poniedziałek, 24 lutego 2014
rozkminka o krawcu hanka
Ostatnio, zupełnie przypadkiem, natknąłem się na krótkometrażowy film będący ekranizacją prozy Charlesa Bukowskiego. Pod koniec lat sześćdziesiątych pisał on felietony do podziemnego kalifornijskiego czasopisma Open City. Jego rubryka nosiła nazwę "Zapiski starego świntucha" i taki też tytuł nosi książka, w której wszystkie te felietony zostały zebrane. "Siedziałem po prostu przed maszyną, piłem piwo i pozwalałem, by samo to szło" - tak pisarz wspomina proces twórczy i doskonale daje się to wyczuć podczas lektury. Autor za każdym razem pisał o tym, co mu akurat przyszło do głowy, stąd sporo jest opowiadań, mniej lub bardziej poważnych rozważań (najbardziej lubię te gdzie padają słynne słowa "jeśli ma się do wyboru Humphreya lub Nixona, to tak, jak gdyby się miało wybierać między zjadaniem ciepłego albo zimnego gówna") i różnych opowieści ze swojego życia, na przykład opis spotkania z Nealem Cassadym na krótko przed jego śmiercią.
Treścią jednego z felietonów była historia pewnego małego krawca imieniem Jack, który siedzi w swym zakładzie nad maszyną do szycia, gdy odwiedza go jego kumpel Harry. Pisać cokolwiek więcej o fabule byłoby nieuprzejmością, na tym więc poprzestaję. Dość powiedzieć, że okoliczności towarzyszące temu spotkaniu są mocno nietypowe, a próby odgadnięcia co autor usiłował nam przekazać, może przyprawić o połamanie głowy, być może połączone z torsjami. Na pewno jest to utwór niestereotypowy, Bukowski zazwyczaj kojarzy się z mrocznymi, zadymionymi spelunami i hektolitrami whisky, tu zaś nie uświadczymy ani grama alkoholu, ani na chwilę nie wychodzimy też poza zakład krawiecki.
Film jest krótki, wizualnie znakomity, aktorstwo może nieco zbyt przerysowane, ale moim zdaniem pasujące do konwencji, fabułę każdy sobie prywatnie oceni. Uważam, że warto poświęcić te 16 minut.
Filmik można obejrzeć tutaj.
środa, 5 lutego 2014
rozkminka o nebrasce
Na ten film czekałem od dłuższego czasu, któregoś razu przypadkiem trafiłem na zwiastun i gdy tylko go obejrzałem, wiedziałem, że całość ma spore szanse, by przypaść mi do gustu. Czekałem więc cierpliwie, w międzyczasie film zdobył chyba jakieś nominacje do Oscarów, ale za bardzo tego nie śledziłem, więc nawet nie wiem co konkretnie, dość powiedzieć, że medialnie pozostawał raczej w cieniu swoich konkurentów. Gdy tylko miałem okazję (tzn. dzisiaj), urządziłem sobie prywatny seans. Co zobaczyłem?
Rzecz pierwsza, oczywista, film jest czarno-biały. Ja bardzo lubię taką stylistykę, są podobno ludzie, którzy nie potrafią jej zdzierżyć. De gustibus... Zaczyna się od ujęcia niedołężnego staruszka człapiącego poboczem. Po chwili zgarnia go policja. Okazuje się, że staruszek ów to Woody Grant. Właśnie otrzymał list z informacją, że wygrał milion dolarów i musi stawić się w Nebrasce (nie pamiętam nazwy miasta), by odebrać pieniądze. Mieszka w Montanie, więc ma kawałeczek do przebycia. Z posterunku policji odbiera go jego syn David, który wraz ze swą matką i bratem usiłuje wyperswadować Woody'emu szalony pomysł. To oczywiste, że list to zwykła podpucha, reklamówka dostarczana setkom ludzi. Stary jest jednak uparty i wciąż wymyka się z domu. W końcu David, który nawiasem mówiąc nie jest ze swego życia zadowolony i pragnie się od niego na chwilę oderwać, godzi się zawieźć ojca do Nebraski. Warto dodać, że jego relacje z ojcem nigdy nie były satysfakcjonujące. Woody to zatwardziały alkoholik, który nigdy nie interesował się życiem swoich bliskich. David w jakimś stopniu liczy zapewne na to, że może się to choć trochę zmienić dzięki wspólnej podróży.
Po drodze zatrzymują się w mieście z którego pochodzi Woody, by spędzić trochę czasu z mieszkającą tam rodziną. Staje się to pretekstem do rodzinnego zjazdu, a mówiąc bardziej górnolotnie, do sentymentalnej podróży w przeszłość ojca, którą dopiero teraz David zaczyna poznawać naprawdę. A dzięki niej poznaje samego ojca, jego zupełnie inny wizerunek niż do tej pory widział. Cała historia nie jest szczególnie wymyślna, tak naprawdę to kolejny film drogi, gdzie bohaterowie odbywając podróż w przestrzeni, w istocie zwiedzają niezbadane dotychczas rejony swojej jaźni, by w finale poznać lepiej samych siebie i wyciągnąć z tego takie czy inne wnioski. I na początku byłem, prawdę powiedziawszy, trochę rozczarowany, myślałem bowiem, że nie dostanę nic więcej niż całkiem dobry film. Jednak im dalej w las... Mniej więcej od połowy filmu, z minuty na minutę byłem coraz bardziej zahipnotyzowany, by w trakcie napisów gapić się w ekran słuchając towarzyszącej im muzyki, pogrążony w rozmyślaniach.
Trudno mi powiedzieć, co konkretnie doprowadziło do takich przeżyć. Gdyby dłużej się nad tym zastanowić, film niczym nie zaskakuje. Jego siła tkwi w emocjach drzemiących w bohaterach, które na różne sposoby, raz śmieszne, innym razem wzruszające, ale zawsze bardzo wyważone i pozbawione patetyzmu, powoli przedostają się do naszego systemu nerwowego, by całkowicie nami zawładnąć. Zwłaszcza że wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania i oglądając kreowanych przez nich bohaterów, po prostu w nich wierzyłem. Trafił też do mnie chłodny obraz północnych stanów i ich małych miasteczek, w których czas zdaje się stać w miejscu. Całości dopełniała muzyka, idealnie współgrająca z pozostałymi elementami. Gdy tak się teraz nad tym zastanawiam, nie przychodzi mi do głowy nic, co mógłbym filmowi wytknąć. Na ten moment jest dla mnie pozbawiony wad. Może później coś sobie przypomnę. Albo gdy będę oglądał go drugi raz (zrobię to na pewno), już bardziej krytycznym okiem uda mi się coś wypatrzeć.
Póki co jednak polecam go każdemu, a zwłaszcza fanom amerykańskich filmów drogi, filmów czarno-białych i filmów, nomen omen, rozkminkowych. Nie zawiedziecie się (raczej - cholera, zawsze muszę się asekurować).
sobota, 1 lutego 2014
rozkminka o czyczu
O istnieniu Stanisława Czycza dowiedziałem się dzięki lekturze "Portretów z bufetem w tle" Romana Śliwonika, który w swym wspomnieniowym dziele opowiadał o pisarzach i poetach mniej lub bardziej związanych z pismem literackim Współczesność i o swych relacjach z nimi. Mówiąc precyzyjniej, były to przyjaźnie, z reguły troskliwie podlewane "czystą, która duszy nie plami", czemu sprzyjał styl życia ówczesnych artystów, będącego ni mniej ni więcej niekończącą się balangą. Aż dziw bierze, że tyle rzeczy zdołali jeszcze napisać. Wśród opisywanych przez Śliwonika byli ci, którzy także dzisiaj są dobrze znani, jak Hłasko, Himilsbach czy Stachura. Znaleźli się też tacy, którzy niegdyś popularni, obecnie są raczej zapomniani, za przykład niech posłużą Brycht czy Iredyński. Był wreszcie Czycz, poeta i prozaik, który od zawsze trzymał się na uboczu i starał się unikać rozgłosu.
Ciekawie wyglądają kulisy jego debiutu, warto tu przytoczyć fragment artykułu opublikowanego w Newsweeku (całość tutaj):
W latach 70. krakowscy młodzi literaci z rozbawieniem opowiadali sobie historyjkę z lat 50. o tym, jak chłopak z Krzeszowic znalazł w pociągu przepisane przez kogoś wiersze Czesława Miłosza. Nie rozpoznał autora i uznał, że może je zaprezentować jako własne. Zaniósł je do krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, gdzie stosowna komisja bez trudu odkryła, że prawdziwym autorem jest pisarz wówczas wyklęty. Wywalono więc kandydata na poetę za drzwi, bo po pierwsze, nie można go było przyjąć do związku na podstawie cudzych wierszy, a po drugie, podejrzewano go o polityczną prowokację. Kandydat się wściekł, pomyślał: to ja wam jeszcze pokażę. Wrócił do Krzeszowic i po roku przyniósł pakiet wierszy napisanych przez siebie. Oszołomił komisję i został członkiem Koła Młodych ZLP, a potem wybitnym pisarzem.Ile prawdy jest w tej anegdocie nie wiadomo, znając życie jest mocno podkoloryzowana, ale takie jest prawo legendy. Na pewno czyni to postać artysty tym bardziej intrygującą.
"Nie wiem co ci powiedzieć" składa się z sześciu opowiadań. W krótkiej notce na początku autor wyjaśnia, że część z nich pochodzi z wcześniejszego zbioru pt. "Nim zajdzie księżyc". Powodem było występowanie w nich tych samych bohaterów, o których pisał kolejne utwory. Dopełnieniem tej swoistej trylogii była zaś "Pawana". Jako że w mojej bibliotece dostępna była tylko ta książka, o której mam zamiar tu parę słów napisać, o pozostałych nic więcej nie wiem, nie wiem nawet, które opowiadania są tymi wykorzystanymi powtórnie.
Akcja wszystkich opowiadań dzieje się w Miasteczku i jego okolicach. Choć konkretna nazwa ani razu nie pada, po krótkim śledztwie możemy być pewni, że chodzi o podkrakowskie Krzeszowice z których wywodził się autor. Również czas akcji opisywanych historii jest wspólny, lato, wakacje, czas wolny spędzany to nad stawem, to na łące, to w restauracji "Turystyczna", to w ruinach Zamku, to na potańcówce. Jedynym wyjątkiem są otwierające zbiór "Góry słabo widoczne", tu panuje aura zimowa, co być może było powodem, że to akurat opowiadanie najbardziej przypadło mi do gustu. Jego bohaterowie, dwóch kumpli, wybiera się na wyprawę, której przebieg jest zupełnie niebanalny. Enigmatyczność utworu i jego mistyczna zagadkowość przekazana jednak w prostych słowach, pozwala na mnogość interpretacji pozostając historią, która zwyczajnie mogła się komuś przydarzyć.
Kolejne opowiadania skupiają się z reguły na przeróżnie podanych perypetiach około miłosnych. Pomimo pogodnego zdawałoby się miejsca i czasu, panuje w nich raczej melancholijny nastrój, rejsowy poeta rzekłby zapewne "smutek i nostalgia". Opowiadania pisane są w pierwszej osobie, językiem w granicach rozsądku naśladującym mowę potoczną. Forma pierwszych trzech pozostaje jednak dość konwencjonalna, podczas gdy w pozostałych autor pozwolił sobie na pewne "odloty", czy to próbując prozy poetyckiej, czy to mieszając różne płaszczyzny czasowe, czy to stosując pijaną narrację zbudowaną z pourywanych zdań, każde z innej parafii. Możliwe, że kluczowe jest tu wspomniane włączenie do zbiorku już raz opublikowanych opowiadań, ale to tylko teoria. Najbardziej podobał mi się jednak zabieg umieszczenia różnych bohaterów w jednym miasteczku, gdzie ich losy nie zawsze się przecinają, czasem może nieświadomie przechodzą obok siebie. A zdarza się też, że tylko jeden szczegół dotyczący topografii potwierdza, że dane opowiadanie również umiejscowione jest w Miasteczku.
Książkę czyta się szybko i przyjemnie i myślę, jeżeli ktoś nie zetknął się wcześniej z osobą i twórczością pana Czycza, to warto się z nią zaznajomić i nie poprzestawać na jednym dziele. Ja na pewno sięgnę po coś jeszcze.
PS. Inny fragment newsweekowego artykułu:
Jak przypominał Bogusław Żurakowski, poeta i wykładowca UJ, Staszek „twierdził, że nigdy nie odwiedzał najbardziej znanych miejsc w Krakowie, nie był na Wawelu, w Bazylice Mariackiej... I nigdy nie pozwalał mi zaprowadzić się tam”. Rzeczywiście, nie pamiętam, bym go widział na innej ulicy niż Krupnicza.automatycznie przypomina mi o Wieniedikcie Jerofiejewie i o pierwszym akapicie jego najsławniejszego dzieła:
Wszyscy powiadają: Kreml, Kreml. Od wszystkich o nim słyszałem, a sam nie widziałem go ani razu. Ileż to już razy (z tysiąc) na gazie albo na kacu przemierzałem Moskwę z północy na południe, z zachodu na wschód, z jednego końca na drugi, na wylot i na oślep – ale Kremla nie widziałem nigdy.
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Palmer Eldritch feat. Kidd "Stalker"
Klip do utworu zapowiadającego jedną z bardziej przeze mnie wyczekiwanych w tym roku płyt. Mowa oczywiście o albumie producenckim duetu Palmer Eldritch (nawiązanie do twórczości Philipa K. Dicka). Kawałek z gościnnym udziałem Kidda pt. "Stalker" nawiązuje, zarówno wizualnie jak i tekstowo, do filmu Tarkowskiego o tym samym tytule, będącym z kolei ekranizacją "Pikniku na skraju drogi" braci Strugackich. Szczerze polecam.
sobota, 11 stycznia 2014
rozkminka o vegas
Wydaje mi się, że w wypadku tej książki jej opis trzeba koniecznie poprzedzić króciutkim wstępem przybliżającym postać jej autora i okoliczności w jakich powstała. Hunter S. Thompson to amerykański dziennikarz, w swojej ojczyźnie postać legendarna, ikona wręcz. W kraju nad Wisłą chyba wciąż nie cieszy się taką uwagą na jaką zasługuje, w czym niebagatelną rolę odgrywa na pewno fakt, że zaledwie dwie jego książki zostały przetłumaczone na język polski. Na podstawie obydwu powstały filmy (Las Vegas Parano i Dziennik zakrapiany rumem). Nie każdy jednak kojarzy je z autorem książkowych pierwowzorów. "Lęk i odraza w Las Vegas" to chyba najbardziej znane dzieło autora, który na szerokie wody wypłynął książką pt. "Hell's Angels" opisującą słynny gang motocyklowy. Thompson, chcąc do tematu podejść możliwie najrzetelniej, na prawie dwa lata stał się jego członkiem. Skończyło się to dla niego dotkliwym pobiciem, ale i świetną, podobno, książką. Z biegiem lat Thompson wykształcił swój własny, indywidualny styl dziennikarstwa nazwanego później "gonzo". Polega on na całkowitym porzuceniu dziennikarskiego obiektywizmu, autor danego artykułu staje się jego bohaterem i bierze czynny udział w wydarzeniach przez siebie opisywanych. "Lęk i odraza" spełnia te warunki, warto dodać, że, jak pisze Jakub Żulczyk w posłowiu, "w literaturze amerykańskiej jest klasyfikowana jako powieść non-fiction i wymieniana jako jedno z najsłynniejszych dzieł nowego dziennikarstwa". A wszystko zaczęło się od tego, że Sports Illustrated zaoferowało Thompsonowi napisanie artykułu na 2500 słów o wyścigu motocyklowym Mint 400 odbywającym się w Las Vegas.
Akcja powieści rozpoczyna się w momencie, gdy dziennikarz sportowy Raoul Duke (alter ego Thompsona, pod tym nazwiskiem pierwotnie ukazał się tekst) wraz ze swym adwokatem Dr. Gonzo (w rzeczywistości Oscar Zeta Acosta) zmierza w stronę Las Vegas. Pozornie ich celem są wspomniane wyścigi i napisanie artykułu o nich, ale gdy tylko Raoul (pełniący rolę narratora pierwszoosobowego) zdradza nam zawartość bagażnika, od razu wiemy, że możemy się po nim spodziewać wszystkiego, tylko nie sumiennej relacji z zawodów.
Mieliśmy dwa worki marihuany, siedemdziesiąt pięć kulek meskaliny, pięć bibułek nasączonych ostrym kwasem, solniczkę nabitą kokainą i całą galaktykę tęczowych dołersów, głupawek i nakręcaczy... a także ćwiartkę tequili, ćwiartkę rumu, skrzynkę budweisera, pół litra eteru i sporo amylu.Powieści przyświeca bardzo sugestywne motto zaczerpnięte z Samuela Johnsona, a brzmiące "ten, kto czyni z siebie bestię, pozbywa się cierpień człowieczeństwa". Bohaterowie kierując się tą myślą ani na chwilę nie schodzą narkotycznego haju, rozbijają się naćpani po całym Vegas, wszędzie gdzie się udają niosą ze sobą chaos i brak szacunku dla wszelkich norm. Sytuacja robi się jeszcze bardziej absurdalna, gdy w drugiej części powieści przenoszą swoją uwagę z wyścigów na policyjną konferencję antynarkotykową, na którą zdobywają wejściówki.
Tak wygląda z grubsza pierwsza warstwa powieści. Szalony, narkotykowy rollercoaster pędzący z maksymalną prędkością, zaledwie kilka razy nieznacznie zwalniając. Jednak sprowadzenie "Lęku" tylko do tego, oznaczałoby potraktowanie go bardzo powierzchowne. W głębszej warstwie książka jest próbą charakterystyki i oceny pewnej epoki. Książka została napisana w roku 1971. Bohaterowie wciąż powtarzają, że ich prawdziwą misją jest poszukiwanie "amerykańskiego snu". Poprzednia dekada, lata sześćdziesiąte, które w pewnym sensie stworzyły bohaterów powieści, pełne były ideałów i śmiałych założeń, które miały dać ludziom lepszą przyszłość. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło, a rzeczywistość wokół przypomina koszmar. Skojarzyło mi się to z rozmową jaką przeprowadzał niedawno Żakowski z Romanem Polańskim. Pytał się reżysera o to jak zmieniło się Hollywood po zabójstwie Sharon Tate i innych przez bandę Mansona. Odpowiedź brzmiała: diametralnie. Wcześniej ludzie wychodząc z domu zostawiali drzwi otwarte na oścież, po tym tragicznym wydarzeniu zaczęli kupować broń i psy. W powieści nazwisko Mansona doczekało się kilku wzmianek, doskonale bowiem oddaje zmiany zachodzące wokół. Narkotyki brane przez bohaterów w ilościach hurtowych również są tego przykładem. Przecież według hipisowskich proroków LSD miało przynieść oświecenie, tymczasem okazuje się, że nie jest to niczym więcej jak drogą donikąd. Przykładów na to jest o wiele więcej, a ich zwieńczeniem jest słynny monolog o fali, który Thompson najczęściej czytał na spotkaniach autorskich, gdy ktoś poprosił o przeczytanie na głos jakiegoś fragmentu. Ja jednak najbardziej zapamiętałem inny cytat, krótki lecz nie mniej wymowny. W pewnym momencie bohater kradnie gazetę, by rzucić okiem na nagłówki:
Lektura pierwszej strony przywróciła mi dobry nastrój. W porównaniu z tymi zbrodniami moje postępki były niewielkie i bez znaczenia.Książkę czyta się bardzo szybko (w moim przypadku dwa wieczory), napisana jest prostym lecz bardzo żywym i komunikatywnym językiem, akcja jest wartka, pełna czarnego humoru, a sposób narracji umiejętnie wprowadza nas w stan lekkiego zagubienia jakie musieli odczuwać bohaterowie lektury. Jej dopełnieniem są znakomite ilustracje autorstwa Ralpha Steadmana. Książka stanowi też materiał do licznych przemyśleń i zachęca do sięgnięcia po kolejne dzieła autora. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że kilka tytułów w oryginale można po całkiem niezłej cenie dopaść na allegro, więc jeśli ktoś zna angielski, to może skorzystać. Ja chyba się skuszę.
Na koniec chciałbym jeszcze pochwalić tłumaczy. Nie czytałem oryginału, ale wydaje mi się, że wykonali dobrą robotę, a dodatkowe brawa należą się za liczne przypisy objaśniające nam przytaczane przez autora nazwiska i wydarzenia.
Tym, którzy chcieli by bliżej poznać arcyciekawą sylwetkę Huntera S. Thompsona, polecam świetny film dokumentalny pt. "Gonzo: The Life and Work of Dr. Hunter S. Thompson". Z polskim lektorem można obejrzeć tutaj (z polskim tytułem to się popisali, nie ma co).
Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html
rozkminka o dniach wideo
Skoro już poruszyłem temat deskorolki wpisem o "Sorry", to pomyślałem, że powinienem napisać o jeszcze jednym filmie, równie, a może nawet bardziej przełomowym, a poprzedzającym produkcję Flipa o ponad dekadę. Jednak głównym powodem dla którego chciałbym poruszyć ten temat jest rzucenie światła na deskorolkowe korzenie dwóch panów biorących wówczas udział w tym przedsięwzięciu, a dziś znanych i uznanych bohaterów hollywoodzkiego światka. Panowie ci to po pierwsze Spike Jonze, reżyser tak genialnych filmów jak "Być jak John Malkovich" i "Adaptacja", twórca licznych teledysków. Po drugie Jason Lee, aktor znany z chociażby z filmów Kevina Smitha czy serialu "Mam na imię Earl".
Kariery obu panów zaczęły się jednak od filmu firmy Blind zatytułowanego "Video Days". Już w chwili premiery uznany przez deskorolkowe środowisko za film tworzący historię i wyznaczający dalszą drogę rozwoju skateboardingu, a dziś nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości, że ma do czynienia z legendą. Spora w tym zasługa Spike'a, który był kamerzystą, a później film zmontował. Jego poczuciu humoru zawdzięczamy przykładowo fakt, że pod pierwszy przejazd podłożony jest utwór "I Want You Back" zespołu Jackson Five, co zdecydowanie kontrastowało z typowymi dla ówczesnych filmów deskorolkowych ostrymi kawałkami punkowymi. By zaś uzyskać prawa do tego utworu, Spike ściemnił, że film ma być rodzajem kampanii antyalkoholowej piętnującej siadanie za kierownicą po pijaku. Stąd takie a nie inne zakończenie filmu. To dzięki "Video Days" anonimowy dotychczas Spike Jonze został dostrzeżony przez Sonic Youth i poproszony o nakręceniu teledysku do utworu "100%". Na planie poznał Sofię Coppolę, swoją późniejszą małżonkę, co na pewno nie zaszkodziło jego późniejszej karierze. Co najważniejsze jednak, mimo kolejnych sukcesów na arenie już międzynarodowej, nie odciął się od swych deskorolkowych korzeni. W 1993 został współzałożycielem firmy Girl Skateboards i w jej późniejszych filmach był autorem krótkich, humorystycznych przerywników.
Z kolei Jason Lee już od końca lat 80-tych utrzymywał się z jazdy na deskorolce. W owych czasach jego umiejętności zdecydowanie wyróżniały się na tle pozostałych, o czym świadczy choćby fakt, że w "Video Days" jego przejazd umieszczony jest na końcu, a jak wiadomo miejsce to zawsze jest zarezerwowane dla najlepszego członka teamu. Jason Lee zapisał się w historii deskorolki wyjątkowo ładnie wykonywaniem triku o nazwie 360 flip. To właśnie w filmie Blinda wypatrzył go Kevin Smith, by później zaangażować go do jednej z głównych ról w swoich "Szczurach z supermarketu". W międzyczasie Lee wraz ze swym przyjacielem Chrisem Pastrasem założył firmę Stereo, która w 1994 wypuściła film pt. "Visual Sound", bardzo ciekawy pod względem nomen omen, wizualnym i muzycznym. Również Jason, mimo rozwoju swej aktorskiej kariery, wciąż podtrzymuje swe związki z deskorolką. Świadczy o tym wiele rzeczy, na przykład krótki przejazd w stosunkowo nowym filmie Stereo zatytułowanym Way Out East! czy wizyta na skateparku w Berrics.
Nie są to oczywiście wszystkie osoby zaangażowane w "Video Days". Obowiązkowo należy wspomnieć o żywej legendzie deskorolki jaką jest Mark Gonzales. Był on prekursorem ulicznego stylu jazdy jaki panuje dzisiaj. Jako pierwszy robił triki na poręczach, od jego nazwiska został nazwany słynny gap na Embarcadero przez który jako pierwszy przeskoczył (by po paru latach zrobić tam jeszcze kickflipa). Jako pierwszy zeskoczył z czterech schodów na Wallenbergu i zrobił jeszcze kilka trików, które z miejsca przeszły do legendy. W filmie jeździ do utworu Johna Coltrane'a i jego entuzjazm aż bije z ekranu. Gonzales jest zresztą człowiekiem-orkiestrą, oprócz deskorolki od zawsze parał się ogólnie pojętą sztuką, zajmuje się malarstwem, fotografią, tworzy ziny, jest pisarzem i poetą.
Kolejnym bohaterem, którego przejazd rozpoczynał film, był czternastoletni wówczas Guy Mariano, cudowne dziecko deskorolki. To co wyczyniał naprawdę było poza wszelką dyskusją, w niczym nie ustępował swoim starszym kolegom. Pięć lat później jego przejazd zamykał film Girl Skateboars pt. "Mouse" i był to już poziom o którym nikomu się nawet nie śniło. Później Guy popadł w uzależnienie od narkotyków, by w 2005 powrócić do profesjonalnej deskorolki.
W filmie wystąpili jeszcze Rudy Johnson, który na tle kolegów wyróżniał się elegancją jazdy i Jordan Richter, którego specjalnością była rampa. O nich jednak moja wiedza jest nikła. Johnson występował później w filmach Girl i Chocolate.
A tak panowie wyglądali po dwudziestu latach od premiery:
Kariery obu panów zaczęły się jednak od filmu firmy Blind zatytułowanego "Video Days". Już w chwili premiery uznany przez deskorolkowe środowisko za film tworzący historię i wyznaczający dalszą drogę rozwoju skateboardingu, a dziś nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości, że ma do czynienia z legendą. Spora w tym zasługa Spike'a, który był kamerzystą, a później film zmontował. Jego poczuciu humoru zawdzięczamy przykładowo fakt, że pod pierwszy przejazd podłożony jest utwór "I Want You Back" zespołu Jackson Five, co zdecydowanie kontrastowało z typowymi dla ówczesnych filmów deskorolkowych ostrymi kawałkami punkowymi. By zaś uzyskać prawa do tego utworu, Spike ściemnił, że film ma być rodzajem kampanii antyalkoholowej piętnującej siadanie za kierownicą po pijaku. Stąd takie a nie inne zakończenie filmu. To dzięki "Video Days" anonimowy dotychczas Spike Jonze został dostrzeżony przez Sonic Youth i poproszony o nakręceniu teledysku do utworu "100%". Na planie poznał Sofię Coppolę, swoją późniejszą małżonkę, co na pewno nie zaszkodziło jego późniejszej karierze. Co najważniejsze jednak, mimo kolejnych sukcesów na arenie już międzynarodowej, nie odciął się od swych deskorolkowych korzeni. W 1993 został współzałożycielem firmy Girl Skateboards i w jej późniejszych filmach był autorem krótkich, humorystycznych przerywników.
Z kolei Jason Lee już od końca lat 80-tych utrzymywał się z jazdy na deskorolce. W owych czasach jego umiejętności zdecydowanie wyróżniały się na tle pozostałych, o czym świadczy choćby fakt, że w "Video Days" jego przejazd umieszczony jest na końcu, a jak wiadomo miejsce to zawsze jest zarezerwowane dla najlepszego członka teamu. Jason Lee zapisał się w historii deskorolki wyjątkowo ładnie wykonywaniem triku o nazwie 360 flip. To właśnie w filmie Blinda wypatrzył go Kevin Smith, by później zaangażować go do jednej z głównych ról w swoich "Szczurach z supermarketu". W międzyczasie Lee wraz ze swym przyjacielem Chrisem Pastrasem założył firmę Stereo, która w 1994 wypuściła film pt. "Visual Sound", bardzo ciekawy pod względem nomen omen, wizualnym i muzycznym. Również Jason, mimo rozwoju swej aktorskiej kariery, wciąż podtrzymuje swe związki z deskorolką. Świadczy o tym wiele rzeczy, na przykład krótki przejazd w stosunkowo nowym filmie Stereo zatytułowanym Way Out East! czy wizyta na skateparku w Berrics.
Nie są to oczywiście wszystkie osoby zaangażowane w "Video Days". Obowiązkowo należy wspomnieć o żywej legendzie deskorolki jaką jest Mark Gonzales. Był on prekursorem ulicznego stylu jazdy jaki panuje dzisiaj. Jako pierwszy robił triki na poręczach, od jego nazwiska został nazwany słynny gap na Embarcadero przez który jako pierwszy przeskoczył (by po paru latach zrobić tam jeszcze kickflipa). Jako pierwszy zeskoczył z czterech schodów na Wallenbergu i zrobił jeszcze kilka trików, które z miejsca przeszły do legendy. W filmie jeździ do utworu Johna Coltrane'a i jego entuzjazm aż bije z ekranu. Gonzales jest zresztą człowiekiem-orkiestrą, oprócz deskorolki od zawsze parał się ogólnie pojętą sztuką, zajmuje się malarstwem, fotografią, tworzy ziny, jest pisarzem i poetą.
Kolejnym bohaterem, którego przejazd rozpoczynał film, był czternastoletni wówczas Guy Mariano, cudowne dziecko deskorolki. To co wyczyniał naprawdę było poza wszelką dyskusją, w niczym nie ustępował swoim starszym kolegom. Pięć lat później jego przejazd zamykał film Girl Skateboars pt. "Mouse" i był to już poziom o którym nikomu się nawet nie śniło. Później Guy popadł w uzależnienie od narkotyków, by w 2005 powrócić do profesjonalnej deskorolki.
W filmie wystąpili jeszcze Rudy Johnson, który na tle kolegów wyróżniał się elegancją jazdy i Jordan Richter, którego specjalnością była rampa. O nich jednak moja wiedza jest nikła. Johnson występował później w filmach Girl i Chocolate.
A tak panowie wyglądali po dwudziestu latach od premiery:
środa, 8 stycznia 2014
rozkminka o intruzie
"Intruz" to trzecia powieść Faulknera, po "Światłości w sierpniu" i "Koniokradach", za jaką się zabrałem. Zaczynałem jeszcze "Wściekłość i wrzask", nie przebrnąłem przez początek, ale zamierzam do niej powrócić w jakimś bardziej dogodnym momencie. Tymczasem zaś wziąłem na warsztat dzieło napisane na rok przed przyznaniem pisarzowi Nagrody Nobla. Mając już jako takie doświadczenie z faulknerowską prozą, wiedziałem mniej więcej czego mogę się spodziewać, bo zaznaczyć muszę, że wspomniane powyższe pozycje bardzo przypadły mi do gustu.
Na początku powinienem wspomnieć o rzeczy, która wiele osób może od "Intruza" odstraszyć, mianowicie o formie. Faulkner pisał tę książkę stosując jedną ze swoich ulubionych technik literackich - strumień świadomości. Po zakończeniu lektury usiłowałem sobie przypomnieć, czy było tam choć jedno zdanie pojedyncze. I dochodzę do wniosku, że, poza dialogami, chyba nie. Co więcej, bywało nieraz, że w misternie skonstruowane zdanie wielokrotnie złożone za pomocą nawiasów zostaje wtrącone kolejne zdanie, równie skomplikowane, a dotyczące jakiejś dygresji. Książka wymaga nieustannego skupienia, wystarczy chwila nieuwagi i już musimy cofnąć się o pół strony, by zorientować się o co w ogóle chodzi w zdaniu, które właśnie czytamy. Przyznaję, że mi przedzieranie się przez tę gęstwinę sprawiało jakąś, zapewne niejednokrotnie masochistyczną przyjemność, nie zdziwiłbym się jednak, gdyby ktoś w pewnym momencie miał dość. Ale taka już specyfika tego autora.
Jeśli kogoś poprzedni akapit nie odstraszył, to przejdźmy do treści. Umiejscowienie akcji nikogo nie zaskoczy, jesteśmy na amerykańskim Południu i doświadczamy tego każdym zmysłem. W mojej ocenie największym atutem powieści jest to jak sugestywnie Faulkner maluje słowem swoją krainę. Rzadko mam tak, by czytając książkę tak wyraźnie widzieć opisywaną w niej scenerię, zwykle skupiam się na fabule, relacjach bohaterów etc. W tym przypadku jednak najbardziej zachwyciła mnie możliwość zwiedzenia tak odległej, zarówno pod względem przestrzeni jak i czasu, krainy.
Akcja utworu opisywana jest z perspektywy nastoletniego, białego chłopca, Charlesa Mallisona. Jednak spiritus movens całej fabuły jest ktoś inny, a mianowicie niejaki Lucas Beauchamp, murzyn żyjący na ziemi pana Edmondsa, przyjaciela wuja młodego Charlesa. Przed kilkoma laty między Charlesem a Lucasem zawiązała się specyficzna więź, gdy ten ostatni uratował tego pierwszego przed utonięciem w strumieniu, w dodatku nie przyjął za to od niego pieniędzy. Teraz zaś pechowy murzyn oskarżony jest o zabójstwo, a co do jego winy nie ma najmniejszych wątpliwości, w końcu przyłapano go niemal na gorącym uczynku, gdy stał nad zwłokami Vinsona Gowriego, ze swym świeżo wystrzelonym pistoletem w kieszeni. Cudem nie zostaje zlinczowany na miejscu i szeryf zamyka go w areszcie, by tam zaczekał na uczciwy proces. Choć samo to czy się doczeka stoi pod znakiem zapytania, bowiem rodzina Gowrie, podobnie jak inne rodziny z podokręgu czwartego, siedziby osobników podejrzanego autoramentu do której nikt o zdrowych zmysłach nie wybiera się po zmroku, a murzyni omijają je nawet za dnia (tam właśnie miało miejsce zabójstwo), nie zwykła pozostawiać sądowi wymierzania kary za tego typu zniewagi.
Uwięziony Lucas prosi o wizytę wuja młodego Charlesa, wziętego adwokata Gavina Stevensa. Gdy jednak orientuje się, że ten nie uwierzy w jego tłumaczenia, swoje życie powierza w ręce jego siostrzeńca. To właśnie on rozpoczyna śledztwo, które rzuci światło na kulisy tajemniczego zabójstwa.
Sama intryga nie jest szczególnie wymyślna i chyba nawet nie miała taka być. Jest raczej pretekstem pozwalającym autorowi, na tle tej niecodziennej sytuacji snuć rozważania na temat sytuacji na Południu, relacji biali-czarni, rasizmu etc. Czyta się to ciekawie, zwłaszcza, że temat ten jest ukazany jako bardzo niejednoznaczny i trudny do ujęcia w jakiekolwiek ramy. Moją uwagę przykuły słowa jakie pisarz włożył w usta wuja-adwokata:
Pewnego dnia Lucas Beauchamp będzie mógł zabić białego człowieka strzałem w plecy tak samo nie narażając się na pętlę linczu czy płomień benzyny, jak gdyby to zrobił biały człowiek; przyjdzie czas, że będzie mógł głosować wszędzie i zawsze tak, jak biały człowiek, i będzie mógł posyłać swoje dzieci wszędzie do tej samej szkoły, do której chodzą białe dzieci, i podróżować wszędzie tam, gdzie i biały człowiek, tak jak podróżuje biały człowiek. Ale nie stanie się to w najbliższy wtorek.
Trzeba pamiętać, że wszystkich tych rzeczy, a także wielu innych, czarni byli pozbawieni w czasach gdy Faulkner to pisał. Na szczęście okazał się dobrym prorokiem, choć trzeba było jeszcze ładnych paru lat ludzkiego wysiłku, by te zmiany miały miejsce. A i dziś znajdzie się niejeden idiota dla którego te sprawy nie są oczywiste.
Jeszcze jedna refleksja naszła mnie w trakcie czytania "Inruza". Trudno mi określić kiedy konkretnie dzieje się opisywana tu historia, ale z kilku tropów wnioskuję, że jakoś po II Wojnie Światowej (chociażby odniesienia do bomby atomowej). Skoro książka opublikowana była w 1948, to przypuśćmy, że opisuje czasy "współczesne". Byłem w lekkim szoku, gdy zdałem sobie sprawę, że przecież jest to ten sam okres, w którym Jack Kerouac udał się na wyprawę autostopem przez całe Stany. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć jak to możliwe, że te dwa światy, wyzwoleni bitnicy i dźwigające jarzmo swych uprzedzeń Południe, mogły egzystować obok siebie. Cóż, zdarza się i tak, jak by podsumował Vonnegut. Pozwoliło mi to na pewno spojrzeć na Amerykę tamtego okresu z szerszej perspektywy.
Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)



