale czego chcą? Mój informator twierdzi, że mogli mieć coś wspólnego z tym co wydarzyło się piętnaście lat temu na Zelig-6. Ale co tam się wydarzyło? Liczę na Pana, mam nadzieję, że udzieli mi Pan informacji, które pchną śledztwo do przodu.

Jeszcze coś. Przedwczoraj zginęła kolejna osoba biorąca udział w ekspedycji. Tym razem trafiło na biologa Petera Outerbridge'a. Zginął w wyniku porażenia prądem we własnym mieszkaniu. Policja stwierdziła, że był to wypadek, ale syn Petera, Gordon nie uwierzył w taką wersję i rozpoczął śledztwo na własną rękę. Próbuję do niego dotrzeć zanim
zapląta się w poważne tarapaty. Muszę Pana ostrzec. Ktoś (Zakon? Tajna Policja? Jeszcze ktoś inny?) ma zamiar zlikwidować wszystkich, którzy brali udział w ekspedycji na Zelig-6. Pan może być ich następnym celem.
Może czuje się Pan bezpieczny w swojej twierdzy na prowincji, ale jest Pan tam sam, a zabójców jest wielu.

Mam nadzieję, że zdecyduje się Pan jednak mi pomóc. Nie można pozwolić, by jakieś podejrzane organizacje załatwiały swe brudne interesy kosztem życia zwykłych ludzi. Liczę na Pańską pomoc. Próbowałem kontaktować się z Pańskimi pozostałymi przy życiu towarzyszami, ale oni chyba również zaczęli coś podejrzewać, bo znaleźć ich było dla mnie rzeczą niewykonalną.

Mam nadzieję, że tym razem doczekam się odpowiedzi, zbyt wiele już wiem by teraz się wycofywać.

Z wyrazami szacunku

Mat Adams

Od: Simon Templar
Do: Mat Adams
Temat: Re:Ponownie Zelig-6



Drogi panie Adamsie!
Zaraz po otrzymaniu pierwszego Pańskiego listu wybrałem się do jednego z członków załogi, mojego serdecznego przyjaciela, Roba Jeremy'ego, żeby omówić z nim pewne sprawy. Ku mojemu zdziwieniu nie zastałem go w domu, choć jest to już człowiek schorowany, poruszający się o wózku i rzadko opuszczający swój maleńki domek. Jednak dopiero po powrocie do siebie nie mogłem wyjść ze zdziwienia. Podczas mojej nieobecności ktoś najwyraźniej wdarł się do mojego domu. Musieli czegoś szukać - cała zawartość szaf była porozrzucana po podłodze. Jeżeli prawdą jest to, co Pan pisze... być może Pański list ocalił mi życie, bo to dzięki niemu wybrałem się do Jeremy'ego. Postanowiłem się na jakiś czas ukryć. Dopiero teraz jestem we względnie bezpiecznym miejscu i mogę Panu odpowiedzieć. Cała sprawa Zelig-6 jest niecodzienna. To przez tę wyprawę zostałem odsunięty od lotów i skierowany do szkoleń. Przez te wszystkie lata zacząłem już wierzyć, że to, co tam widziałem, a zawarłem w swoim raporcie, było jedynie wynikiem zatrucia przez te rośliny, albo zaburzeń poznawczych spotykanych przy tak dalekich wyprawach. Może mi Pan wierzyć lub nie, ale ja i duża część załogi doświadczyliśmy tam kontaktu z obcą cywilizacją. I nie chodzi tutaj o ruiny i posągi. Ciężko to wytłumaczyć, ale te rośliny zdawały się być inteligentne. Posągi przedstawiały różne postacie, część z nich wyglądała
znajomo, natomiast część przedstawiała nieznane nam rasy. Kiedy dotarliśmy na Zelig-6 i odkryliśmy ten niesamowity park figur... nie było pośród nich człowieka. Po dwóch dniach natomiast pojawił się tam zupełnie znikąd posąg przedstawiający z całą pewnością jednego z członków załogi - Gerarda Ti Pousse. Z pewnością nie ma tego w raporcie jaki
jest w Archiwum. Próbowaliśmy nawiązać kontakt, ale najwyraźniej życie na tej planecie jest zbyt odmienne od nas. Co to właściwie za życie? Ciężko mi odpowiedzieć. Człowiekowi wydawało się, że jest stale podobserwacją. Rośliny były natomiast wszędzie, wyrastały zewsząd. Outerbridge (jak się okazuje już nieżyjący...) przeprowadził jakieś badania, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia, że jest to jedna wielka roślina, z ogromną grzybnią pod powierzchnią planety. Pobrał próbki, ale na Ziemi nie mógł dokończyć swoich badań. Co to ma wspólnego ze śmiercią kolejnych członków wyprawy? Nie mam pojęcia. Nie szukałbym jednak winnych w Sekretnym Zakonie Strażników Kluczy. Leo Beach był jego członkiem i zawsze twierdził, że jest to forma zabawy, a cała ta mistyczna otoczka skrywa tylko prawdziwy cel Zakonu, jakim jest szeroko pojęta pomoc charytatywna. Ale dzisiaj najwyraźniej nikomu nie można już wierzyć, skoro nawet tak szanowana organizacja jak Centralny Zarząd Eksploracji Terenów Pozaziemskich posiada swoje mroczne sekrety... Mam nadzieję, że zaufanie Panu nie było ostatnim błędem w moim życiu.
Pozdrawiam,
Simon Templar

Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: kolejne informacja

Cześć Patrick

Piszę kolejny list nie czekając na Twoją odpowiedź, gdyż wydarzyło się coś, co przywróciło mi nadzieję w to, że może jednak uda nam się rozwiązać zagadkę Zelig-6. Otóż, dzień po wysłaniu do Ciebie listu w którym narzekałem, że kapitan Templar nie daje znaku życia, otrzymałem od niego wiadomość. Okazało się, że już mój pierwszy list wywołał u niego niepokój i spowodował, że wyruszył on odwiedzić swojego kumpla Roba Jeremy'ego, z którym był na Zelig-6. I tu spotkała
go pierwsza niespodzianka: pan Jeremy, schorowany staruszek poruszający się na wózku inwalidzkim zniknął, a wszelki ślad po nim zaginął. Czy miałbyś możliwość dowiedzieć się co wie o tym wydarzeniu policja?

Kolejne fakty przekazane mi przez Templara były równie niewiarygodne. Twierdzi on, że ruiny i posągi nie były jedyną rzeczą na którą natknęli się na Zelig-6. Jest niemal pewny, że zetknęli się tam z obcą cywilizacją. Pozwól, że zacytuję Ci fragment jego listu:

"Cała sprawa Zelig-6 jest niecodzienna. To przez tę wyprawę zostałem odsunięty od lotów i skierowany do szkoleń. Przez te wszystkie lata zacząłem już wierzyć, że to, co tam widziałem, a zawarłem w swoim raporcie, było jedynie wynikiem zatrucia przez te rośliny, albo zaburzeń poznawczych spotykanych przy tak dalekich wyprawach. Może mi Pan wierzyć lub nie, ale ja i duża część załogi doświadczyliśmy tam kontaktu z obcą cywilizacją. I nie chodzi tutaj o ruiny i posągi. Ciężko to wytłumaczyć, ale te rośliny zdawały się być inteligentne. Posągi przedstawiały różne postacie, część z nich wyglądała znajomo, natomiast część przedstawiała nieznane nam rasy. Kiedy dotarliśmy na Zelig-6 i odkryliśmy ten niesamowity park figur... nie było pośród nich człowieka. Po dwóch dniach natomiast pojawił się tam zupełnie znikąd posąg przedstawiający z całą pewnością jednego z członków załogi - Gerarda Ti Pousse. Z pewnością nie ma tego w raporcie jaki jest w Archiwum. Próbowaliśmy nawiązać kontakt, ale najwyraźniej życie na tej planecie jest zbyt odmienne od nas. Co to właściwie za życie? Ciężko mi odpowiedzieć. Człowiekowi wydawało się, że jest stale pod obserwacją. Rośliny były natomiast wszędzie, wyrastały zewsząd. Outerbridge (jak się okazuje już nieżyjący...) przeprowadził jakieś badania, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia, że jest to jedna wielka roślina, z ogromną grzybnią pod powierzchnią planety. Pobrał próbki, ale na Ziemi nie mógł dokończyć swoich badań."

Myślę więc, że naszym priorytetem na chwilę obecną jest odnalezienie syna Outerbridge'a i skontaktowanie się z nim. Może ojciec podzielił się z nim jakimiś przemyśleniami, kto wie, może nawet przeprowadzał jakieś badania na własną ręką, a syn ma dostęp do ich wyników. Jest to na pewno obiecujący trop.

Poza tym kapitan zdaje się wątpić we wpływ Zakonu na tamte wydarzenia, uważa ich chyba za nieszkodliwych ludzi, których mistyczna otoczka jest tylko na pokaz, a prawdziwym celem jest działalność charytatywna. Pisze, że jeden z uczestników ekspedycji, Leo Beach, należał do Zakonu.

Na pewno dzięki wiadomościom kapitana wiemy więcej niż poprzednio, nie możemy jednak na tym poprzestać. Myślę, że korzystając ze swoich wiadomości powinieneś się odnaleźć syna doktora Outerbridge'a, Gordona. Próbuje odnaleźć zabójców swego ojca, jest emocjonalnie zaangażowany, więc myślę, że chętnie nam pomoże.

Ja z kolei zaryzykuję i spróbuję odnaleźć zapiski korespondencji prowadzonej pomiędzy CZETPem a dowódcami ekspedycji, są one utajnione, ale może mi się uda. Jest duże prawdopodobieństwo, że mogą zawierać coś ciekawego.

Powodzenia

Mat


Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: TPP

/Tajne Przez Poufne/

Mat!

Przesyłam Ci dokumenty, które otrzymałem od mojego informatora, jak sam twierdzi, część raportu ekspedycji. Niestety nie potrafię tego rozszyfrować. Dokumenty te przekazałem człowiekowi, który powinien je rozszyfrować i potwierdzić lub zanegować ich autentyczność.

Wysyłam Ci te dokumenty ponieważ i Ty może znasz kogoś kto będzie w stanie przełożyć to na jakiś zrozumiały język, a przy okazji dałoby to nam możliwość porównania i pewniejszego zajęcia stanowiska odnośnie prawdziwości tego znaleziska.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Ktoś może wiedzieć o śledztwie jakie prowadzimy i celowo dostarcza mylących tropów. Pamiętaj aby używać dokumentów z ogromną ostrożnością, jeśli wpadną w niepowołane ręce... boję się myśleć ile osób mogłoby stracić życie za samo zainteresowanie sprawą Zelig-6.


--
Pozdrawiam,

P. Felisin

/TPP/

Od: Patrick Felisin
Do: Mat Adams
Temat: Re:kolejne informacje

Mat!

Wybacz mi, że tyle czasu milczałem. Natrafiłem na pewien trop i, jak pewnie się domyślasz, nie mogłem go zostawić samemu sobie.

Zacznę wpierw od Twojej prośby odnośnie staruszka Jeremy'ego - udało mi się ustalić, że policja prowadzi dochodzenie w sprawie jego zniknięcia, jednak wciąż nie mają za wiele informacji. Służby ustaliły, że ostatni raz widziano Jeremy'ego w laboratorium razem z 5 mężczyznami, którzy z całą pewnością nie wyglądali na naukowców. Niestety wszelkie nagrania z kamer w laboratorium zniknęły w niewiadomych okolicznościach, a na ich podstawie moglibyśmy ustalić towarzyszy pana Jeremy'ego. Oczywiście nie ze mną te numery, wiem, że automatycznie są tworzone kopie zapasowe w Centrali Tajnej Policji (właściwie zastanawiało mnie czemu Tajna Policja jest Tajną Policją mimo, że każdy wie o jej istnieniu - chodzi o ściśle tajne działania na szerokie skale, o których właściwie wiedzą tylko osoby zlecające pracę TP). Centrala jest doskonale chroniona... tak się przynajmniej wydawało do momentu kiedy zwróciłem się do jednego znajomego o wywiązanie się z jego przysługi.

Pan X (pozwolę sobie tak nazywać mojego znajomego) udał się do pomieszczenia z nagraniami, aby skopiować dla mnie to co zostało zarejestrowane przez kamery w laboratorium. Niesamowicie zaskoczył go widok, który tam zastał - rozszarpane ciała obsługi i policjantów pomieszczenia, zdewastowane sprzęty. Pan X obecnie znajduje się w szpitalu, pod stałą obserwacją lekarską - udało mi się z nim porozmawiać, dowiedziałem się, że kiedy wszedł do pokoju i zobaczył cały ten bajzel coś wpadło mu na klatkę, obaliło na ziemię i ogłuszyło. Jak już odzyskał świadomość ocenił, że nic poważnego mu się nie stało oprócz licznych nakłuć, z których nie sączyła się, ani krew, ani ropa. Doktor, który jako pierwszy zaczął go badać, stwierdził, że jest to coś dziwnego, coś co nie pochodzi z naszego świata. Od tamtego dnia ma silne ataki, zdarza się, że przelatuje przez swoją salę wraz z łóżkiem podczas silnych konwulsji, a jego stan pogarsza się z dnia na dzień. Lekarze nie dają mu szans na długie życie.

Sam Pan X twierdzi, że ktoś musiał zatrudnić asasyna. Jednak nie do końca sam w to wierzę. Póki więcej nie ustalę nie będę miał 100% pewności.

Nie wiem dokładnie o jakie laboratorium chodzi, adres nie został podany w żadnym dokumencie, który przeglądałem - widnieje tylko V LIu 25/6 (nie mam pojęcia co to może znaczyć, nie udało mi się tego z niczym powiązać).



Jeśli chodzi zaś o syna pana Outerbridge'a, sprawa wygląda następująco (aby było szybciej będę nazywał go sOB - imienia nie ustaliłem):

Pan sOB po śmierci ojca został, jako główny podejrzany, przesłuchany przez TP - podłączony został do wariografu, który w zasadzie (według raportu z przesłuchania) nie działał prawidłowo kiedy sOB był do niego podłączany. Funkcjonariusze sprawdzali na sobie, czy aby sprzęt nie jest zepsuty, ale wszystko wskazywało na to, że jest sprawny.
Po nieudanym przesłuchaniu na wariografie wezwano jakiegoś mistyka - nazwisko nie występuje w raporcie, jest natomiast numer: 98152148. Piszę mistyk, ale w zasadzie sam nie wiem kim z zawodu jest ten człowiek posiadający numer. W raporcie jest jasno opisane, że sOB nie brał udziału w śmierci ojca.

Po przesłuchaniu sOB również zniknął. Z mieszkania zniknęły wszelkie dokumenty, wartościowe przedmioty - dosłownie wszystko!
Na gołych już ścianach znaleziono dziwne ślady - po pobraniu próbek okazało się, że jest to śluz, który nie jest znany na naszej planecie.

sOB starał się gdzieś niepostrzeżenie dostać, tego jestem pewny. Zaufana osoba widziała go podczas wizyty w jakimś laboratorium, prawdopodobnie chciał zabrać ze sobą dokumenty z badań prowadzonych wspólnie z ojcem. Po wizycie udał się na stację dokującą, niestety tutaj ślad się urwał, mnóstwo podróżujących po układach, a sam sOB musiał podróżować pod zmienionym nazwiskiem.

Sam odbyłem podróż, aby osobiście znaleźć jakiś trop. Odwiedziłem kilka planet i stacji kosmicznych - bez rezultatu.


Czy udało Ci się ustalić coś odnośnie dokumentu, który przesłałem Ci ostatnim razem?


Pozdrawiam
Patrick


Od: Mat Adams
Do: Patrick Felisin
Temat: Brak tematu

Kopę lat Patrick!

Bo właśnie tak się czuję, jakby to nie miesiące minęły od naszej ostatniej "rozmowy", ale długie lata. Tyle się wydarzyło. Najpierw, z powodu rzekomych nadużyć i działania na szkodę instytucji, została wymówiona mi posada w Archiwum. Dzień wcześniej szefa odwiedziło dwóch smutnych panów w czarnych, skórzanych płaszczach, wnioski nasuwają się
same, komuś wysoko postawionemu nie spodobały się moje poczynania. Pytanie tylko komu?

Oczywiście, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, znalezienie nowej, legalnej pracy stało się niemożliwe. Pomimo najwyższych kwalifikacji wszędzie spotykałem się z odmową. Stało się dla mnie jasne, że stałem się persona non grata. Jakby tego było mało, pewnego dnia zorientowałem się, że jestem śledzony, a pewnego wieczoru, gdy wracałem do domu z przejeżdżającego samochodu ktoś wystrzelił do mnie serię z pistoletu maszynowego. Tylko cudem udało mi się uniknąć
śmierci.

Musiałem wynieść się z miasta. Zresztą i tak nie miałem tu żadnych dalszych perspektyw poza pracą na czarno na budowie. Ze względów bezpieczeństwa nie napiszę Ci dokąd się udałem. Ale traf chciał, że spotkałem tam znajomego z czasów młodości. Kiedyś był drobnym dilerem, a teraz jest jednym z ważniejszych członków Future Shock, zorganizowanej grupy zbrojnie walczącej z rządem. Zajmują się oni między różnymi, raczej niezgodnymi z prawem operacjami w przestrzeni
kosmicznej. Okazało się, że parę miesięcy temu zgłosił się do nich człowiek, rysopisem odpowiadający Gordonowi Outerbridge'owi. Nie wiem w jaki sposób jest on powiązany z Future Shock, ale wydaje mi się, że jest w tym środowisku dość wpływowy.

W każdym bądź razie, zapłacił on całkiem sporą sumkę za przelot naZelig-6 szlakami nieuczęszczanymi z dala od stacji kosmicznych i patroli. Na planecie spędzili zaledwie kilka dni. Ludzie, którzy byli tam z nim twierdzili, że nie robili tam nic poza "zwiedzaniem". Miasta pełne posągów, roślin, dziwnych napisów i wszystko to o czym dzięki raportowi i informacjom od Simona Templara już wiemy.

Po powrocie na Ziemię, Outerbridge zapowiedział, że jest zainteresowany kolejną wyprawą tym razem trwającą dłużej. Ma się skontaktować z Future Shock. Mój kumpel obiecał, że załatwi mi udział w ekspedycji, dzięki w końcu uda mi się skontaktować z Outerbridgem i uzyskać jakieś dalsze informacje.

Jak tylko uda mi się czegoś dowiedzieć, od razu dam Ci znać, Ciebie proszę o to samo.

Pozdrawiam,
Mat

czwartek, 17 lipca 2014

rozkminka o kojotach część pierwsza


BEHIND THE SCENES CZYLI O CO W OGÓLE CHODZI

Będzie to wpis poniekąd o książce, ale niewiele będzie miał wspólnego z recenzją. Więcej ze streszczeniem, więc jeśli ktoś chciałby kiedyś zapoznać się z tą pozycją, której okładkę widać powyżej, niech lepiej nie czyta dalszego ciągu rozkminki, bo będzie to jeden wielki spoiler.

Jakiś czas temu w namiocie z tanią książką nabyłem dwa tomy z serii Morgan Kane. Są to norweskie westerny (sic!) opowiadające o przygodach dzielnego szeryfa o tym imieniu. Postać dość stereotypowa, w jego roli widziałbym młodego Johna Wayne'a, sama fabuła (na razie przeczytałem jedną książeczkę) też nie jest specjalnie wymyślna, wystarczy spojrzeć na okładkę, by wiedzieć z czym mniej więcej będziemy mieli do czynienia, ale w żadnym wypadku mi to nie przeszkadzało.

Wynika to z tego, że jedną z rzeczy które najbardziej mnie odprężają, jest oglądanie westernów. Najlepiej tych starych, poprzedzających wszelkie rewolucje jakie spotkały ten gatunek. Charakterystyczny odcień technikoloru, miasteczko zagubione pośród bezmiaru prerii i pełen pozytywnych cech bohater, broniący mieszkańców wspomnianego miasteczka przed wszelkiej maści złymi ludźmi. Lub coś innego w tym guście.

"Coyoteros" idealnie się wpisuje w ten schemat, lektura była więc szybka i przyjemna, ale jak się okazało, przygoda z tą powieścią nie zakończyła się wraz z jej odstawieniem na półkę. Zdałem sobie bowiem sprawę, że jest to idealny materiał na sesję RPG, którą można rozegrać w systemie Deadlands, który jest jednym z moich ulubionych (prowadzę go już od ponad dekady). Nie przygotowywałem się zbyt gruntownie. Fabułę książki pamiętałem dość dobrze, na kartce A4 wypisałem nazwiska i najważniejsze sceny, ale jak się później okazało, na pierwszej sesji ani razu nie zajrzałem do owej ściągawki, a na drugiej może raz czy dwa.

Ze znalezieniem odpowiedniej ekipy nie było problemu i oto w weekend 5-6 lipca spotkaliśmy się dwukrotnie, by przenieść się na kilka godzin w świat Dziwnego Zachodu. Jako że nie zdołaliśmy rozegrać całej historii i nie wiadomo, kiedy uda nam się ponownie spotkać w tym samym gronie, sporządzam poniższy raport, byśmy nie zapomnieli o co w ogóle chodziło. A jeśli ktoś inny wyniesie z tego jakąś inspirację, to tym lepiej. Jak widać po dacie, całość spisywałem ze sporym opóźnieniem, mogły więc wkraść się tu jakieś nieścisłości, ale wydaje mi się, że ogólnie wszystko się zgadza.

SYTUACJA WYJŚCIOWA

Wszystko zaczyna się w Arizonie, nieopodal granicy z Meksykiem. Długa wojna z Indianami z plemienia Apaczów zakończyła się niespełna rok temu. Zebrała krwawe żniwo po obu stronach barykady, a zawarcie pokoju wymagało umiejętnych negocjacji i nie przyszło łatwo. Gdy wydawało się, że wszystko zmierza ku lepszemu, w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęły znikać dzieci. Średnio kilka w miesiącu, zarówno białe jak i indiańskie. Istnieje zagrożenie, że rozjuszeni tym faktem Apacze obwinią o to ogół białych i kruchy rozejm skończy się, zanim się zaczął. Mówi się, że dzieci są porywane i sprzedawane do Meksyku, jednak nie ma na to żadnych dowodów. Jakieś dwa miesiące temu w położonym blisko granicy miasteczku George Town w niewyjaśnionych okolicznościach został zastrzelony szeryf. Czyżby wpadł na jakiś trop i został uciszony?

BOHATEROWIE GRACZY

Scott - szeryf, który przybył do George Town na miejsce tragicznie zmarłego poprzednika. Ma dobre stosunki z Indianami, stara się studzić ich agresywne zapędy, jak najszybciej wyjaśnić całą sprawę i odnaleźć zaginione dzieci.

Mor - Texas Ranger przysłany przez swych zwierzchników w celu wyjaśnienia tajemniczych zniknięć. Postać z najdłuższym stażem, stworzona przez Szymona T. jeszcze w 2002(!).

Jack - rewolwerowiec, którego wynajął miejscowy bogacz Williams do odnalezienia swego zaginionego syna. Przed laty był przez chwilę zastępcą Scotta w innym mieście, z czego obaj panowie zdali sobie sprawę dopiero po pewnym czasie od ponownego spotkania.

Chris - żołnierz biorący udział w wojnie z Apaczami, zdezerterował na krótko przed zawarciem pokoju i musi się ukrywać. Podczas jego nieobecności, tajemniczy Meksykanin z wytatuowaną na szyi kobrą, zamordował jego rodzinę.

ROZDZIAŁ I

Pewnego poranka pod biuro szeryfa podjeżdża galopem zziajany zastępca Carl. Informuje Scotta o straszliwym znalezisku jakiego dokonał podczas porannego objazdu okolicy. W małym zagajniku leżącym przy szlaku prowadzącym do miasta, leżały zwłoki młodej Indianki. Szeryf natychmiast każe zastępcy, by ten zaprowadził go na miejsce zbrodni.

Tymczasem Mor jedzie w stronę George Town. Szlak prowadzi kamiennym płaskowyżem, słońce pali niemiłosiernie. W pewnym momencie dostrzega w dolinie strumyk i okalający go zagajnik. Postanawia zjechać tam, by odpocząć przez chwilę i ugasić pragnienie. Zostawia konia pomiędzy drzewami i wąską ścieżką wydeptaną wśród krzaków udaje się nad wodę. Tam odkrywa ciało zamordowanej, kilkunastoletniej Indianki. Z dziewczyny ktoś zerwał ubranie, została prawdopodobnie zgwałcona. Po krótkich poszukiwaniach Mor odnajduje leżącą nieopodal manierkę.

W tym samym momencie na płaskowyżu dochodzi do spotkania szeryfa prowadzonego przez zastępcę na miejsce zbrodni z Jackiem i Chrisem jadącymi do George Town (ci dwaj spotkali się chwilę wcześniej na szlaku). Scott każe zastępcy odeskortować ich do miasta i zatrzymać do wyjaśnienia. Sam zaś zjeżdża do zagajnika i widząc pozostawionego tam konia, podkrada się do strumyka i zaskakuje znajdującego się tam Mora. Eskortuje go do miasta, stamtąd zabiera swego drugiego zastępcę, doświadczonego tropiciela (nie pamiętam imienia) i znów wracają na miejsce.

Mor, Jack i Chris oczekują na nich w saloonie, uprzednio wynająwszy pokoje w hotelu. Posilają się, popijają whisky i wzajemnie wyciągają od siebie informacje o celu przybycia do George Town. Obserwują też pozostałych klientów. Oprócz licznych miejscowych, w najbardziej oddalonym punkcie sali siedzi trzech podejrzanych typków wyglądających na obeznanych z bronią zakapiorów. Dwóch starszych, pod czterdziestkę, a trzeci to zupełny młodzik niespełna osiemnastoletni. Nachylają się ku sobie nad stolikiem i szeptem prowadzą ożywioną dyskusję. Gdy zauważają, że siedzący przy sąsiednim stoliku BG próbują ich podsłuchać, natychmiast wychodzą z knajpy.

W tym czasie zastępca Scotta po gruntownej analizie licznych tropów stwierdza, że sprawców było najprawdopodobniej trzech, a jeden ich koni miał na podkowie charakterystyczny znak przypominający słońce. Ślady urywają się na kamiennym płaskowyżu i nie wiadomo dokąd udali się jeźdźcy. W tym momencie pojawia się grupa Indian poszukujących zaginionej dziewczyny. Scott rozmawia z ich dowódcą Lisem i prosi go, by ten dał mu czas na rozwiązanie sprawy. Indianin zgadza się i wyznacza dwóch wojowników, którzy mają towarzyszyć i pomagać szeryfowi. Reszta zabiera ciało i wraca na swe ziemie.

Gdy Scott dołącza do pozostałych w saloonie, ci opowiadają mu o trzech podejrzanych typach, którzy, jak zdążyli się już zorientować, wynajęli pokoje w tym samym co oni hotelu. Z inicjatywy Scotta drużyna udaje się najpierw do stajni, gdzie odnajdują konie tamtej trójki. Okazuje się, że jeden z nich ma na podkowie charakterystyczny symbol. W jukach zaś Jack odnajduje trochę złota i odręcznie narysowaną mapkę przedstawiającą trasę do jakiegoś miejsca wśród kanionów w pobliżu granicy. Bohaterowie dowiadują się w hotelu, że podejrzani przed chwilą wyszli. Drużyna idzie we wskazanym kierunku i dostrzega ich wychodzących z ratusza. Zastraszeni przez szeryfa kolesie (chyba nikt nawet nie zdążył wyciągnąć broni) poddają się i zostają aresztowani.

Po długim przesłuchaniu okazuje się, że gwałcicielem i mordercą był młodzik, a cała trójka przybyła do miasta na wezwanie burmistrza Franka Gallaghera, który zatrudnił ich do... odbioru porwanych dzieci w zaznaczonym na mapce punkcie i przewiezienie ich przez granicę. Płacił złotem. Scott mówi Indianom, by udali się do swoich i powiadomili wodza, że sprawca został ujęty. Drużyna natychmiast udaje się do ratusza. Scott i Jack wchodzą od frontu. Na parterze jest pusto, a w gabinecie na piętrze zastają otwarty, opróżniony sejf i jakieś papiery dopalające się w spluwaczce. Mor i Chris, którzy udali się na tyły budynku, zauważają oddalającego się cwałem jeźdźca. Mor jednym celnym strzałem zabija pod nim konia i już po chwili nieprzytomny burmistrz zostaje zakuty w kajdanki i przetransportowany do aresztu.

W czasie przesłuchania ujawnia, że zorganizował całą akcję na polecenie Meksykanina, który płacił za dzieciaki olbrzymie sumy w złocie. Nie jest w stanie powiedzieć o nim nic więcej, poza tym, że na szyi miał wytatuowaną kobrę. Szeryf wynajął ludzi, którzy krążyli niemal po całym stanie wypatrując łatwych do porwania dzieciaków. Meksykanin co jakiś czas przyjeżdżał do Gallaghera i gdy okazywało się, że zebrało się już przynajmniej kilka dzieciaków, organizowano przerzut. Porywacze przywozili je wozem w umówione miejsce nad granicą, gdzie przejmowali ich kolejni najemnicy, którzy mieli je przewieźć do Meksyku. Do tego celu zostali wynajęci trzej bandyci siedzący w areszcie, poprzedni bowiem zwinęli się po tym jak zastrzelili szeryfa, gdy wpadł na ich trop. Spodziewali się kłopotów. W Meksyku dzieciaki były odbierane, ale Gallagher nie ma pojęcia przez kogo. Płacono mu między innymi za to, że nie zadawał zbędnych pytań.

Bohaterowie postanawiają udać się na miejsce, gdzie podczas najbliższej nocy mają zostać dostarczone dzieci i odbić je z rąk porywaczy. Wcześniej jednak, po przybyciu wodza Apaczów, Scott organizuje szybką egzekucję młodzika. Oznajmia, że już niebawem wyjaśni się sprawa porwań i prosi wodza, by użyczył mu dziesięciu wojowników na nocną wyprawę. Na ich przybycie drużyna czeka aż do późnego wieczora, by następnie udać się nad granicę.

ROZDZIAŁ II

Gdy drużyna dociera we wskazane miejsce, porywacze już tam są. W jednym z najszerszych punktów kanionu stoi zaprzężony w dwa konie wóz, a obok przechadzają się trzej ludzie. Jak się później okaże, w wozie siedzi dowódca pilnujący dzieciaków. Po krótkiej potyczce dowódca zostaje pojmany, a jego pomocnicy zabici przez żądnych zemsty Indian. Troje dzieciaków ma po kilka lat i nie są w stanie udzielić żadnych przydatnych informacji; są przerażone. Drużyna decyduje się odwieźć je do miasta, a później podszyć się pod porywaczy i przejechać wozem przez granicę. Przesłuchanie dowódcy porywaczy nie daje nic poza potwierdzeniem zeznań Gallaghera. Dzieci zostają oddane pod opiekę miejscowej nauczycielki do czasu odnalezienia ich rodziców. Należy dodać, że wśród odnalezionych na wozie dzieciaków nie ma poszukiwanego przez Jacka syna Williamsa.

W ciągu dnia bohaterowie odpoczywają po nieprzespanej nocy, by już wieczorem znów ruszyć w kierunku granicy. Nocna podróż przez góry, kaniony i rozpadliny jest trudna i wyczerpująca, jednak już nad ranem drużynie udaje się dotrzeć do miejsca gdzie dostarczane były dzieci po meksykańskiej stronie. Jest to coś w rodzaju opuszczonej pasterskiej chaty. W środku nikogo nie ma, ale są ślady świadczące o tym, że były tu przetrzymywane dzieci. Bohaterowie postanawiają zaczekać. Po jakimś czasie z południa przybywa pięciu jeźdźców, którzy podjeżdżają w pobliże chaty. Chris i Jack ukrywają się w chacie z bronią gotową do strzału, zaś Scott i Jack udając porywaczy pozyskują zaufanie przybyłych i skłaniają ich, by podeszli bliżej. Jest to dwóch Meksykanów, dwóch metysów i Indianin. Dochodzi do walki, podczas której ginie czterech bandytów, a piąty zostaje pojmany żywcem, celem wydobycia od niego informacji.

CDN

piątek, 15 listopada 2013

rozkminka o falkonie

Tydzień mija od rozpoczęcia tegorocznego Falkonu, można więc z perspektywy czasu opisać i ocenić to wydarzenie z całą subiektywnością na jaką mnie stać. Był to trzeci konwent w mojej karierze i chyba bawiłem się na nim najlepiej. Nie wiem jak duży wpływ na to miał fakt, że był to mój pierwszy konwent nie w Warszawie. Co wygenerowało jedną tylko istotną niedogodność, mianowicie z mojej wsi brak jakichkolwiek połączeń z Lublinem i trzeba kombinować na około. Jak zacząłem kombinować to koniec końców wyszło na to, że musiałem zrywać się o 5.30, przesiadać się w Białymstoku, a już na miejscu drałować z dworca PKS (podobno najbrzydszy w Polsce, nie mam zbyt wielkiego porównania, ale jestem w stanie w to uwierzyć) do punktu docelowego jakim były Targi Lublin. Tam spotkanie z moim ziomkiem Jasiszem i błyskawiczna akredytacja. W tym momencie poczułem, że wszystko idzie ku lepszemu, bo w pamięci miałem Polcon. Co prawda na rozpoczęcie jakichkolwiek punktów programowych i otwarcie szkoły z miejscami noclegowymi musieliśmy czekać jeszcze ponad dwie godziny, ale szatnia działała sprawnie, można było zostawić graty i przejść się na Stare Miasto. Które jest zresztą zajebiste, takie stare i takie miejskie. Dzięki temu, że byliśmy w pierwszej grupie która hurmem wdarła się do noclegowni, byliśmy w tej luksusowej sytuacji, że wszystko było blisko (dworzec PKP, Biedronka) i w tej kwestii zero stresów.

Piątek to spotkanie z Pilipiukiem i prelekcja Krzysztofa Piskorskiego "Szaleni naukowcy, szalone teorie". Potem włóczenie się po terenie konwentu, zamuła i wstępne ustawianie się na sesję w ramach Orient Expressu.

Sobota to spotkanie autorskie z Piskorskim. Sesja w norweski system indie "Itras By" - nieźle odjechany setting w klimacie surrealistycznego noir w mieście ze snu. MG odwalił kawał dobrej roboty bardzo plastycznie oddając realia świata i wyszła z tego niezła historia z ładnie podsumowującym wszystko epilogiem. Tylko mechanika wydała mi się dość pretekstowa, ale może musiałbym jeszcze przynajmniej raz zagrać, by to należycie ocenić. Potem spotkanie z kolesiem prowadzącym warsztaty dla scenarzystów, kompletnie nie pamiętam o czym była mowa, ale pamiętam, że było dość ciekawie. Potem przyhaczyliśmy o games room, by następnie udać się na spotkanie z Komudą. Jak dotąd dwa na trzy spotkania były z pisarzami, którymi średnio się jaram, zastanawiam się czy to z mojej strony jakaś podświadoma forma masochizmu? No ale potem było spotkanie, którym ostro się zajarałem i siedziałem jak urzeczony. Wiedziałem już wcześniej, że gościem specjalnym konwentu będzie Kevin J. Anderson i choć niewiele mi to nazwisko mówiło, to gdzieś z tyłu głowy zaświeciła się lampka z napisem "STAR WARS". Sięgnąłem na półkę i rzeczywiście miałem tam jedną pozycję sygnowaną tym nazwiskiem, z tym że był to zbiór opowiadań, którego był "tylko" inicjatorem, jego opowiadanie było tam jedno. Ale sam zbiór, a chodzi oczywiście o "Opowieści z kantyny Mos Eisley" był książką, którą naprawdę się jarałem za dzieciaka. Gdy po raz pierwszy oglądałem "Nową nadzieję" zajebiście spodobała mi się knajpa zaprezentowana widzom w krótkiej dość scenie. Gdy więc dowiedziałem się, że każdej pojawiającej się tam nawet przez sekundę postaci poświęcono opowiadanie, łyknąłem to jak młody pelikan. Jak tak teraz na to patrzę, dochodzę do wniosku, że zawsze jarałem się klimatami tanich spelun i drobnych przestępców. Piętnaście lat temu czytałem opowieści z kantyny, teraz czytam opowiadania Marka Nowakowskiego, na jedno wychodzi. Trochę mi było wstyd, że poza tym nie znałem ŻADNEJ książki przemiłego pana Andersona, ale mam zamiar to nadrobić, zwłaszcza że opis jednej bardzo mnie zainteresował. Chodzi o "Hellhole", opowieść o zniszczonej planecie na którą zsyłani są więźniowie, ale znajdziemy tam też wszelkiej maści desperatów o przeróżnych motywacjach. W pewnych aspektach przypominało mi to "Następnego do raju" Hłaski w kosmosie. Na pewno po to sięgnę prędzej czy później. Po spotkaniu poprosiłem o autograf na "Opowieściach", sytuacja bez precedensu. Na dobranoc była jeszcze rozgrywka w Opowieśći z karczmy i Untill We Sink.

Niedziela to prelekcja o tworzeniu postaci, która dość szybko przerodziła się w dyskusję o odwiecznym konflikcie na linii MG-gracz, dyskusję która się przeciągnęła i była kontynuowana na korytarzu, ale i tak była jałowa, moim skromnym zdaniem. Potem byłem na spotkaniu z Grzędowiczem, którego to autora żadnej książki jak dotąd nie czytałem, ale trzeba było jakoś spędzić wolną godzinkę. Potem kolejne spotkanie z Andersonem, tym razem z panią tłumacz, nie miałem dość po poprzednim. Potem kolejna zajebista prelekcja Piskorskiego, tym razem "Z archiwów podboju kosmosu". Każdemu kto będzie miał okazję, szczerze polecam prelekcje tego pana. Książki oczywiście też, choć sam jak dotąd czytałem tylko "Zadrę", ale nie mam powodów by wątpić, że pozostałe są równie dobre. Potem był obiad w knajpie o nazwie Giuseppe, a potem sam już nie wiem, oglądanie jakichś przebieranek na scenie, jedno to był cosplay i było coś jeszcze, ale nie pamiętam pod jakim szyldem. W międzyczasie bardzo ciekawa prelekcja "Gra w kulturę" gdzie prelegent ukazywał analogie między współczesną popkulturą, a mitami opowiadanymi przed wynalezieniem pisma. Wszystko wyłożone z tołkiem, którego zabrakłoby gdybym usiłował rozkminkę tę dokładniej przytoczyć. Na koniec zaliczyłem warsztaty literackie, podczas których z panem Jasiszem rozkminiliśmy pewien długoterminowy zakład, o którym nie będę się rozpisywał, bo czuję że przegram. Żałuję, że w niedzielę zamuliliśmy jeśli chodzi o sesje, bardzo chciałem wypróbować Durance, no ale wyszło jak wyszło.

Poniedziałek to końcówka, z samego rana kupno biletów, potem prelekcja o podziale władzy w rpg, a na finał "Seks w polskiej literaturze fantastycznej" - panel sprowadzający się do niczego więcej jak, nomen omen, pierdolenia o dupie Maryny czy kogoś tam, niestety. Później powrót przez opętaną "patriotycznym" szałem Warszawę, gdzie dopadło mnie takie zmęczenie, że nawet stać nie miałem siły i wiem już jak musi się czuć kutas impotenta. Ogólnie było zajebiście, może tylko warunki noclegowe nie były zbyt komfortowe, ale z każdą nocą człowiek się coraz bardziej przyzwyczajał więc nie ma co płakać. Mogłem co prawda w stolicy na trochę się zatrzymać, może coś by się jeszcze rozegrało, ale chuj tam.

A na lubelskim dworcu w poniedziałek Okoliczny Element stał, wtf?

piątek, 16 sierpnia 2013

deadlandsowa kampania sobka sesja 2

Na ranczo McKenzy'ego dotarłem na miłym rauszu. Odprawiłem woźnicę, mówiąc mu, by przyjechał po mnie wieczorem. Pomyślałem sobie, że od południa do zmroku sprawę powinienem załatwić, a jeśli nie, to lepiej się stąd wynosić. Przy bramie przywitał mnie jakiś przydupas, później poznałem jego imię - Mark. Robił mi trudności, ale w końcu przekonałem go, by zaprowadził mnie do swego szefa. Po drodze przydybałem pokojówkę, prosząc ją, by przyniosła mi jakieś chlańsko. Przyniosła mi jakiegoś markowego sikacza, nie cierpię tych jaśniepańskich wymysłów, ani się tym upić, ani co. Ale darowanemu koniowi, et tecera. McKenzie na początku wywarł na mnie dobre wrażenie, pozory mylą, ale o tym później. Odpowiedział na wszystkie pytania, zreferował sprawę tajemniczych zniknięć, okazuje się, że najpierw zaczęło znikać bydło, później zniknęło dwóch przydupasów McKenzy'ego, a później szeryf, który sprawę miał wyjaśnić. Ten szeryf co to po nim ręka została, nie ten co mi się rano w Clown Town pod nogami pałętał. Myślę sobie jak tu z tej sprawy najłatwiej się wymigać i widzę, że co jak co, ale na miejsce zajścia muszę się wybrać, żeby w razie czego ranczer nie zeznał potem, że olałem sprawę. Poprosiłem o konia i przewodnika, na tego ostatniego został wyznaczony spotkany przy bramie Mark. W chwili gdy staliśmy przy koniach i omawialiśmy kwestie ekwipunku, zobaczyłem typka wchodzącego do jakiejś kanciapy. Poznałem go od razu, jeden z tych "dżentelmenów" z którymi mieliśmy zatarg w saloonie. Pobiegłem za nim, kątem oka zauważyłem podjeżdżającego do rancza szeryfa z jakimś kolesiem. Czym prędzej wszedłem do budynku, by załatwić sprawę i wtedy się zaczęło. Wyciągnąłem gnata i wycelowałem w marudera, mówiąc, że jest aresztowany. Sięgnął po gnata, chciałem mu go wystrzelić z ręki i z pewnością by mi się to udało gdyby nie pieprzony szeryf, który właśnie wszedł i podbił mi rękę. Wkurwiłem się, człowiek się stara, a jakieś leszcze mu szczają do butów. Wyszedłem, zamknąłem drzwi i słuchałem strzałów dochodzących ze środka. Na zewnątrz zaraz zrobiło się zbiegowisko, przyleciał McKenzie i chcieli nas zlinczować, a ja nawet się tym nie przejąłem tak mi się chciało pić. Nagle jak spod ziemi zjawił klecha wielki jak stodoła. A razem z nim zakonnica chuda jak wyschnięty badyl. Ksiądz wstawił taką gadkę, że choć akcent miał gorszy od meksów, wszystkim opadły szczeny i puścili nas wolno, pod warunkiem, że wyjaśnimy sprawę zniknięć. Dali nam nawet dwóch kolesi do towarzystwa (w tym Mark), na oko straszne łamagi, ale z doświadczenia wiem, że jak na pustkowiu skończy się prowiant to dobrzy i tacy. Ruszyliśmy w drogę, zrobiło mi się trochę słodko-gorzko, ale ksiądz poczęstował mnie winem, którym się trochę poleczyłem. Gdy przybyliśmy na miejsce odkupiłem od Marka dużą butlę whisky. Przyssałem się do niej jak do cycka mamuśki i od tej pory niewiele pamiętam. Las, ciemność rozświetlane słabym blaskiem ogniska, wrzaski, krzyki, strzały. Rano okazało się, że Mark i jego kumpel gdzieś zniknęli, a reszta opowiadała, że napadła nas jakaś bestia, Scott (ten kumpel szeryfa) ją wykończył, a ja uratowałem życie księdzu. Zastanawiam sie teraz jak to ładnie ująć w raporcie, żeby trzymało się kupy. Bestia nad ranem była już kupką popiołu, więc w przynajmniej kwestii muszę użyć wyobraźni.

niedziela, 11 sierpnia 2013

deadlandsowa kampania sobka sesja 1

Zawitałem do kampanii toczącej się od jakichś 2-3 sesji. Wpadliśmy na genialny pomysł, że każdy będzie spisywał wydarzenia z perspektywy swojej postaci. Oto wspomnienia Asha Crabtree, podstarzałego Texas Rangera, weterana wojen z Meksykiem, Indianami i Secesyjnej, nałogowego (choć to za słabe określenie) alkoholika

Jakieś dwa dni drogi przed Clown Town wychlałem ostatnie krople whisky. Reszta drogi o suchym pysku, powtórka ze zbyt dobrze znanego koszmaru. Delirka tak mną telepała, że ledwo mogłem utrzymać się na koniu. Prawdę mówiąc nie pamiętam jak przyjechałem do miasta. Stoję przy barze i jednym łykiem obalam jakąś połowę zawartości litrowej butelki. Uf, co za ulga... Co ja tu właściwie robię? Powoli skrawki wspomnień układają się w miarę logiczną całość. Przysłali mnie wyznaczając dwa zadania. Pierwsze to zgłosić się do saloonu (zajeżdża ironią losu) i odebrać od barmana jakąś skrzynkę. Później przywieźć ją do centrali. Ale wcześniej zadanie numer dwa: w mieście w tajemniczych okolicznościach znikają ludzie i mam to wyjaśnić. Pierwsze zadanie jest z gatunku tych, które od biedy lubię. Zrobić to, to i to, bez wydziwiania. Drugie należy do tych, które nazywam kurewskimi, choć zbyt rzadko jak na mój gust mają związek z tymi miłymi paniami. Myśleć, kombinować... Już teraz wiem, że po prostu narąbię się jak drwal i w pijanym widzie narozrabiam licząc na łut szczęścia i uśmiech losu. Odrywam w końcu usta od butelki, wreszcie czuję, że żyję. Ejże, ktoś chyba wypowiedział moje imię, odwracam się. Szeryf, morda jakby znajoma. Siedzi przy stole, a na stole metalowa skrzynka. Nie trzeba geniusza, którym na pewno nie jestem, by odgadnąć, że to zadanie numer jeden. Wdaję się gadkę z szeryfem, z którym chyba się znamy, mówi, że oddaje mi skrzynkę i swój dług wobec nas uznaje za spłacony. Nie wiem o co chodzi, na wszelki wypadek traktuję go z góry. Zauważam, że skrzynka jest otwarta, zaglądam do niej, bagatela, jakieś 20000 baksów w złocie. Koleś zaczyna się tłumaczyć, dlaczego skrzynka jest otwarta, próbuje opowiedzieć mi historię swego życia, ale ja czuję już ten znajomy szum w głowie i mam wszystko w dupie. Jack, barman i mój kumpel z dawnych lat podchodzi do nas i coś mówi. Nagle do mojej świadomości brutalnie wdziera się tętent kopyt na zewnątrz. Z szeryfem chwytamy skrzynkę i niesiemy ja na zaplecze. Słyszymy jak jakaś banda włazi do saloonu. Nie będę się chował po kątach, otwieram drzwi, pierwsze co widzę to jankeskie mundury, część z nowoprzybyłych to chyba jacyś maruderzy. Odruchowo zdejmuję z głowy kapelusz z odznaką i rzucam go za siebie. Chlubię się swą odwagą, ale samobójcą nie jestem. Banda nie wpadła tu na martini, przeszukują metodycznie całą knajpę, myślę sobie, że nie minie dużo czasu jak znajdą skrzynkę (czego innego mieliby szukać), trzeba działać. Gdy przechodzę przez bar coś mi odbija i każę im wznieść wraz ze mną toast za Unię. Na swoje nieszczęście wyrzucają mnie za drzwi. Z butelki, której ani przez chwilę nie wypuściłem z ręki konstruuję bombę zapalającą, biorę dubeltówkę, a po chwili zaczyna się strzelanina. Ich dziesięciu kontra ja i szeryf, Jackowi tak obili mordę, że leży na podłodze i kwili. Wygarniam z dubeltówki do trzech typów, potem wzniecam pożar moją bombką, w obliczu takiej przewagi nie ma co się szczypać, jeszcze jednego bandziora rozwalam z colta. Urywa mi się na chwilę film, bandyci chyba zwiali, mój koń też, świadomość mi wraca gdy stoję przy koniu szeryfa, a szeryf okłada mnie kolbą. Chce mnie zakuć w kajdanki, ale nagle zaczyna wrzeszczeć "złodziej, ukradł skrzynkę" i rzuca się w pogoń. Ja w tłumie, który właśnie skończył gasić sąsiadujące z saloonem biuro szeryfa (saloon można uznać za niebyły) dostrzegam burmistrza i staram się przekabacić go na swoją stronę. Szeryf wraca ze skrzynką rozwaloną w drobny mak, zaczynają się kłócić z burmistrzem co z nią zrobić. Staram się wtrącać mądre uwagi, ale niezbyt mi to wychodzi. W końcu oddają mi skrzynkę, ale zarówno szeryf jak i burmistrz są na mnie wkurwieni i każą mi wynosić się z miasta. A przecież mam jeszcze jedno zadanie... W tłumie znajduję woźnicę, który za drobną opłatą zgadza się mnie wywieźć z miasta. Pytam go o tajemnicze zniknięcia, okazuje się, że jedną z ofiar był POPRZEDNI szeryf, została z niego tylko ręka. Obecny szeryf funkcję swą piastuje od jakichś dwóch dni. Warte odnotowania, choć sam nie wiem na cholerę. Woźnica mówi, że więcej informacji mogę zdobyć na ranczu niejakiego McKenzie. Cóż, w mieście i tak nie mam póki co czego szukać. Jedziemy na ranczo, po drodze zakopuję złoto w pobliskim lesie, w tylko sobie znanym miejscu, sporządzam też plan, który tylko ja dam radę odczytać (mam nadzieję). Żeby tylko na ranczu nie żałowali mi alkoholu, bo znowu nic nie mam ze sobą, a czuję, że trzeźwieję.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Tak widział naszą sesję... jasisz

Refleksja Szymona dotycząca sesji, którą prowadzilismy wspólnie, jak wynika z moich dzienników dnia 31.10.2011.

W okolicy Wszystkich Świętych udało się w końcu szczęśliwie zebrać pół starej ekipy i ekipę nową i zagrać. I to aż dwa razy! A z czasem coraz ciężej niestety. Mam jednak zamiar opowiedzieć tylko o drugiej sesji. Dlaczego? Może zabrzmi to nieskromnie, ale była zwyczajnie ciekawa. I sami gracze tak mówili, także mówię to z czystym sumieniem.
Pomysł był Mateusza i opierał się o książkę, którą ostatnio czytał - „Wytropić Eichmanna”. Warto wyguglać, ba! nawet przeczytać. Eichmann był nazistowskim zbrodniarzem wojennym, jednym z tych, którzy ukryli się w Argentynie. Przypadkowo wytropiony po kilkunastu latach, a żeby go przechwycić wysłana została grupa izraelskich agentów.

Prowadziliśmy we dwóch, mieliśmy czterech graczy, którzy na samym początku musieli wybrać spośród siebie dowódcę. Sytuacja analogiczna – nazistowski zbrodniarz, agenci (acz niekoniecznie izraelscy), nielegalna akcja przechwycenia zbrodniarza. Rzecz dzieje się w trakcie mistrzostw świata w piłce nożnej. Gracze wiedzą tyle, że mają się na miejscu zorganizować, pojmać zbrodniarza i wywieźć z Argentyny podstawionym za dwa tygodnie samolotem. Dysponują jedynie gotówką, umiejętnościami, wyrytymi w pamięci zdjęciami zbrodniarza i mało efektywnym kanałem komunikacji ze swoimi mocodawcami (czytaj: karteczka pod umówionym śmietnikiem w parku, odpowiedź najwcześniej na drugi dzień).
Na samym początku gracze wylosowali swoje przykrywki spośród gotowych „fałszywych tożsamości” - imię i nazwisko, krótki opis w stylu „francuski dziennikarz”. Realia historyczne i kulturowe były dość rozluźnione, aby nikt się nie czuł poszkodowany przez słabą ich znajomość. Graliśmy na kaduFATE, a gracze uzupełniali swoje zawody i atrybuty w czasie gry. Niegłupio to wyszło, zaraz (w miarę potrzeb) się okazało, że dziennikarz jest fałszerzem, ktoś inny chemikiem, a ktoś byłym żołnierzem.

Nie chcę tutaj opisywać dokładnego przebiegu sesji, a tylko pokazać pomysły, które wykorzystaliśmy. Po pierwsze – mieliśmy od początku gotowy plan dnia całej rodziny zbrodniarza, łącznie ze wszystkimi odstępstwami od jego reguł (np. tego dnia ktoś jedzie z psem do weterynarza, tego spóźnia się z pracy, a tego idzie na mecz) i dużo innych szczegółów. Dzięki czemu my nie czuliśmy się chamsko, kiedy w dniu zaplanowanej akcji „coś wypadło”, a gracze nie czuli się oszukani. Od początku ostentacyjnie pokazywaliśmy, że wszystko mamy napisane i uzgodnione – co nie było do końca zgodne z prawdą, ale takie chcieliśmy sprawiać wrażenie. Do tego stopnia, że kiedy przy przygotowanej wcześniej mapce okolicy gracz spytał „A gdzie są linie energetyczne?” - narysowałem je bez sekundy zastanowienia, jak gdyby to od dawien dawna było to w naszym planie (ta, było...).
Poza tym ważna sprawa – gotowe „sytuacje-straszaki”. Spotkanie z miejscowymi kibicami, dwóch policjantów przysiadających się w barze, albo koleś robiący zdjęcia jednej z postaci, czy tez upierający się w hotelu „Ja skądś pana znam!”. Właśnie po to, żeby wprowadzić taki klimat podejrzliwości wobec każdego, sądzę że się udało. Poza tym nie przeszkadzaliśmy jakoś specjalnie, żadna z tych sytuacji nie miała większych konsekwencji.
Piętnowaliśmy jednak lekkomyślność - nieprzemyślany krok musiał mieć jakieś większe lub mniejsze efekty. I tu już nie tylko „sytuacje-straszaki”, ale też poważniejsze konsekwencje, które mogły zniweczyć cały plan. A z drugiej strony, kiedy gracz się przykładowo przyłożył do sfałszowania paszportu, uzyskania fałszywej licencji na broń... w sklepie dali mu ją właściwie bez zaglądania w dokumenty.

Co zrobiliśmy źle? Daliśmy za dużo czasu. Dwa tygodnie to za długo, byłoby w sam raz na dwie sesje. Pod koniec musieliśmy znacząco przyspieszyć, gubiąc tym samym mnóstwo z ciekawego finału, który był jedynie szczątkowy. Także jeżeli ktoś by próbował ten sam pomysł – radzę tydzień, albo dwie sesje.
Nie użyliśmy też pomysłu z flashbackami, który na pewnym etapie miał być obecny. Kiedy gracz wpisywałby sobie jakiś zawód albo atrybut – odgrywana byłaby krótka scenka z jego poprzednich akcji jako agenta, może z młodości, z czasów wojny. Rzecz warta rozważenia, choć akurat w naszym przypadku byłoby już za dużo suspensu w grze, bo graczy mieliśmy dość ostrożnych i planujących.


Od siebie nie mam do dodania zbyt wiele, Szymon wypunktowal większosć naszych poważniejszych blędów. Gracze mieli zbyt wiele czasu, informacje na temat schematu dnia celu mogly być zdobyte wczesniej przez innych szpiegow, do graczy moglo należeć jedynie jego schwytanie. Gracze mogli kontaktować się z centralą, ale w drugą stronę to nie dzialalo, żenada. No i final byl trochę lipny, to akurat jest mój znak firmowy, choc z drugiej strony graczom chyba się to podobalo, że nie byl widowiskowy i pelen nieoczekiwanych twistów, tylko proste "udalo wam się", to bylo takie docenienie ich rozkminek. Ogólnie wymyslanie i prowadzenie sesji w duecie jest zajebistym patentem. Mati pozdrawia wszystkich, pis jou!

deadlands raport 10

10. Gdy wejdziesz między roboli...



Posse: Luke Bentley (Potop), Edward Obrzynoręki (Treblo) z trzema karłami, Jeffrey Griffin (BN)




Drużyna od dwóch dni podąża tropem ludzi Greka, korzystając z mapy z zaznaczonymi miastami w których mogli się zatrzymać. Pierwszym takim przystankiem jest Allentown. Bentleyowi coś świta, że jest to osada robotników. Gdy zbliżają się już do celu, natykają się na wóz eskortowany przez grupę żołnierzy. Woźnice kończą właśnie naprawę awarii jakiej uległ wóz, żołnierze niespokojnie rozglądają się wokół, na widok bohaterów sięgają po broń. Uspokojeni pokojowym nastawieniem posse wdają się z nimi w krótką pogawędkę. Mówią, że jadą do fabryki nieopodal osady. Po chwili z osady przyjeżdża ich dowódca-cywil (na jego widok Griffin zrobił się niespokojny, zasłonił ręką twarz itp), rozmawia chwilę z bohaterami, życzy im miłego pobytu w osadzie. Posse odjeżdża, Griffin zwierza się towarzyszom, że rozpoznał owego dowódcę, przed dziesięciu laty brali udział w tej samej bitwie, z tym że po przeciwnych stronach. Strzelali do siebie, Griffin zapamiętał jego twarz i jest pewien, że on zapamiętał jego. Mówi więc, że powinni sprawy w Allentown załatwić szybko i dyskretnie. Pozostali mu przytakują i posse wjeżdża do osady.

Edward, karły i Griffin udają się do saloonu gdzie zaczynają pić i wypytywać barmana o Greka i jego ludzi. Bentley zaś z tymi samymi pytaniami udaje się do szeryfa. Ten oczywiście nic nie wie, ale obiecuje pomoc w razie czego. Wychodząc od szeryfa Bentley widzi w oddali eskortowany przez żołnierzy wóz, który omija osadę i jedzie dalej w kierunku zachodnim. Bentley jedzie za nim i tym samym poznaje lokalizację fabryki. Później dołącza do przyjaciół w saloonie.

Pod wieczór do saloonu zaczynają przybywać kolejni robotnicy zmęczeni całodzienną pracą w fabryce. Robi się tłoczno, Edward wysyła karły, by rozpytywały ludzi o Greka. Bentley, Edwar i Griffin zaczynają rozmawiać z robotnikami siedzącymi przy sąsiednim stoliku. Okazuje sie, że przed dwoma tygodniami do ich fabryki w której produkują maszyny rolnicze, przybył oddział wojska, dwudziestu robotnikom zaoferowali o wiele lepiej płatną pracę pod warunkiem, że nie będą opuszczać terenu fabryki. Od tej pory pozostali robotnicy ich nie widzieli.

W pewnym momencie Bentleyowi wydaje się, że słyszał strzał. Nie jest tego pewien, bo w saloonie panuje okropny zgiełk. Wychodzi więc na zewnątrz, by po chwili ujrzeć jedego z karłów, który nadbiega śmiertelnie przerażony wrzeszcząc "strzelali do nas". Bentley, Edward i Griffin prowadzeni przez karła idą na miejsce zdarzenia. Jest to boczna uliczka oddalona od centrum osady. Leżą na nich ciała dwóch karłów. Edward wysyła karła, by sprowadził szeryfa. Ten nadchodzi i przesłuchuje właściciela stajni tj. budynku sąsiadującego z uliczką. Mówi on, że nic nie wiedział, nic nie słyszał. Szeryf idzie szukać ewentualnych świadków, a w tym czasie posse przeprowadza swoje przesłuchanie, nie dowiadują się jednak niczego więcej. Gdy wracają do saloonu, szeryf mówi im, że jakaś kobieta widziała podejrzanych osobników w pobliżu sklepu pana Hawthorne'a, jednak i ten trop prowadzi donikąd.

Posse spędza noc w hotelu. Rano widzą jak tłumy robotników podążają do fabryki. Bentley i Edward postanawiają wmieszać się w tłum i dowiedzieć się co tak naprawdę dzieje się w fabryce. Griffin (który obawia się zdemakowania) i karzeł mają pogadać z Hawthornem i poszukać jakichś wskazówek gdzie są ludzie Greka. Gdy Bentley i Edward dochodzą do bramy okazuje się, że każdy wchodzący robotnik musi okazać przepustkę i poddać się przeszukaniu. Bentley kitra derringera w bucie i za 100$ kupuje przepustkę (sprzedający mu ją robotnik wspomina coś o jakimś angielskim dziennikarzu, który był tu jakiś czas temu, węszył i miał z tego tytułu kłopoty - DOŚĆ ISTOTNY WĄTEK WBREW POZOROM, A MÓGŁ UMKNĄĆ) i dostaje się w ten sposób na teren fabryki. Edward opowiada łzawą historię o chorej matce, błaga o pracę, albowiem potrzebuje pieniędzy na leki. Strażnik lituje się nad nim i wypisuje mu przepustkę. Edward dołącza do Bentleya na hali produkcyjnej.

Jednak zanim to nastąpiło, Bentley wśród robotników zauważa nie kogo innego jak... Maxa Newbolda, prawą rękę Greka. Postanawia grać w otwarte karty i wdaje się z nim w rozmowę. Newbold mówi, że nie ma już nic wspólnego z Grekiem, ustatkował się znalazł pracę itp. Bentley zostawia go w spokoju i razem z Bentleyem zaczynają zwiedzać fabrykę. Odkrywają w jej opustoszałej części schody prowadzące do piwnicy i znajdujące się tam drzwi strzeżone przez dwóch żołnierzy. Bohaterowie snują się po fabryce czekając na fajrant.

Gdy wycie syreny obwieszcza koniec pracy na dziś, Bentley śledzi Newbolda, a Edward udaje się do podziemi. Bentley traci Newbolda z oczu wraca więc na halę i usiłuje go odnaleźć. Edward jest świadkiem jak drzwi się otwierają, wychodzi dwudziestu robotników, którzy eskortowani są do wyjścia przez żołnierzy, którzy stali na warcie. Następnie Edward jest świadkiem jak z cienia wychodzi jakaś postać, podkrada się do drzwi i usiłuje otworzyć je wytrychem. Gdy jej się to udaje, Edward przystępuje do ataku (uzbrojony w prowizoryczną broń jaką są ostrza od brony).

Przeciwnik trafia go z derringera, a następnie barykaduje się w pomieszczeniu od środka. Edward postanawia przyczaić się w ciemnościach i dopaść gościa gdy będzie wracał. W tym momencie do podziemi schodzi Bentley, który wcześniej śledził robotników i ich eskortę i wie, że do podziemi wyruszyła zmiana warty. Gdy słyszą strzały dochodzące ze środka, postanawiają sforsować drzwi, udaje się to Edwardowi. Wchodzą na salę produkcyjną pełną części jakichś dziwnych machin. W ciemnościach nie zauważają, że napastnik przekrada sie za ich plecami i uchodzi z podziemi.

Na końcu hali są drzwi do niewielkiego pomieszczenia przypominającego pracownię, stoły kreślarskie, specjalistyczna literatura, kilka kartek z projektami walającymi się tu i ówdzie (wygląda na to, że większość papierów została skradziona), aha byłbym zapomniał jeszcze trup leżący koło biurka, starzec w białym kitlu (jeden z robotników mówił wcześniej o naukowcu, który przybył wraz z żołnierzami) z dziurą od kuli rewolwerowej między oczami. Bohaterowie przywłaszczają sobie pozostałe papiery i postanawiają się wynosić.

Gdy wychodzą z podziemi i są już na hali, słyszą kroki nadchodzących żołnierzy, kitrają się w jakimś kącie. Gdy żołnierze odchodzą, bohaterowie widzą przed sobą postać, która opuszcza swą kryjówkę i biegnie do wyjścia. Bohaterowie rzucają się w pogoń, Bentley zostaje w tyle. Uciekinier opuszcza halę i zaczyna się skradać między budynkami chcąc uniknąć zauważenia przez żołnierzy patrolujących dziedziniec. Edward postanawia postawić wszystko na jedna kartę i rzuca się na niego. Strażnicy go nie zauważają, ale Edward się przewraca, jego cel ucieka dalej. Bentley biegnie za nim zostaje jednak zauważony przez strażników, którzy każą mu się zatrzymać, a gdy tego nie robi otwierają ogień. Tajemniczy uciekinier dobiega do muru przez który przerzucona jest lina. Zaczyna się wspinać, a Edward za nim. Bentley oddaje dwa strzały z Derringera, ale nie trafia, a za chwilę zostaje schwytany przez żołnierzy. Uciekinier zeskakuje z muru, Edward za nim ale upadek powoduje szok. Widzi tylko, kilku jeźdźców, którzy z luźnym koniem czekali na osobę którą ścigał.

Gdy jeźdźcy odjeżdżają, z pobliskich krzaczorów wyjeżdżają Griffin i karzeł. Griffin pyta "co tam się stało?", a następnie każe Edwardowi usiąść z nim na koniu i ruszają w pogoń. Bentley zaś zostaje osadzony w areszcie i łatwo się z tego pewnie nie wywinie.

-----------------------------------------------------------

moja ocena sesji w skali filmwebowej 6/10

Wart odnotowania jest fakt, że Potop, który nalegał, by sesja odbyła się możliwie jak najwcześniej spóźnił się pótorej godziny.

piątek, 23 września 2011

Tak widział moją sesję... Treblo

Prowadziłem Treblosowi solówkę w Monastyr podczas której zginęła jego postać i bodajże pięciu jej sojuszników. W czasie finałowej walki w podziemiach (podczas której demon rozprawił się nędznymi śmiertelnikami) dołączył do nas Pat, chciał stworzyć sobie postać. Sesja skończyła się tak jak skończyła, więc koniec końców dwóch graczy zaczęło tworzyć sobie nowe postacie. Pat miał niezwykłego farta podczas rzutów na cechy, wyszła mu więc wykokszona postać, którą chciał jak najszybciej przetestować w warunkach bojowych. Męczył mnie żebym coś poprowadził, więc na podstawie Tajemnic obu postaci poprowadziłem coś w rodzaju improwizowanego preludium. A może godzinę czy dwie po zakończeniu sesji, Treblo przysłał mi pierwszy rozdział pamiętników swojej postaci, który znalazłem właśnie szukając czegoś zupełnie innego na starej płycie podpisanej "RPG" i niniejszym tu zamieszczam z nadzieją, że nie zostanę pozwany o naruszenie praw autorskich czy coś. W samym tekście nie dokonałem żadnych zmian, wyjaśnię tylko o co chodzi z pojawiającym się na samym początku "Aldorem". Treblo po prostu źle usłyszał nazwę Valdor, ale i tak ma to niewielkie znaczenie, bo przygoda miała miejsce w Agarii.

MONASTYR
Kawaler Felix Palmyr – Spis Opowieści

Ojciec wyprawił mnie do odległego o wiele kilometrów Aldoru, w celu ocenienia wartości posiadłości, wiosek, gorzelni i temu podobnych włości rodziny de Sko. Prócz tego, mój rodzic chciał prawdopodobnie sprawdzić czy nadaję się do utrzymywania się w rodzinnym biznesie. Jak powszechnie wiadomo obywatele Ligi są handlarzami, kupcami… nikt z moich krajanów nie przepuści okazji do ubicia dobrego interesu. Musiałem się niezwykle spieszyć i przy okazji dochować tajemnicy. Gdyby tylko ktoś się dowiedział i nas uprzedził, aż strach pomyśleć ile straciła by moja rodzina, nie wspominając o tym ile ja straciłbym w oczach ojca.
Podróż byłą długa i bardzo męcząca. Jednak przy każdej okazji zatrzymywałem się w karczmach położonych blisko traktu, a niekiedy u przyjaciół mojej rodziny. Podróż byłaby samobójstwem, jeśli podjąłbym ją sam, temu też podczepiałem się pod różne karawany, te kupieckie jak i militarne.

Dopiero w Aldorze, kiedy dowiedziałem się jak dojechać do posiadłości rodziny de Sko, jechałem samotnie. Szczęście, że nikomu nie przyszło do głowy mnie napadać.
Doprawdy dziwny to kraj, wojna nieopodal, a nie widać aby ludzie się tym przejmowali w jakiś nadzwyczajny sposób.

Z daleko widziałem ukazujące się dachy, powoli rosnące wraz ze ścianami i drzewami. Wcześniej niewidoczni ludzie powoli ukazywali swoje oblicza.
Zdaje się dojechałem akurat podczas jakiegoś ważnego wydarzenia, ponieważ wiele osób było na niewielkim dziedzińcu tej posiadłości. W pierwszej chwili pomyślałem, że jestem nieproszonym gościem.

- Witam! – powiedziałem do osoby, która akurat trzymała w objęciach młodego mężczyznę, prawdopodobnie syna – Jestem Felix, mości panie.
- Witam, z kim mam przyjemność – padła odpowiedź od osoby, do której się zwróciłem.
- Proszę mi wybaczyć panie. Felix Palmyr, przyjechałem z Ligi… - zdążyłem zejść z konia nim wypowiedziałem te słowa, nie wypada patrzeć na gospodarza z góry.
- Ah… tak. Rodryg de Sko – oddawszy oficjalne honory, jak szlachcic szlachcicowi, kontynuował - Pozwolisz młodzieńcze, że porozmawiamy później o interesach, bowiem teraz jest wesoła chwila, mój syn wrócił cały i zdrów z frontu. Zapraszam na ucztę z tej okazji.

Zaskoczyło mnie to, ale powoli zaczynałem się przyzwyczajać. W końcu, co kraj to obyczaj. Podążałem za orszakiem rodzinnym, rodu de Sko i rozglądałem się po majątku. Rzeczywiście rodzina żyła w dostatku, gdzie nie zwróciłem spojrzenia tam służba. Niesamowita architektura, bogate zdobienia framug okien i drzwi, zadbany dziedziniec jak i wszystko dookoła. Byłem pod wrażeniem, tuż obok toczyły się walki, przelewano krew, zaś nieopodal, ktoś żył dostojnie, nie martwiąc się tym zbytnio. Tym większe było moje zdziwienie, że nie widziałem żadnej ochrony tegoż majątku, albo jej w ogóle nie było, albo była niewidzialna, nie mam pojęcia.
Pochłonięty tymi widokami i rozmyślaniami nie zauważyłem kiedy znalazłem się obok syna szanownego Rodryga de Sko. Idąc koło niego przyjrzałem mu się uważniej. Dobrze zbudowany młodzieniec, mniej więcej koło dwudziestu lat, czyli prawdopodobnie mój rówieśnik. Spoglądając na niego stwierdziłem, że rzeczywiście wojaczka to dla niego odpowiednia droga. W zasadzie lepiej walczyć dla słusznej sprawy, jaką jest wolność, niż napadać bezbronnych i biednych podróżnych na traktach.
Nie przysłuchiwałem się rozmowom rodziny, która mnie obecnie gościła, i od której zależało, czy ta inwestycja zakończy się pomyślnie. Może i umknęło mi coś ważnego, ale nie przejmowałem się tym, ponieważ pochłaniałem widoki. Wnętrze posiadłości nie odbiegało bogactwami architektonicznymi od zewnętrznych ozdób, a nawet je przewyższało. Bogatego stać na szaleństwa.
Doszliśmy do jadalni, stół był już nakryty, a służba czekała, aż wszyscy zasiądą, aby móc podawać potrawy. Wszystko miało w sobie jakąś magiczną nutkę, jak w opowieściach z dzieciństwa. Podczas uczty ponownie nie mogłem skupić się na słuchaniu opowieści rodzinnych, czekałem końca, aby móc porozmawiać spokojnie z szanownym Rodrygiem. Po kilku, a może kilkunastu opowieściach dziadków, ciotek i innych krewnych syna Rodryga, Epara, nastał czas na rozmowę. Podążałem za Rodrygiem, aż znaleźliśmy się z dala od zgiełku panującego w ogromnej jadalni, na dziedzińcu.
- Tutaj możemy swobodnie rozmawiać, nikt nam nie przeszkodzi.
- Oczywiście szanowny panie.
- Podejrzewam, że chcesz jak najprędzej obejrzeć majątek, jakim dysponuję. Jeśliś nie jest zmęczony podróżą i masz siły, to mój zaufany rachmistrz oprowadzi cię po kilku najbliższych włościach.
- Ależ oczywiście, będę rad panie de Sko.
Podczas rozmowy podszedł Epar, stał i się przysłuchiwał. Nie wiem, czy miał jakiekolwiek pojęcie o tym, o co toczy się gra. Nie obchodziło mnie to szczerze mówiąc. Majątek rodziny de Sko musi zostać sprzedany memu ojcu choćbym miał tu siedzieć wiele wiosen.
- Wybacz mi panie. Przygotuję się do zwiedzania – ukłoniłem się gospodarzowi gospodarzowi i udałem się do stajni. Spoglądałem w stronę Rodryga i Epara, toczyli rozmowę na bliżej nieokreślony temat, żałowałem, że nie umiem czytać z ruchu warg, może za moimi plecami toczą się bardzo ważne wymiany poglądów na temat inwestycji.
- To jest Sims Hip, mój skryba – rzekł Rodryg, kiedy już przygotowałem konia do jazdy i wyprowadziłem go na dziedziniec – tak jak mówiłem, będzie towarzyszyć Ci w zwiedzaniu majątku, a także wszystko dokładnie opisze. Razem z wami pojedzie Epar.

Jechaliśmy na koniach koło lasku, słońce świeciło przyjemnie w twarz, prowadząc do przyjemnego rozleniwienia. Zamieniłem parę zdań z synem głowy rodu de Sko jak i z jego skrybą. Na niektóre pytanie nie wiedzieli za bardzo jak odpowiedzieć, dla nich było to wszystko oczywiste, pewnie podobnie zachowałbym się na ich miejscu.
Zmierzaliśmy w stronę jednej z wiosek pana Rodryga, kiedy na drodze naszym oczom ukazali się chłopi.

- Co oni tu robią? – Sims Hip mówił jakby do siebie – przecież powinni teraz pracować.
- Spokojnie szanowny panie, może zrobili sobie, krótką przerwę, albo zmierzają da pana Rodryga celem rozwiązania jakiegoś sporu? – powiedziałem spokojnie chcąc rozładować narastające napięcie u skryby.
Chłopi byli coraz bliżej. Sims jechał przede mną i Eparem. Wtem jeden z chłopów mający kosę zamachnął się i Sims spadł z konia trzymając się za szyję. Nie myśląc długo dobyłem pistoletu i wystrzeliłem w jednego z chłopów. Nie chciałem podzielić losu skryby. Widziałem, że Epar postąpił podobnie, z tymże zszedł z konia. Pewnie wprawa i doświadczenie zdobyte podczas walk pozwoliło mu w tak szybkim tempie oddać strzał i rozprawić się z trzema chłopami. Jeden z szóstki napastników natarł na mnie, nim jednak przystąpiłem do obrony spostrzegłem, jak Epar uniknął śmiertelnego ciosu. To wyglądało jakby zmienił miejsce, w którym stał bez ruszania się


W tym jakże dramatycznym momencie zapiski się urwały, a szkoda, gdyż kolejna sesja, kontynuująca wątki poprzedniej była dość ciekawa. Dopiszę więc jeszcze parę słów wyjaśnień. Zacznę od końca, Eparowi(Patowi) w tajemniczy sposób uniknąć ciosu pomógł pewien tajemniczy artefakt z Valdoru, nie pamiętam już co konkretnie, ale wziąłem to z przygody "Wbrew regułom wojny". Czyniło to go wręcz niepokonanym w walce ze zwykłym człowiekiem, ale powoli pozbawiało go duszy.

Można powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. W toku dalszych wydarzeń okazało się bowiem, że ojciec Epara(Pata) był wielki złym czarnoksiężnikiem. Rodzinie Felixa(Treblosa) chciał sprzedać swój majątek, gdyż dowiedział się skądś, że Inkwizycja wpadła na jego trop, postanowił więc czmychnąć.

Preludium zakończyło się w ten sposób: bohaterowie schwytali jednego jeńca i doprowadzili go przed oblicze głowy rodziny. Myśleli, że odbędzie się jakieś przesłuchanie czy coś, ale mylili się. Chłop zaczął ciskać w twarz swemu panu oskarżenia, nie pamiętam jakie konkretnie, ale dość niejasne, w każdym razie zanim zdążył powiedzieć coś konkretnego, stary de Sko wyciągnął pistolet i wypalił mu w łeb.

Na kolejnej sesji nie było Pata, Treblo odgrywał dwie postacie jednocześnie (ale swoją zginął gdzieś tak w połowie sesji więc było mu lżej). Przygoda zaczyna się w momencie, gdy Wielki Inkwizytor (świetna rola Pumana) jedzie do posiadłości De Sko, by udowodnić Rodrygowi winę i poprowadzić go na stos. Zatrzymuje się ze swoją świtą w posiadłości sąsiadów De Sko. Ich córka (w tej roli Aga), przyjaciółka Epara postanawia go ostrzec, wyjeżdża więc w nocy, by uprzedzić przyjazd inkwizytora. Przyjechała o świcie, budząc wszystkich, w tym postać Szymona, łowczego o którym nikt do samego końca nie wiedział, że jest wiernym sługą maga. Ten ostatni zresztą jak się okazało był już daleko. A jego żonka leżała sobie w sypialni cała pokryta jakimś dziwacznym skrzącym się magią kryształem (pomysł zerżnięty z bajki "Awatar: Legenda Aanga"). Potem miało miejsce śledztwo, Puman miał niezły orzech do zgryzienia, ale to doświadczony gracz więc ogarniał sprawę (ale miał pecha jak się w finale okaże). Bez skrupułów ubił stawiającego się Treblosa, potem uwięził w lochu całą resztę ferajny i przesłuchiwał każdego z osobna. Przesłuchania odbywały się u mnie w kuchni, pozostali gracze czekali na swą kolej w pokoju. Wprost rozkoszne było słuchanie kolejnych zeznań i to jak jedne zaprzeczały drugim.

W finale Inkwizytor został jednak wyprowadzony w pole przez łowczego. Zginął wraz ze swymi ludźmi w środku bezkresnego, gęstego lasu, otruty jakimiś zabójczymi jagodami (chociaż później ustaliliśmy wspólnie z Pumanem, że jednak przeżył, ale nie jest już człowiekiem, ale wręcz bestią szukającą zemsty, mordującą każdego kto jej się nie spodoba).

W sumie podczas tej sesji, jako MG nie miałem zbyt wiele do roboty i to w sumie był mój błąd. Za duży ciężar złożyłem na barki Pumana, ale nie będę się teraz biczował, bo i tak zajebiście się bawił odgrywają Wielkiego Inkwizytora przed którym wszyscy drżą ze strachu.

------------------------------------------------------------------

I tak oto skończyły mi się materiały do działu "Tak widział moją sesję...", ale mam nieśmiałą nadzieję, że może w bliższej lub dalszej przyszłości gracze mi ich dostarczą (muszę tylko wziąć dupę w troki i coś poprowadzić). Mógłbym w sumie wrzucić "Przygody Krwawego Tomka na Dziwnym Zachodzie", ale to by zakrawało na świętokradztwo, to jakbym wrzucił "Od nas dla nas" albo "Smak migdałów" (do wglądu u mnie jak coś).

niedziela, 28 sierpnia 2011

Legion C s01e01

Better late than dead on time


Kolejne statki odlatują z U.L.-a, a załoga Legionu C wciąż czeka na rozkazy. W końcu ich życzenie się spełnia. Adiutant prowadzi kapitana Huxleya do admirała. Po chwili przybiega tam też Black, pierwszy oficer. Na miejscu okazuje się, że u admirała zjawił się Fitzberg, dowódca innego statku z którym Big K ma na pieńku. Fitzberg dowiedział się z nieznanego źródła o misji jaką admirał ma zamiar powierzyć Legionowi C. Chodzi mianowicie o udanie się na stosunkowo odległą planetę XYZ5. Jest duże prawdopodobieństwo, że przedstawiciele rządu udali się właśnie tam. Fitzberg usiłuje przekonać admirała, że załoga Legionu C nie zasługuje na powierzenie im tak ważnego zadania, Big K twierdzi, że wręcz przeciwnie, zaś jego pierwszy oficer, Black, wiedząc jak bardzo niebezpieczna jest ta planeta, usiłuje przekonać kapitana, by nie upierał się przy udziale w misji. Gdy Fitzberg słyszy opowieść Blacka o rasie Laianów zamieszkującej planetę, rzednie mu mina. Zaczyna się wykręcać, wtedy zdenerwowany admirał, kończy dyskusję przydzielając zadanie załodze Legionu C, która zaczyna w tym momencie przygotowywać się do odlotu (dosłownie i w przenośni – Śruba i Kref przemycają na statek dziesięć litrów bimbru).

W czasie lotu na XYZ5 kapitan popełnia kardynalny, typowy dla siebie błąd, wpisując koordynaty lotu zamienia miejscami dwie cyfry, w wyniku czego statek leci w zupełnie innym kierunku niż powinien. Wykorzystując swe ponadprzeciętne umiejętności i łamiąc wszelkie zasady BHP, Big K kieruje statek na właściwy szlak. Niestety, w wyniku tego niebezpiecznego manewru, zostaje uszkodzona antena i Legion C traci łączność z U.L.-em.

Po wylądowaniu na XYZ5 usiłuje nawiązać radiową łączność z potomkami dawnych kolonizatorów. Udaje się to po pewnym czasie, jednak to co słyszą od nich bohaterowie nie napawa optymizmem. Szczegóły są na razie nieznane, ale wychodzi na to, że mieszkańcom planety grozi śmierć głodowa. Podają bohaterom położenie swojej wioski i czekają na nich spodziewając się cudu.

Bohaterowie przylatują do wioski gdzie witani są jak wybawcy. Słyszą opowieść o tym jak Laianowie przejęli ich wielkie, piękne i znakomicie prosperujące miasto, a ich wygnali na te niegościnne i nieurodzajne tereny, bagna na których wylądowali ich przodkowie przed stu laty. Bohaterowie zauważają w centrum wioski rozpadające się szczątki starego statku, pokryte bluszczem. Ich uwagę przykuwa antena, wygląda na sprawną, Śruba twierdzi, że byłby w stanie zaistalować ją w Legionie. Łączność z U.L.-em zostałaby odzyskana i można by było wezwać pomoc.

Dowódca kolonizatorów, zwany dalej Starcem, prosi bohaterów o pomoc. Mianowicie, klan Laianów, którzy wygnali ich z miasta, walczy z innym klanem. Gdyby zabić wodza klanu pierwszego, dowódca klanu drugiego w ramach wdzięczności pozwoliłby ludziom wrócić do miasta, po tym jak ze swoimi ludźmi wyrżnęliby klan pierwszy. Starzec oczekuje od bohaterów, że udadzą się do miasta i wrócą z głową wodza. Bohaterowie nastawieni są sceptycznie do tego pomysłu, widząc to Starzec stawia twarde warunki: głowa za antenę. Nie mając ochoty poszukiwac U.L.-a po całej galaktyce, bohaterowie muszą się zgodzić.

Zaczynają układać plan, który wygląda mniej więcej tak: o świcie, gdy Laianowie śpią kamiennym snem, przylecieć niewidzialnym statkiem (włączone maskowanie) nad miasto (co ciekawe jest to miasto typowo laiańskie, ktoś chyba nie powiedział wszystkiego co wiedział), a konkretnie nad siedzibę wodza. Kref i Śruba opuszczą się na linach, Kref urżnie wodzowi łeb, a Śruba odpali bombę domowej konstrukcji (o której wiemy już, że jest niewypałem, ale postacie jeszcze tego nie wiedzą) w celu odwrócenia uwagi.

Jak pomyśleli tak usiłują zrobić. Jednak gdy nadlatują już nad miasto, mają miejsce niespodziewane komplikacje. Black zauważa plac na którym rozstawione są klatki pełne ludzi w nowiutkich gwiezdnych uniformach (czyżby uciekinierzy z Ziemi?), pilnowane przez dwóch laiańskich strażników. Plan ulega zmianie, jeńców należy odbić, jednak w trakcie ich uwalniania, Krefowi i Blackowi zostaje odcięta droga powrotna na statek, muszą się dostać do siedziby wodza klucząc wąskimi uliczkami i ostrzeliwując się.

To make long story short, głowa wodza zostaje ucięta, a bohaterowie szczęśliwie uciekają z miasta.


W NASTĘPNYM ODCINKU:
-koleś z klatki mówi: „przybyliśmy z Ziemi”.
-Śruba przez radio: „Jak to nie dostaniemy wsparcia?!”
-eksplozje w wiosce kolonizatorów.
-Black odkrywa kobietę, która ukryła się na statku.
-Fitzberg z szyderczym uśmiechem do kapitana: „mówiłem ci, że tak będzie”.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Legion C - opis serialu

W nieokreślonej przyszłości ludzkość zaczęła kolonizację kosmosu. Przez niemal sto lat kolejne grupy opuszczały Ziemię, z nadzieją na lepsze życie w którymś z odległych światów. Przed dziesięciu laty rząd sprawujący władzę na Ziemi, wysłał na misję badawczą w najodleglejsze zakątki galaktyki olbrzymi statek kosmiczny U.L. Dowodzi nim admirał John Wick, wspierany przez swych doradców. Na U.L.-u znajduje się jednostka małych, szybkich i zwrotnych statków badawczych, które zostają wysyłane na kolejne planety celem zebrania jak największej ilości danych. Bohaterami serialu jest załoga jednego z takich statków - Legionu C. Serial zaczyna się w momencie gdy U.L. po dziesięciu latach wraca na Ziemię. Okazuję się jednak, że podczas ich nieobecności na Ziemi wybuchła straszliwa wojna, w wyniku której Ziemia przeistoczyła się w martwą planetę i opuścili ją wszyscy ludzie, którym udało się przeżyć. Admirał postanawia odnaleźć swoich zwierzchników, U.L. rusza więc znowu w przestrzeń, wysyłając kolejne statki na kolejne planety, by odnaleźć ocalałych Ziemian i dowiedzieć się prawdy o wydarzeniach z ostatnich dziesięciu lat.

Występują:
Szymon jako Bob Huxley aka Big K, kapitan i pilot
Paweł jako Mike Lander aka Kref, żołnierz
Łukasz jako Cypher Dragon aka Black, pierwszy oficer, dyplomata, specjalista od obcych cywilizacji
Sobek jako Tony Stark aka Śruba, inżynier, mechanik, wynalazca

Warto dodać, że załoga Legionu C cieszy się złą sławą. Mimo iż nikt nie zaprzeczy, że w tym co robią są zawodowcami mają opinie niesubordynowanych, mających w dupie autorytety, dążących do celu własnymi ścieżkami, niszczącymi każdy sprzęt itp.

czwartek, 11 sierpnia 2011

notatki szaleńca - paweł szaleje w deadlands

33 miejsce – Salina (Kanzas)
DZIEŃ – NIE WIEM, NIE PAMIĘTAM
Pierwszy dzień w:
-Pożar. Nie lubię ognia, gdyż jest bezwzględny, nie oszczędza nikogo… (Mortenson)
Lubię ogień, bo…
Heh, ciężki dzień dla mieszkańców…
Śmierć… Zawsze bywa ciężka i niezrozumiała…
jednak to, co ujrzałem zobaczyłem,…
nie to było to normalne…
może to było zamierzone…
nie lubię nie powinien nie powinno się tak robić…
Każdy powinien odpowiadać za swoje grzechy…
A ci, którzy chcą uniknąć kary lub starają się zataić prawdę…
Szeryf powinien chronić ludzi…
Pastor, burmistrz, szeryf

czwartek, 23 czerwca 2011

fiasco raport

GANGSTER LONDON

I Setup

Osią całej historii są trzy walizki pełne czystej jak śnieg kokainy, które londyński gangster-legenda Matt Hill (w tej roli moja skromna osoba) ma przekazać Johnowi Smithowi (Marchew), gangsterowi międzynarodowemu z którym współpracuje. Przewiezienie walizek z punktu A do punktu B zleca swojemu siostrzeńcowi Ronowi Edwardsowi (Sobek Jr.), niespełna dwudziestoletniemu młodzieńcowi, który wkracza właśnie w dorosłe życie (seks, alkohol, narkotyki). Ten zaś bierze walizki i idzie z nimi po swój samochód, który zostawił pod domem swojego chłopaka (sic!) Rodleya Huxleya (Szymon). Jak się okazuje zna się on z Johnem Smithem z wojska, byli razem w Afganistanie, ale póki co wiedzą o tym tylko oni. W każdym razie Ron wchodzi do mieszkania Rodleya gdyż zostawił tam kluczyki od samochodu, a na miejscu zastaje ostrą balangę. Namówiony przez kochanka na "jeden kieliszek" powoli przestaje kontaktować. Pamięta jednak o złożonej wujowi obietnicy, więc po pewnym czasie opuszcza imprezę, wsiada do auta i rusza z piskiem opon. Zapomniał jednak o jednej istotnej rzeczy, mianowicie nie wziął ze sobą walizek, zostawił je u Rodleya. Po chwili ma wypadek, rozbija samochód, cudem uchodzi z życiem i ląduję w szpitalu ze złamaną ręką i amnezją. Nie pamięta nic z wydarzeń z ostatniej nocy. Rano skacowany Rodley chowa walizki na pawlaczu. Co do Rodleya to warto jeszcze wspomnieć, że jego życie rodzinne jest dosyć marne, żona popełniła samobójstwo, rodzice traktują go jak czarną owcę. Chce się im podlizać i zafundować im ich wymarzoną wycieczkę dookoła świata, nie ma jednak pieniędzy. Liczy na pomoc dawnego kumpla z wojska, o którego obecnej profesji nic nie wie.

II Act One

Matt Hill siedzi w swoim biurze w sklepie jubilerskim (przykrywka prawdziwego biznesu) paląc jednego papierosa za drugim. Jest ostro poddenerwowany. Ron nie dostarczył walizek, coś się musiało stać. Dzwoni do domu Edwardsów, lecz nikt nie odbiera, zostawia więc wiadomość na automatycznej sekretarce. Po jakimś czasie oddzwania do niego ojciec Rona powiadamiając go o wypadku syna. Hill niewiele myśląc wsiada w samochód i rusza do szpitala. Gdy wchodzi do sali, okazuje się, że oprócz Rona i jego rodziców jest tam również dwóch policjantów, którzy na widok Matta mówią: "Dobrze, że pan jest. Tak się składa, że mamy do pana kilka pytań".
Tymczasem John Smith chwilowo nie przejmuje się walizkami. Jedzie odwiedzić swojego kumpla Rodleya. Jednak bezskutecznie dzwoni domofonem. Kolegi nie ma w domu. Sąsiadka udziela informacji, że pan Huxley udał się do szpitala. Rozczarowany John chce już wracać do siebie, gdy nagle widzi wracającego Rodleya. Okazało się, że wcale nie był w szpitalu, tylko w sklepie, a sąsiadce ściemnił, bo już mu się rzygać chce od jej wścibstwa. Dwaj się przywitali i pojechali razem do biura Smitha.
Potem była chyba jakaś scena, której główną postacią był Rodley, ale za cholerę nie pamiętam co to było.
Następna scena chronologicznie ma miejsce najwcześniej. Ron budzi się w szpitalu. Za cholerę nie może sobie przypomnieć jak się tu znalazł, nie pamięta wydarzeń z poprzedniej nocy, zlecenia, walizek, imprezy, wypadku. Boli go ręka i głowa. Nad nim pochylają się zatroskani rodzice, ale jak się okazuje w sali jest ktoś jeszcze. Dwóch policjantów, których bardzo interesuje skąd w samochodzie w schowku wziął się wielki pakiet zielska i trochę mniejszy koksu. Zanim młody narkoman zacznie się tłumaczyć, wyręcza go w tym jego matka, która krzyczy, że samochód należy do jej brata, wujka Rona, czarnej owcy i zakały rodziny i to na pewno należy do niego, bo przecież jej synek na pewno nie ma nic wspólnego z tym świństwem. O wilku mowa, w tym właśnie momencie do sali wchodzi wujek.
Następna scena ma miejsce na komisariacie, gdzie został zabrany Matt celem udzielenia wyjaśnień. Tłumaczy policjantom, że mimo iż samochód należał do niego, to on sam nim nie jeździł, udzielał go raczej swoim pracownikom. Bardzo pewne jest, że to któryś z nich zostawił towar w furze. Przesłuchujący policjant jest wyrozumiały i chce Mattowi pójść na rękę do momentu aż jego partner przynosi akta Hilla. Ich lektura przypomina "Chłopców z ferajny", a jako że większość spraw zostało umorzonych z braku dowodów, a Hill ma wyrok w zawieszeniu, gliny upatrują w tym szansę, by gościa udupić. Hill zostaje aresztowany, ustalona jest wysokość kaucji (nie wiem czy kwota, którą ustaliliśmy w grze była w sam raz, czy za wysoka, czy za niska, więc nie podam jej żeby nie było lipy, w każdym bądź razie była to niezła sumka).
Tymczasem Rodley i John siedzą u tego ostatniego w biurze i wspominają stare, dobre czasy. Przyjemną atmosferę przerywa jednak dźwięk telefonu. Jakiś przerażony koleś wykrzykuje kilka słów: "Hill wpadł z towarem, aresztowali go" i się rozłącza. Smith myśląc, że o chodzi o trzy walizki, zaczyna robić po gaciach, uruchamia wszystkie kontakty, dzwoni po najlepszego adwokata w mieście itd. Z sejfu wyjmuje zaś kwotę potrzebną do wpłacenia kaucji i zastanawia się kogo nie wzbudzającego podejrzeń można by wysłać z pieniędzmi na komisariat. Jego wzrok pada na Rodleya.
Rodley zaś od momentu spotkania z Johnem nie może wyjść z szoku. Zajebisty samochód, w chuj wielkie biuro, telefoniczne rozmowy o adwokatach i kaucjach, sejf pełen mamony. Zaczyna w nim kiełkować ziarnko zawiści. Kwota potrzebna do wpłacenia kaucji to dokładnie tyle i le wynosi cena luksusowej wycieczki dookoła świata dla dwóch osób. Gdy John prosi go o przysługę zgadza się, ale w jego głowie zaczyna powstawać szczwany plan. Smith wysadza go dwie przecznice od posterunku. Rodley idzie w jego stronę rozważając wszystkie za i przeciw. Gdy przechodzi obok przystanku właśnie podjeżdża autobus. Rodley postanawia postawić wszystko na jedną kartę i wsiada do zatłoczonego pojazdu. Jednak tuż przed zamknięciem drzwi jakiś złodziejaszek wyrywa mu z rąk walizkę i rzuca się do ucieczki.
Ron zostaje wypisany ze szpitala. Dzwoni po Rodleya chcąc by ten po niego przyjechał, ten jednak odbiera i krzyczy, że nie może rozmawiać, sprawia wrażenie jakby biegł. Ron postanawia więc pójść do jego mieszkania i tam na niego zaczekać. Na miejscu zastaje schabów Smitha, którzy szukają zdefraudowanych przez Rodleya (tak sądzi Smith) pieniędzy. Obezwładniają oni w brutalny sposób Rona.

III Tilt

-Zwierzę (możliwe że metaforyczne) zrywa się z uwięzi
-Spotkanie dwóch obcych sobie osób zmienia wszystko

IV Act Two

Do ostro wkurwionego Smitha dzwonią jego ludzie, mówiąc, że w mieszkaniu nie było kasy, ale za to znaleźli jakieś trzy walizki i schwytali jakiegoś kolesia, który tam przyszedł. Smith wydaje rozkaz, by przyjechali ze wszystkim do portu. W porcie przerażonemu Ronowi udaje się wyrwać swoim oprawcom i wziąć nogi za pas.
Tymczasem Rodley ściga złodziejaszka. Przebiegli już pół miast i zbliżają się do portowych okolic. Nagle wpada na wybiegającego zza rogu Rona. Będąc w amoku myśli, że to ścigany przez niego złodziejaszek, więc go atakuje. Budzi się w nim bestia (Tilt) i nieźle masakruje swego kochasia, kopie go, skacze po nim itp. W pewnym momencie traci jednak równowagę, co odruchowo wykorzystuje Ron chwytając leżącą na ziemi gazrurkę i waląc go na uspokojenie z całej siły w łeb. Gdy Rodley odzyskuje przytomność, tu cytat:

Rodley: Dlaczego zemdlałem?
Ron: Bo cię jebnąłem w łeb rurką.

decydują się, by wrócić do mieszkania Rodleya.
W tym czasie wkurwiony Matt Hill wychodzi z aresztu wyciągnięty stamtąd przez cwanego adwokata. Kontaktuje się z Johnem Smithem, który mówi mu że walizki się znalazły w pewnym mieszkaniu i właśnie tam wyznacza miejsce spotkania, by wszystko wyjaśnić.
Ron i Rodley idą do mieszkania tego ostatniego, jednak gdy już mają otworzyć drzwi do mieszkania, wścibska sąsiadka ostrzega ich, że ktoś jest w środku. Zbiegają więc w pośpiechu po schodach, by na dole stanąć twarzą w twarz z wchodzącym Mattem Hillem. Po chwili zbiegają schaby, a następnie schodzi John Smith. W tym momencie Ron odzyskuje pamięć. Opowiada o wszystkim, przy okazji dokonując coming out'u nie uszczęśliwiając tym wcale swego wujaszka. Oczywiście cała rozmowa przebiega przy dobytej przez prawie wszystkich broni. W pewnym momencie pewien schab o słabych nerwach pociąga za spust i dochodzi do strzelaniny w której ginie Matt Hill. Ron zostaje przez Smitha puszczony w wolno z zastrzeżeniem, że jeśli kiedykolwiek pokaże mu się na oczy, zginie. Najbardziej przejebane miał Rodney, nie dość, że skroił kumplowi kasę, to jeszcze był gejem. Skończył spacerując razem z rodzicami w betonowych lakierkach po dnie Tamizy. Cytat:

John Smith: Chciałeś mieć "W 80 dni dookoła świata", a będziesz miał "20 000 mil podmorskiej żeglugi".

W drugim akcie akcja strasznie szybko zapierdalała, więc spisałem go trochę chaotycznie.