Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deskorolka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deskorolka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 lipca 2018
W bramie #06 - "Królowie Dogtown"
"Nieważne, kto jest najlepszy, tylko kto ma zajawkę", powiedział przed laty mój młody padawan, Arek. Dotyczyło to deskorolki, ale można to równie dobrze odnieść do wszystkiego. Zacząłem jeździć na desce w 2002, miałem czternaście lat. Matematyka jest okrutna, nie da się ukryć, ile lat mam teraz. Ale cały czas jeżdżę, choć nawet mnie samemu wydaje się to czasem śmieszne, gdy spojrzę na swoje wygibasy z boku. Ale jak powiedział Stikorama: "życie jest ciężkie, ale na desce jeździć trzeba". To takie rozważania na marginesie kolejnej rozmowy z Szymonem Teżewskim.
niedziela, 7 stycznia 2018
JETLAGZ (Kosi, Łajzol) - Harold Hunter (Skit Video) / prod. Ola Mulla
Na początku grudnia premierę miała płyta rapowego składu Jetlagz, współtworzonego przez warszawskiego weterana graffiti, którego zwrotkę pamiętam z pierwszej przesłuchanej przeze mnie w całości płyty hip-hopowej, a przede wszystkim z jednego z lepszych utworów o mazaniu sprejem. Powiem szczerze, że płyta WSK8OFMND spodobałaby mi się pewnie bardziej, gdybym był kierowcą. Dobrze by się jechało, puszczając głośno najeżone punchline'ami bangery. A tak płyta wleciała mi jednym uchem, drugim wyleciała i raczej do niej nie wrócę. Poza jednym utworem.
Harold Hunter zaczyna się znamiennie od słowa "kiedyś". Jak to powiedział Teżewiak, nagrywanie kawałków o wspomnieniach to pójście na łatwiznę, bo zawsze wychodzą zajebiście. Gdy ich słuchamy, prowokują nas samych do udania się sentymentalną podróż pamięcią do starych, dobrych czasów. A psychologowie dawno już stwierdzili, że jesteśmy tak skonstruowani przez naturę, że pamiętamy raczej te dobre rzeczy; złe nawet jeśli nie odchodzą całkowicie w niepamięć, to widziane z dystansu już tak nie bolą. To oczywiście tylko jeden z tego rodzaju mechanizmów. Tak już jesteśmy zaprogramowani (oszukiwani?) przez schopenhauerowską wolę życia, by jako ludzkość nie popełnić zbiorowego samobójstwa.
W każdym razie Harold Hunter także mnie zabrał na tego rodzaju wycieczkę w czasy zapamiętane przeze mnie jako absolutnie beztroskie (prawda była!). "Kiedyś byłem dzieciakiem jak Harold Hunter - śmigałem po mieście na desce z blantem". Nie było to lata dziewięćdziesiąte w Warszawie, ale i tak w pełni się utożsamiam i cieszę się w ten właśnie sposób została też upamiętniona postać Harolda Huntera, nowojorskiego skatera, który wystąpił filmie Kids (który zapoczątkował drugi deskorolkowy boom w Polsce) i przesadził z koksem... Odpalam jeszcze raz.
wtorek, 9 sierpnia 2016
Swiernalis - Sierść (Official Video)
Pamiętam, jakby to było wczoraj: wakacje 2005. Idę z deskorolką pod pachą na kino, miejscówkę, będącą w owym czasie punktem spotkań augustowskich skejtów. Już będąc za winklem słyszę charakterystyczny trzask desek, uderzających o asfalt. Za chwilę moim oczom ukazuje się cała miejscówka. Wśród osób tam jeżdżących dostrzegam nową twarz. Jakiś dzieciaczek (jak się okazało później, rok młodszy ode mnie, ale wyglądał na mniej, przynajmniej w moich oczach), którego od razu zaczynam obserwować ciekaw poziomu jego jazdy. Gdy robi ollie 180 frontside na murek o wysokości pięciu decków, nie mam więcej pytań. Okazuje się, że jest to niejaki Swiernal z Suwałk. Póżniej razem z nim, Maćkiem T., Dylanem i Grycem idziemy w obchód po miejscówkach. Później, już tylko z Maćkiem, odprowadzamy go na przystanek autobusowy. Proponuje nam, byśmy następnego dnia przyjechali do Suwałk. Tak się zaczyna międzymiastowa znajomość skejtowska. Skejci z Suwałk jeżdżą Augustowa, skejci z Augustowa do Suwałk. Deskorolka i alkohol. Triki i szalone imprezy. Po kilku latach Swiernal opuszcza Suwałki, by ostatecznie wylądować w Poznaniu. Tam zaczyna coraz poważniej działać w świecie muzycznym. Ostatni efekt jego poczynań można sprawdzić poniżej. Singiel, zapowiadający nową płytę, na której, co w moim przekonaniu należy podkreślić, teksty wszystkich piosenek napisane są po polsku. Powinno to być oczywiste, ale niestety, w naszym kraju jest to ewenement, zwłaszcza jeśli chodzi o młodych wykonawców.
piątek, 26 lutego 2016
rozkminka o niemożliwym
Jakiś czas temu miało miejsce wydarzenie, które poruszyło światek deskorolkowy. Ja, wstyd się przyznać, od dawna już nie śledzę doniesień z tej dziedziny tak szczegółowo jak kiedyś, ale, jak się okazało, ta wiadomość nie mogła mnie ominąć. Zaczęło się tak: odwiedziłem Pata, mojego dawno nie widzianego przyjaciela. Rozmawialiśmy o tym i o owym, każdy coś popijał, on browara, ja niestety herbatę. Wspomniał przy tym, że dzień wcześniej jego brat z kumplem oglądali jakiś filmik, na którym "jakiś koleś skakał na desce z w chuj wielkich schodów". Spoko, nie wywarło to na mnie większego wrażenia, codziennie kolejni deskorolkowi wariaci zaliczają coraz to bardziej hardkorowe miejscówki. Przeszedłem więc nad tą informacją do porządku dziennego. Nie na długo. Gdy wróciłem do domu i z głupia frant odpaliłem YouTube, w polecanych dla mnie filmach pojawił się ten pod tytułem "Jaws vs Lyon 25". I wówczas już wiedziałem, że nie chodziło o jakieś tam schody, tylko o TE schody.
Cofnijmy się trochę w czasie. W roku 2002 wyszedł deskorolkowy film firmy Flip pt. "Sorry". Pisałem o nim tutaj. Dla mnie jest to w jakiś sposób sprawa pokoleniowa, to właśnie ten film i pokazywani w nim deskorolkowcy byli dla mnie i dla moich kumpli... No właśnie, kim? Nie chcę powiedzieć autorytetami, bo to za duże słowo. Idol też mi tu nie pasuje, choć jest z pewnością bliższe prawdy, ale jak na deskorolkę w ujęciu moim i ówczesnego Flipa brzmi zbyt popkulturowo. Zostawmy to, zwał jak zwał, jest to w każdym razie jakiś fragment fundamentów mojej tożsamości, jak pompatycznie by to nie brzmiało. Przejdźmy jednak do rzeczy. Jednym z ówczesnych członków ekipy Flipa był, jak go niegdyś określiłem, "szwedzki panczur Boulala", o którym pisałem w ten sposób: "często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu >>jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek<< etc". W finale jego przejazdu pokazane były dwie nieudane próby zeskoczenia z dwudziestu pięciu schodów w Lyonie. Można je obejrzeć poniżej.
Bądźmy szczerzy, wyglądało to dość groteskowo i nie było raczej dowodem deskorolkowego kunsztu, tylko brawury i szaleństwa. Może przy dużej, naprawdę dużej, ilości szczęścia doszłoby to do skutku, ale raczej nikt, kto oglądał wówczas ten film, nie miał takich złudzeń. Nikt nie miał oporów przed nazywaniem Boulali wariatem (z tym zresztą trudno się nie zgodzić), byli też tacy, którzy otwarcie twierdzili, że porwał się na coś niemożliwego. Ci akurat mają się teraz z pyszna, tymi słowami staram się przejść w końcu do sedna. Co tu dużo gadać, poniżej możecie obejrzeć jak jakiś młodzik, którego nawet nie kojarzę (jak mówiłem, nie śledzę już tego zbytnio), zeskoczył z tych monumentalnych schodów, w dodatku nie zwykłym ollie, a melon grabem. Nie wiem nawet jak to skomentować, wiem, że była w tym jakaś magia, zawierająca się choćby w tym, że już w trakcie oglądania, nie bacząc na późną porę, zadzwoniłem do mojego ziomka ze starych deskorolkowych czasów, Dawida, a gdy tylko zacząłem mówić, okazało się, że nie muszę, nic tłumaczyć; oglądał już filmik, pogadaliśmy więc o tym wiekopomnym wydarzeniu i zgodnie stwierdziliśmy, że gdy tylko poprawi się pogoda, musimy wyjść pojeździć.
Największe wrażenie wywarły na mnie słowa, które padły z ust samego Aliego, obecnego przy kolejnych próbach jego pokoleniowego następcy. "Teraz wszystkim, którzy zarzucali mi, że, ryzykując zdrowiem, a może nawet życiem, próbowałem dokonać niemożliwego, mogę pokazać ten filmik. Niemożliwe, tak?". Przypomina mi to inną deskorolkową anegdotę, sięgającą, jeśli się nie mylę, końcówki lat 80-tych. Była wówczas w San Francisco kultowa miejscówka zwana Embarcadero (jakoś w okolicach roku 2000 przestała istnieć). Na tej miejscówce był olbrzymi gap. Kiedyś jakiś fotograf próbował namówić Marka Gonzalesa, już wówczas legendę i jednego z prekursorów street skatingu, by gap ów przeskoczył. Gonzales odparł krótko: "to niemożliwe, ten gap jest za duży". I wtedy fotograf zastosował diaboliczny podstęp, mówiąc: "jak to za duży, dziś rano widziałem jak jakiś małolat go przeskoczył". Gdy tylko Mark to usłyszał, zaraz zabrał się do roboty i już po chwili gap znany był na całym świecie jako Gonz Gap, od nazwiska pierwszej osoby, która go pokonała. Bo żadnego małolata oczywiście nie było.
czwartek, 17 września 2015
rozkminka o z-boyu
Wczoraj w końcu zabrałem się za przesłuchiwanie najnowszej płyty kalifornijskiego rapera Mursa pt. "Have a Nice Life". Słuchałem właśnie utworu nr 10, zatytułowanego "Skatin Through the City", który wywołał we mnie wiele pozytywnych uczuć. Tyle lat spędziłem jeżdżąc na deskorolce, w stu procentach zaangażowany w towarzyszącą jej otoczkę, że utwory w tym stylu odczuwam całym sobą. Skatin' through the city like I own this bitch - tak było, a teraz gdy tylko jadę na desce, co niestety zdarza się rzadko, cały czas tak jest. Kiedyś mój zapał był nieporównanie większy. W okresie gdy miałem powiedzmy 16-19 lat musiałem jeździć codziennie. To było nawet coś więcej niż pasja, to był nałóg. Jeśli przez jeden dzień nie jeździłem, bo przykładowo padał deszcz, miałem autentyczną depresję. W zimę szukaliśmy choćby kilku metrów kwadratowych suchej nawierzchni. Nie straszne były nam dwudziestostopniowe mrozy wdzierające się ostrym wiatrem przez powybijane okna zajętego przez nas pustostanu. Mógłbym wiele jeszcze napisać, ale tak naprawdę można to wszystko podsumować banalnym stwierdzeniem "stare, dobre czasy".
Jedną z ważniejszych czynności, obok najważniejszej czyli samej jazdy, było oglądanie filmów deskorolkowych. O dwóch pisałem tutaj i tutaj, przybliżając nieco całe zjawisko. Pamiętam jak pewnego dnia trafiłem na "Dogtown & Z-Boys", dokumentalny film ukazujący początki deskorolki. Młodzi surferzy, nie mogąc się doczekać porządnych fal, zaczęli wykorzystywać deski ze świeżo opatentowanymi kółkami poliuretanowymi, by surfować po ulicach San Francisco. W najśmielszych marzeniach nie przewidywali pewnie, że ich zajawka opanuje wkrótce cały świat.
W kilka lat po dokumencie przyszedł czas na film fabularny zainspirowany tymi wydarzeniami. Do dzisiaj uważam, że "Lords of Dogtown" jest jednym z nielicznych filmów, którym udało się oddać deskorolkowego ducha, pomimo przedstawienia historii przy pomocy typowo hollywoodzkiej narracji. Wpływ na to z pewnością miał fakt, że współautorem scenariusza i swego rodzaju opiekunem był Stacy Peralta, pierwowzór jednego z przedstawianych w filmie skaterów (swoją drogą reżyser dokumentu). Myślę, że gdybym laikowi miał wytłumaczyć czym jest deskorolka, "Lords of Dogtown" byłoby nader pomocne. Dodatkową zachętą może być Heath Ledger, występujący w istotnej, mimo że drugoplanowej, roli.
Zbliżam się do smutnej puenty. Pod koniec drugiej zwrotki Murs nawija Rest in peace Jay Adams, a mnie przechodzi dreszcz. Co? Jak? Sprawdzam pospiesznie wikipedię. Okazuje się, że to niestety prawda. Jeden z legendarny Z-Boysów zmarł w zeszłym roku na atak serca. Na pewno niebagatelną rolę odegrał tryb życia jaki prowadził przez wiele lat. Uzależnienie od narkotyków (m. in. heroiny) i wynikające z tego liczne konflikty z prawem. Wyszedł jednak na prostą, w czym na pewno pomogły wyżej wspomniane filmy, które przypomniały go światu. Od 2005 pozostawał czysty, wygłaszał nawet w szkołach wykłady "ku przestrodze". W przeciwieństwie do swoich kolegów, Stacy'ego Peralty i Tony'ego Alvy, nie zrobił kariery, ale to właśnie on najbardziej nam imponował swoją bezkompromisowością. Przy czym nawet wyżej wspomniani koledzy przyznawali, że był z nich wszystkich najlepszy. Powtarzam więc za Mursem Rest in peace Jay Adams i idę pojeździć choć przez chwilę.
JAY ADAMS
3.02.1961 - 15.08.2014
Jedną z ważniejszych czynności, obok najważniejszej czyli samej jazdy, było oglądanie filmów deskorolkowych. O dwóch pisałem tutaj i tutaj, przybliżając nieco całe zjawisko. Pamiętam jak pewnego dnia trafiłem na "Dogtown & Z-Boys", dokumentalny film ukazujący początki deskorolki. Młodzi surferzy, nie mogąc się doczekać porządnych fal, zaczęli wykorzystywać deski ze świeżo opatentowanymi kółkami poliuretanowymi, by surfować po ulicach San Francisco. W najśmielszych marzeniach nie przewidywali pewnie, że ich zajawka opanuje wkrótce cały świat.
W kilka lat po dokumencie przyszedł czas na film fabularny zainspirowany tymi wydarzeniami. Do dzisiaj uważam, że "Lords of Dogtown" jest jednym z nielicznych filmów, którym udało się oddać deskorolkowego ducha, pomimo przedstawienia historii przy pomocy typowo hollywoodzkiej narracji. Wpływ na to z pewnością miał fakt, że współautorem scenariusza i swego rodzaju opiekunem był Stacy Peralta, pierwowzór jednego z przedstawianych w filmie skaterów (swoją drogą reżyser dokumentu). Myślę, że gdybym laikowi miał wytłumaczyć czym jest deskorolka, "Lords of Dogtown" byłoby nader pomocne. Dodatkową zachętą może być Heath Ledger, występujący w istotnej, mimo że drugoplanowej, roli.
Zbliżam się do smutnej puenty. Pod koniec drugiej zwrotki Murs nawija Rest in peace Jay Adams, a mnie przechodzi dreszcz. Co? Jak? Sprawdzam pospiesznie wikipedię. Okazuje się, że to niestety prawda. Jeden z legendarny Z-Boysów zmarł w zeszłym roku na atak serca. Na pewno niebagatelną rolę odegrał tryb życia jaki prowadził przez wiele lat. Uzależnienie od narkotyków (m. in. heroiny) i wynikające z tego liczne konflikty z prawem. Wyszedł jednak na prostą, w czym na pewno pomogły wyżej wspomniane filmy, które przypomniały go światu. Od 2005 pozostawał czysty, wygłaszał nawet w szkołach wykłady "ku przestrodze". W przeciwieństwie do swoich kolegów, Stacy'ego Peralty i Tony'ego Alvy, nie zrobił kariery, ale to właśnie on najbardziej nam imponował swoją bezkompromisowością. Przy czym nawet wyżej wspomniani koledzy przyznawali, że był z nich wszystkich najlepszy. Powtarzam więc za Mursem Rest in peace Jay Adams i idę pojeździć choć przez chwilę.
3.02.1961 - 15.08.2014
sobota, 11 stycznia 2014
rozkminka o dniach wideo
Skoro już poruszyłem temat deskorolki wpisem o "Sorry", to pomyślałem, że powinienem napisać o jeszcze jednym filmie, równie, a może nawet bardziej przełomowym, a poprzedzającym produkcję Flipa o ponad dekadę. Jednak głównym powodem dla którego chciałbym poruszyć ten temat jest rzucenie światła na deskorolkowe korzenie dwóch panów biorących wówczas udział w tym przedsięwzięciu, a dziś znanych i uznanych bohaterów hollywoodzkiego światka. Panowie ci to po pierwsze Spike Jonze, reżyser tak genialnych filmów jak "Być jak John Malkovich" i "Adaptacja", twórca licznych teledysków. Po drugie Jason Lee, aktor znany z chociażby z filmów Kevina Smitha czy serialu "Mam na imię Earl".
Kariery obu panów zaczęły się jednak od filmu firmy Blind zatytułowanego "Video Days". Już w chwili premiery uznany przez deskorolkowe środowisko za film tworzący historię i wyznaczający dalszą drogę rozwoju skateboardingu, a dziś nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości, że ma do czynienia z legendą. Spora w tym zasługa Spike'a, który był kamerzystą, a później film zmontował. Jego poczuciu humoru zawdzięczamy przykładowo fakt, że pod pierwszy przejazd podłożony jest utwór "I Want You Back" zespołu Jackson Five, co zdecydowanie kontrastowało z typowymi dla ówczesnych filmów deskorolkowych ostrymi kawałkami punkowymi. By zaś uzyskać prawa do tego utworu, Spike ściemnił, że film ma być rodzajem kampanii antyalkoholowej piętnującej siadanie za kierownicą po pijaku. Stąd takie a nie inne zakończenie filmu. To dzięki "Video Days" anonimowy dotychczas Spike Jonze został dostrzeżony przez Sonic Youth i poproszony o nakręceniu teledysku do utworu "100%". Na planie poznał Sofię Coppolę, swoją późniejszą małżonkę, co na pewno nie zaszkodziło jego późniejszej karierze. Co najważniejsze jednak, mimo kolejnych sukcesów na arenie już międzynarodowej, nie odciął się od swych deskorolkowych korzeni. W 1993 został współzałożycielem firmy Girl Skateboards i w jej późniejszych filmach był autorem krótkich, humorystycznych przerywników.
Z kolei Jason Lee już od końca lat 80-tych utrzymywał się z jazdy na deskorolce. W owych czasach jego umiejętności zdecydowanie wyróżniały się na tle pozostałych, o czym świadczy choćby fakt, że w "Video Days" jego przejazd umieszczony jest na końcu, a jak wiadomo miejsce to zawsze jest zarezerwowane dla najlepszego członka teamu. Jason Lee zapisał się w historii deskorolki wyjątkowo ładnie wykonywaniem triku o nazwie 360 flip. To właśnie w filmie Blinda wypatrzył go Kevin Smith, by później zaangażować go do jednej z głównych ról w swoich "Szczurach z supermarketu". W międzyczasie Lee wraz ze swym przyjacielem Chrisem Pastrasem założył firmę Stereo, która w 1994 wypuściła film pt. "Visual Sound", bardzo ciekawy pod względem nomen omen, wizualnym i muzycznym. Również Jason, mimo rozwoju swej aktorskiej kariery, wciąż podtrzymuje swe związki z deskorolką. Świadczy o tym wiele rzeczy, na przykład krótki przejazd w stosunkowo nowym filmie Stereo zatytułowanym Way Out East! czy wizyta na skateparku w Berrics.
Nie są to oczywiście wszystkie osoby zaangażowane w "Video Days". Obowiązkowo należy wspomnieć o żywej legendzie deskorolki jaką jest Mark Gonzales. Był on prekursorem ulicznego stylu jazdy jaki panuje dzisiaj. Jako pierwszy robił triki na poręczach, od jego nazwiska został nazwany słynny gap na Embarcadero przez który jako pierwszy przeskoczył (by po paru latach zrobić tam jeszcze kickflipa). Jako pierwszy zeskoczył z czterech schodów na Wallenbergu i zrobił jeszcze kilka trików, które z miejsca przeszły do legendy. W filmie jeździ do utworu Johna Coltrane'a i jego entuzjazm aż bije z ekranu. Gonzales jest zresztą człowiekiem-orkiestrą, oprócz deskorolki od zawsze parał się ogólnie pojętą sztuką, zajmuje się malarstwem, fotografią, tworzy ziny, jest pisarzem i poetą.
Kolejnym bohaterem, którego przejazd rozpoczynał film, był czternastoletni wówczas Guy Mariano, cudowne dziecko deskorolki. To co wyczyniał naprawdę było poza wszelką dyskusją, w niczym nie ustępował swoim starszym kolegom. Pięć lat później jego przejazd zamykał film Girl Skateboars pt. "Mouse" i był to już poziom o którym nikomu się nawet nie śniło. Później Guy popadł w uzależnienie od narkotyków, by w 2005 powrócić do profesjonalnej deskorolki.
W filmie wystąpili jeszcze Rudy Johnson, który na tle kolegów wyróżniał się elegancją jazdy i Jordan Richter, którego specjalnością była rampa. O nich jednak moja wiedza jest nikła. Johnson występował później w filmach Girl i Chocolate.
A tak panowie wyglądali po dwudziestu latach od premiery:
Kariery obu panów zaczęły się jednak od filmu firmy Blind zatytułowanego "Video Days". Już w chwili premiery uznany przez deskorolkowe środowisko za film tworzący historię i wyznaczający dalszą drogę rozwoju skateboardingu, a dziś nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości, że ma do czynienia z legendą. Spora w tym zasługa Spike'a, który był kamerzystą, a później film zmontował. Jego poczuciu humoru zawdzięczamy przykładowo fakt, że pod pierwszy przejazd podłożony jest utwór "I Want You Back" zespołu Jackson Five, co zdecydowanie kontrastowało z typowymi dla ówczesnych filmów deskorolkowych ostrymi kawałkami punkowymi. By zaś uzyskać prawa do tego utworu, Spike ściemnił, że film ma być rodzajem kampanii antyalkoholowej piętnującej siadanie za kierownicą po pijaku. Stąd takie a nie inne zakończenie filmu. To dzięki "Video Days" anonimowy dotychczas Spike Jonze został dostrzeżony przez Sonic Youth i poproszony o nakręceniu teledysku do utworu "100%". Na planie poznał Sofię Coppolę, swoją późniejszą małżonkę, co na pewno nie zaszkodziło jego późniejszej karierze. Co najważniejsze jednak, mimo kolejnych sukcesów na arenie już międzynarodowej, nie odciął się od swych deskorolkowych korzeni. W 1993 został współzałożycielem firmy Girl Skateboards i w jej późniejszych filmach był autorem krótkich, humorystycznych przerywników.
Z kolei Jason Lee już od końca lat 80-tych utrzymywał się z jazdy na deskorolce. W owych czasach jego umiejętności zdecydowanie wyróżniały się na tle pozostałych, o czym świadczy choćby fakt, że w "Video Days" jego przejazd umieszczony jest na końcu, a jak wiadomo miejsce to zawsze jest zarezerwowane dla najlepszego członka teamu. Jason Lee zapisał się w historii deskorolki wyjątkowo ładnie wykonywaniem triku o nazwie 360 flip. To właśnie w filmie Blinda wypatrzył go Kevin Smith, by później zaangażować go do jednej z głównych ról w swoich "Szczurach z supermarketu". W międzyczasie Lee wraz ze swym przyjacielem Chrisem Pastrasem założył firmę Stereo, która w 1994 wypuściła film pt. "Visual Sound", bardzo ciekawy pod względem nomen omen, wizualnym i muzycznym. Również Jason, mimo rozwoju swej aktorskiej kariery, wciąż podtrzymuje swe związki z deskorolką. Świadczy o tym wiele rzeczy, na przykład krótki przejazd w stosunkowo nowym filmie Stereo zatytułowanym Way Out East! czy wizyta na skateparku w Berrics.
Nie są to oczywiście wszystkie osoby zaangażowane w "Video Days". Obowiązkowo należy wspomnieć o żywej legendzie deskorolki jaką jest Mark Gonzales. Był on prekursorem ulicznego stylu jazdy jaki panuje dzisiaj. Jako pierwszy robił triki na poręczach, od jego nazwiska został nazwany słynny gap na Embarcadero przez który jako pierwszy przeskoczył (by po paru latach zrobić tam jeszcze kickflipa). Jako pierwszy zeskoczył z czterech schodów na Wallenbergu i zrobił jeszcze kilka trików, które z miejsca przeszły do legendy. W filmie jeździ do utworu Johna Coltrane'a i jego entuzjazm aż bije z ekranu. Gonzales jest zresztą człowiekiem-orkiestrą, oprócz deskorolki od zawsze parał się ogólnie pojętą sztuką, zajmuje się malarstwem, fotografią, tworzy ziny, jest pisarzem i poetą.
Kolejnym bohaterem, którego przejazd rozpoczynał film, był czternastoletni wówczas Guy Mariano, cudowne dziecko deskorolki. To co wyczyniał naprawdę było poza wszelką dyskusją, w niczym nie ustępował swoim starszym kolegom. Pięć lat później jego przejazd zamykał film Girl Skateboars pt. "Mouse" i był to już poziom o którym nikomu się nawet nie śniło. Później Guy popadł w uzależnienie od narkotyków, by w 2005 powrócić do profesjonalnej deskorolki.
W filmie wystąpili jeszcze Rudy Johnson, który na tle kolegów wyróżniał się elegancją jazdy i Jordan Richter, którego specjalnością była rampa. O nich jednak moja wiedza jest nikła. Johnson występował później w filmach Girl i Chocolate.
A tak panowie wyglądali po dwudziestu latach od premiery:
środa, 8 stycznia 2014
rozkminka o flipie
Ostatnio, zupełnie przypadkowo, trafiłem na youtube na udostępniane przez French Freda materiały "behind the scenes" z filmu Flipa pt. "Sorry". Muszę przyznać, że podziałały na mnie trochę tak, jak słynna magdalenka na pana Prousta. Ale zacznijmy od początku: o co w ogóle chodzi z tym całym Flipem, kim jest French Fred i dlaczego "Sorry" nie ma na Filmwebie? Flip Skateboards to wywodząca się z Wielkiej Brytanii firma deskorolkowa. French Fred to Fred Mortagne, znany fotograf i twórca filmów deskorolkowych. Filmy deskorolkowe zaś, to bardzo ciekawa forma promocji jaką stosują deskorolkowe filmy. Otóż w ciągu kilkudziesięciu minut każdy sponsorowany przez firmę deskorolkowiec prezentuje co potrafi, z reguły na ulicznych miejscówkach. Na początku były to oczywiście miejscówki w jednym mieście, te na których jeżdżono zazwyczaj, jednak w czasach gdy kręcono "Sorry" normą było, że firmy fundowały swoim podopiecznym przejażdżki po całym świecie. Stąd chociażby ujęcia z Paryża czy Barcelony.
Bo deskorolka to specyficzny "sport". Wtajemniczeni wiedzą, że o klasie zawodnika wcale nie świadczą wyniki na zawodach (które wielu najlepszych po prostu olewa), a właśnie materiały nagrane z myślą o filmie. Pamiętam, że gdy w 2005 w Krakowie odbywały się zawody Etnies, na które zjechała się śmietanka skejterów z Europy i Stanów, to z prawdziwą przyjemnością słuchaliśmy późniejszej relacji pochodzącego z Krakowa Igora, który w wakacje gościł w Augustowie i opowiadał jak na owych zawodach radził sobie team Flipa. Że Salabanzi nie dojechał z powodu kontuzji, że Arto Saari skupił się na poszukiwaniach dobrego zioła, że Tom Penny nawet na chwilę nie wyszedł z knajpy, a Boulala wystartował będąc nieźle wciętym. I tego od nich oczekiwaliśmy, no ale uprzedzam fakty.
"Sorry" kręcone było od roku 2000, a premierę miało w 2002. Ja obejrzałem ten film po raz pierwszy w 2004 razem z sequelem "Really Sorry" wydanym w 2003 (to jest w ogóle ciekawa sprawa, był to okres przechodzenia od wydawania filmów na VHS do DVD i normą było wtedy, że film najpierw wychodził na kasecie, a po jakimś czasie wychodziła wersja DVD wzbogacona o dodatki. Flip się nie cackał i na DVD wyszedł sequel). Pamiętam, że film wywarł na mnie ogromne wrażenie i choć skończyłem go oglądać po jedenastej w nocy, to mimo to wziąłem deskę i naładowany pozytywną energię wyszedłem na osiedlową uliczkę skleić parę trików i podenerwować sąsiadów hałasem. Film wywarł podobne wrażenie nie tylko na mnie, ale i na całej ekipie z którą wtedy śmigałem. Oglądaliśmy go po wielokroć, jego bohaterowie byli naszymi mistrzami i często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu "jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek" etc. Wielu zwyczajnie naśladowało różne pozadeskowe szaleństwa wspomnianego Boulali.
Film w ogóle zaczyna się od wielkiej niespodzianki, gdyż pierwszą osobą jaką widzimy na ekranie jest... Johnny Rotten kojarzony głównie z Sex Pistols (choć ja o wiele bardziej cenię Public Image Ltd). Podstarzały punkowiec pełni w filmie rolę konferansjera, rozpoczyna go, kończy i zapowiada przejazdy kolejnych członków teamu. Siła tej ekipy tkwi w jej zróżnicowaniu, które nie przeszkadza jej w całkowitym zgraniu się i stworzeniu zwartej całości. Poza tym żaden z nich nie jeździ poniżej poziomu, który można określić jako mistrzowski, przy czym każdy ma swój własny, indywidualny styl. Kalifornijski piękniś Appleyard, szwedzki panczur Boulala, fruwający pod niebo Chalmers z Kanady, 15-letni Francuz z Kongo Salabanzi, nie znający lęku Rowley z Liverpoolu, śmigający po rampach duńczyk Glifberg, tajemniczy outsider Tom Penny z Oxfordu i wreszcie na finał, nomen omen Fin Arto Saari, którego występ Rotten poprzedza wstępem "you know, i'm looking at my notes here and i'm surprised that Arto Saari almost died twice while making this film
Dzieła dopełnia genialnie dobrany soundtrack, równie zróżnicowany jak osobowości bohaterów filmu. Jest Placebo, jest Edith Piaf, David Bowie, jest DJ robiący szuru-buru na break beatach i inni.
Warto wspomnieć o sequelu, który jest również świetny, jednak moim zdaniem pozbawiony genialności pierwowzoru. Nie występują w nim także Chalmers i Glifberg. W całości bowiem postawiono na street, a team wzbogacił się tym sposobem o Danny'ego Cereziniego (króciutki przejazd) i PJ Ladda (świetny przejazd dowodzący, że "silence is golden").
W 2009 wyszła trzecia część zatytułowana "Extremely Sorry", jednak to już nie było to. Mimo że triki na najwyższym poziomie, to zniechęcały zmiany w ulubionej ekipie (skład z czasów "Sorry" po tylu latach jestem w stanie wymienić z pamięci obudzony w środku nocy), do tego nie byłem już dzieciakiem by ślepo się jarać jakimiś tam skejterami. Ale sentyment do pewnego okresu w życiu i historii pozostał, jak widać. Mam nadzieję, że każdy ma swój prywatny odpowiednik mojego "Sorry", który wywołuje w nim podobne emocje, bo to coś pięknego.
Bo deskorolka to specyficzny "sport". Wtajemniczeni wiedzą, że o klasie zawodnika wcale nie świadczą wyniki na zawodach (które wielu najlepszych po prostu olewa), a właśnie materiały nagrane z myślą o filmie. Pamiętam, że gdy w 2005 w Krakowie odbywały się zawody Etnies, na które zjechała się śmietanka skejterów z Europy i Stanów, to z prawdziwą przyjemnością słuchaliśmy późniejszej relacji pochodzącego z Krakowa Igora, który w wakacje gościł w Augustowie i opowiadał jak na owych zawodach radził sobie team Flipa. Że Salabanzi nie dojechał z powodu kontuzji, że Arto Saari skupił się na poszukiwaniach dobrego zioła, że Tom Penny nawet na chwilę nie wyszedł z knajpy, a Boulala wystartował będąc nieźle wciętym. I tego od nich oczekiwaliśmy, no ale uprzedzam fakty.
"Sorry" kręcone było od roku 2000, a premierę miało w 2002. Ja obejrzałem ten film po raz pierwszy w 2004 razem z sequelem "Really Sorry" wydanym w 2003 (to jest w ogóle ciekawa sprawa, był to okres przechodzenia od wydawania filmów na VHS do DVD i normą było wtedy, że film najpierw wychodził na kasecie, a po jakimś czasie wychodziła wersja DVD wzbogacona o dodatki. Flip się nie cackał i na DVD wyszedł sequel). Pamiętam, że film wywarł na mnie ogromne wrażenie i choć skończyłem go oglądać po jedenastej w nocy, to mimo to wziąłem deskę i naładowany pozytywną energię wyszedłem na osiedlową uliczkę skleić parę trików i podenerwować sąsiadów hałasem. Film wywarł podobne wrażenie nie tylko na mnie, ale i na całej ekipie z którą wtedy śmigałem. Oglądaliśmy go po wielokroć, jego bohaterowie byli naszymi mistrzami i często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu "jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek" etc. Wielu zwyczajnie naśladowało różne pozadeskowe szaleństwa wspomnianego Boulali.
Film w ogóle zaczyna się od wielkiej niespodzianki, gdyż pierwszą osobą jaką widzimy na ekranie jest... Johnny Rotten kojarzony głównie z Sex Pistols (choć ja o wiele bardziej cenię Public Image Ltd). Podstarzały punkowiec pełni w filmie rolę konferansjera, rozpoczyna go, kończy i zapowiada przejazdy kolejnych członków teamu. Siła tej ekipy tkwi w jej zróżnicowaniu, które nie przeszkadza jej w całkowitym zgraniu się i stworzeniu zwartej całości. Poza tym żaden z nich nie jeździ poniżej poziomu, który można określić jako mistrzowski, przy czym każdy ma swój własny, indywidualny styl. Kalifornijski piękniś Appleyard, szwedzki panczur Boulala, fruwający pod niebo Chalmers z Kanady, 15-letni Francuz z Kongo Salabanzi, nie znający lęku Rowley z Liverpoolu, śmigający po rampach duńczyk Glifberg, tajemniczy outsider Tom Penny z Oxfordu i wreszcie na finał, nomen omen Fin Arto Saari, którego występ Rotten poprzedza wstępem "you know, i'm looking at my notes here and i'm surprised that Arto Saari almost died twice while making this film
Dzieła dopełnia genialnie dobrany soundtrack, równie zróżnicowany jak osobowości bohaterów filmu. Jest Placebo, jest Edith Piaf, David Bowie, jest DJ robiący szuru-buru na break beatach i inni.
Warto wspomnieć o sequelu, który jest również świetny, jednak moim zdaniem pozbawiony genialności pierwowzoru. Nie występują w nim także Chalmers i Glifberg. W całości bowiem postawiono na street, a team wzbogacił się tym sposobem o Danny'ego Cereziniego (króciutki przejazd) i PJ Ladda (świetny przejazd dowodzący, że "silence is golden").
W 2009 wyszła trzecia część zatytułowana "Extremely Sorry", jednak to już nie było to. Mimo że triki na najwyższym poziomie, to zniechęcały zmiany w ulubionej ekipie (skład z czasów "Sorry" po tylu latach jestem w stanie wymienić z pamięci obudzony w środku nocy), do tego nie byłem już dzieciakiem by ślepo się jarać jakimiś tam skejterami. Ale sentyment do pewnego okresu w życiu i historii pozostał, jak widać. Mam nadzieję, że każdy ma swój prywatny odpowiednik mojego "Sorry", który wywołuje w nim podobne emocje, bo to coś pięknego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







