Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łez padół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łez padół. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 czerwca 2018
rozkminka o muralu
O tym, że w Warszawie dwóm sąsiadującym ze sobą rondom nadano patronów w postaci Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza, wiedziałem już dawno temu. Wiedziałem o tym już wówczas, gdy moi kumple mieszkali przy ulicy Zajączka i regularnie ich tam odwiedzałem. Na zakupy często chodziliśmy do pobliskiego centrum handlowego Arkadia i w tym momencie należy wspomnieć o mojej ignorancji. Wspomniane ronda dosłownie sąsiadują ze wspomnianym centrum. Gdybym tylko był tego świadomy, odwiedziłbym je już dawno temu. Ale, jak widać, co się odwlecze, to nie uciecze. Nie wiem, kiedy bym do nich dotarł, gdyby nie to, że podczas ostatniego, weekendowego pobytu w Warszawie zapragnąłem obejrzeć film "Czuwaj", właśnie w Arkadii. Z mieszkania siostry na Starych Bielanach szedłem piechotą, bo gdyby Bóg nie chciał, żeby człowiek chodził, dałby mu koła zamiast nóg. Wcześniej w mieszkaniu sprawdzałem na google maps trasę (nie jestem cyborgiem, żeby być stale podłączonym do sieci) i wtedy właśnie zorientowałem się w tym bliskim sąsiedztwie.
Nie mogłem sobie odmówić odwiedzin w tym miejscu - Janek i Maklak to dla mnie ważne i niosące multum inspiracji postacie. Po raz pierwszy poznałem ich chyba za pośrednictwem Rejsu (w tym sensie, że wiedziałem, że oni to oni - wcześniej widziałem ich przecież w dzieciństwie choćby w "Stawiam na Tolka Banana, gdzie Maklakiewicz wcielał się pasera, Aksamitnego Heńka, a Himilsbach pojawiał się w jednym z epizodów w, jakżeby inaczej, knajpie). Legenda o ich przyjaźni, ułańskiej fantazji i umiłowaniu wolności od samego początku silnie do mnie przemawiała. Z wiekiem oczywiście byłem coraz bardziej świadomy różnych negatywnych konsekwencji takiej postawy, mimo to duet ten pozostał dla mnie istotny. Nie mniejszą rolę odegrała ich działalność artystyczna - Maklakiewicz to według mnie jeden z bardziej niedocenionych polskich aktorów, Himilsbach zaś był znacznie lepszym pisarzem, niż wielu jest w stanie dzisiaj przyznać. Bardzo cenną pozycją, pomagającą poznanie tych dwóch panów, była książka Macieja Łuczaka, "Wniebowzięci, czyli jak to się robi hydrozagadkę", zawierająca multum ciekawych informacji i anegdot, a także licznych odwołań do świata kultury (to dzięki niej poznałem chociażby Wieniczkę Jerofiejewa).
Ronda, będące celem mojego spaceru nie wyglądają szczególnie imponująco, ale to bardzo dobrze. Całkowicie na marginesie "głównego nurtu", zupełnie jak jego imiennicy. Znamienny jest też dla mnie fakt, że leżą pod i po dwóch stronach Alei Jana Pawła II - przecież nawet sam Jezus miał u swego boku dwóch łotrów... Gdy tam dotarłem, panował upał i trochę żałowałem, że nie piję już alkoholu. Strzelić po jednym zimnym piwku ku pamięci każdego z dwóch przyjaciół, byłoby jak znalazł. Zadowoliłem się jednak chwilą namysłu podczas siedzenia na jednym z kamieni pod wiaduktem i zrobieniem kilku zdjęć (miałem aparat Zorkę 5)
Oto wspomniane ronda:
Jak się okazało, wzdłuż uliczki między nimi, pod wiaduktem, namalowano mural przedstawiający od strony każdego ronda portret i biografię poszczególnego patrona, a łączyła ich taśma filmowa z kadrami z filmów, w których występowali. Bardzo mi się podobał ten pomysł, wykonanie zresztą też. Szkoda, że od strony Janka mural jest trochę odrapany, może warto by było trochę to poprawić.
Żaden z miłośników legendarnego duetu nie może sobie pozwolić na ominięcie tego miejsce. Zdecydowanie warto je odwiedzić.
wtorek, 5 czerwca 2018
rozkminka o brylu
Kiedy w 2014 napisałem coś w rodzaju epitafium dla Marka Nowakowskiego, prawdę mówiąc, zaskoczyłem tym samego siebie. Nigdy bym się nie spodziewał, że śmierć akurat tego człowieka pogrąży mnie w tak sprzyjającym refleksji nastroju. Spontanicznie przelałem na "papier" wszystko to, co wtedy chodziło mi po głowie, by przekonać się, jak ważny dla mnie to był autor. Odwrotnie było w przypadku Konwickiego - dla nikogo nie było niespodzianką, że będę musiał poświęcić mu kilka słów. Wraz z nimi przyszła jednak obawa, by nie stało się to rutyną, odhaczaniem kolejnych zmarłych artystów. Tak się nie stało. Kolejne i jak dotąd jedno, napisane poniewczasie epitafium dotyczyło deskorolkowca, Jaya Adamsa.
Wczoraj na moją skrzynkę mejlową zaczęły przychodzić kolejne powiadomienia o komentarzach, zamieszczanych pod wrzuconym niegdyś przeze mnie filmem dokumentalnym o postaci Roberta Brylewskiego. Długo poszukiwałem tego filmu, gdy więc wreszcie go znalazłem, postanowiłem podzielić się nim z innymi. We wspomnianych komentarzach pojawiał się jeden zwrot: RIP. Przez chwilę jeszcze się oszukiwałem, że może coś źle zrozumiałem, ale szybki rzut oka na serwisy informacyjne rozwiał wszelkie wątpliwości. Zmarł Robert Brylewski.
Człowiek, który był (i wciąż pozostaje) symbolem artysty totalnego i bezkompromisowego. Znamienne jest, że na swojej sztuce nigdy się nie wzbogacił, pomimo tak ogromnego dorobku do końca pozostawał gdzieś na marginesie głównego nurtu. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością, na pewno stało się to jednak dzięki ogromnej kolekcji płyt i kaset mojego ojca. Zarówno "czarna" Brygada Kryzys, jak i liczne bootlegi Kryzysu i Brygady, a do tego wszystkiego Izrael i jego "Biada, biada, biada" (choć nie przepadam za reggae, zwłaszcza polskim, to tę płytę uwielbiam). Później doszła do tego jeszcze Armia, założona z Tomaszem Budzyńskim, byłym wokalistą Siekiery. Ich płyta "Legenda" to dla mnie jedna z lepszych polskich płyt.
Jednym z częściej cytowanych przeze mnie utworów muzycznych jest "Ambicja". Zawsze kiedy rozmawiam z kimś, kogo opętali wszelkiej maści kołcze i kaznodzieje sukcesu, zaczynam cicho nucić lekko mantrujące "twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój bóg, ambicja to twoja szalona religia - ja nie gram, ja nie przegram". Przy tym oczywiste mi się wydaje, że nie oznacza to postawy kwietyzmu i opuszczenia rąk w geście przegranej. Po prostu nie mam zamiaru tańczyć tak, jak ktoś mi zagra. Jak Brylewski gram swoje. I choć nie powstanie już trzecia płyta Brygady Kryzys i "Kryzys kapitalizmu", to choć zabrzmi to banalnie, Brylewski wciąż będzie tworzył za pośrednictwem rzeszy ludzi, których przez lata inspirował.
Wczoraj na moją skrzynkę mejlową zaczęły przychodzić kolejne powiadomienia o komentarzach, zamieszczanych pod wrzuconym niegdyś przeze mnie filmem dokumentalnym o postaci Roberta Brylewskiego. Długo poszukiwałem tego filmu, gdy więc wreszcie go znalazłem, postanowiłem podzielić się nim z innymi. We wspomnianych komentarzach pojawiał się jeden zwrot: RIP. Przez chwilę jeszcze się oszukiwałem, że może coś źle zrozumiałem, ale szybki rzut oka na serwisy informacyjne rozwiał wszelkie wątpliwości. Zmarł Robert Brylewski.
Człowiek, który był (i wciąż pozostaje) symbolem artysty totalnego i bezkompromisowego. Znamienne jest, że na swojej sztuce nigdy się nie wzbogacił, pomimo tak ogromnego dorobku do końca pozostawał gdzieś na marginesie głównego nurtu. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością, na pewno stało się to jednak dzięki ogromnej kolekcji płyt i kaset mojego ojca. Zarówno "czarna" Brygada Kryzys, jak i liczne bootlegi Kryzysu i Brygady, a do tego wszystkiego Izrael i jego "Biada, biada, biada" (choć nie przepadam za reggae, zwłaszcza polskim, to tę płytę uwielbiam). Później doszła do tego jeszcze Armia, założona z Tomaszem Budzyńskim, byłym wokalistą Siekiery. Ich płyta "Legenda" to dla mnie jedna z lepszych polskich płyt.
Jednym z częściej cytowanych przeze mnie utworów muzycznych jest "Ambicja". Zawsze kiedy rozmawiam z kimś, kogo opętali wszelkiej maści kołcze i kaznodzieje sukcesu, zaczynam cicho nucić lekko mantrujące "twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój bóg, ambicja to twoja szalona religia - ja nie gram, ja nie przegram". Przy tym oczywiste mi się wydaje, że nie oznacza to postawy kwietyzmu i opuszczenia rąk w geście przegranej. Po prostu nie mam zamiaru tańczyć tak, jak ktoś mi zagra. Jak Brylewski gram swoje. I choć nie powstanie już trzecia płyta Brygady Kryzys i "Kryzys kapitalizmu", to choć zabrzmi to banalnie, Brylewski wciąż będzie tworzył za pośrednictwem rzeszy ludzi, których przez lata inspirował.
piątek, 27 października 2017
sobota, 7 października 2017
rozkminka o przyjaźni
Jakiś czas temu zmarł Hugh Hefner, ale choć to jego śmierć sprowokowała niejako ten wpis, to nie będzie on dotyczył bezpośrednio jego osoby, tak jak w przypadku Nowakowskiego, czy Konwickiego. Przypomniał mi on po prostu o pewnym serialu, a raczej jego konkretnym odcinku, do napisania o którym od dawna się przymierzałem, chcąc się podzielić moimi wątpliwościami z nim związanymi. Sam Hefner był mi osobą praktycznie obojętną, jego dokonania średnio mnie obeszły. Playboya nigdy chyba nawet nie miałem w rękach, kojarzy mi się z nim tylko jedna sytuacja, gdy przyszedłem do znajomych w odwiedziny i znajoma to czasopismo czytała, co wydało mi się niesamowicie seksowne. Ale sam Hefner, zasuszony staruszek, otoczony wianuszkiem półnagich piękności w wieku jego prawnuczek, nie budził zbyt pozytywnych uczuć.
Jego cameo zepsuło też według mnie jeden z odcinków genialnego serialu Entourage. Serialu, który po pierwszych odcinkach może wydawać się niczym więcej jak hymnem na cześć hedonistycznego stylu życia - główny bohater, Vince, zostaje odkryty przez Hollywood, okrzyczany "nowym Johnnym Deppem" i wraz z przyjaciółmi zaczyna pławić się w luksusach, które wiążą się z jego obecnym statusem. Rezydencje z basenami, sportowe samochody, wszelkiej maści używki i zabawy z pięknymi aktorkami i modelkami. Wystarczy jednak pozostać z serialem trochę dłużej, by zorientować się, że tak naprawdę wszystko to jest tylko nieistotną otoczką, a jego głównym tematem i motywem przewodnim jest w rzeczywistości potęga męskiej przyjaźni. Nieważne na jaką próbę wystawiona, będzie trwać pomimo wszystko. Chyba, że na scenie pojawi się Hefner.
Odcinek z nim jest bowiem w tej materii bolesnym zgrzytem, którego po prostu nie rozumiem. Drugi sezon, trzeci odcinek: Vince zostaje zaproszony do posiadłości podstarzałego plejboja. Jego świta również, rzecz jasna. Z jednym wyjątkiem: Johnny Drama, brat przyrodni Vince'a, który w Hollywood przebywa dobre dziesięć lat dłużej niż reszta i od tego czasu bezskutecznie próbuje zrobić tam karierę, ma dożywotni zakaz wstępu do posiadłości Hefnera, ze względu na ekscesy, których dopuścił się tam w przeszłości. Już w tym momencie moja empatia zostaje wystawiona na próbę, bo zamiast machnąć ręką i nie pchać się tam, gdzie go nie chcą (ja bym tak zrobił), Drama za wszelką cenę usiłuje przedostać się do posiadłości. Kumple próbują przemycić go w bagażniku, ale zostaje on odkryty przez ochronę i przegnany na cztery wiatry.
W tym momencie następuję wspomniany zgrzyt. Tego, że Drama wraca samotnie wzdłuż drogi na jakimś odludziu, a jego kumple, jak gdyby nigdy nic idą się bawić, nie jestem w stanie zrozumieć, ani zaakceptować. Nie wyobrażam sobie, żebym ja opuścił kumpla w takiej sytuacji, nie wyobrażam sobie, żeby kumple zachowali się w ten sposób w stosunku do mnie. Przypomina mi się impreza, na którą mój przyjaciel, Dawid, miał zakaz wstępu. Dla kurażu trzasnęliśmy pół litra na bulwarach, a potem udaliśmy się na miejsce imprezy, gdzie zdecydowany byłem wynegocjować uchylenie zakazu. Gdy okazało się, że nie ma takiej możliwości, bezczelnie zażądałem kieliszków i kolejną butelką rozpiliśmy na klatce schodowej, praktycznie pod drzwiami.
Jestem sobie w stanie wyobrazić, że inaczej by było w przypadku, gdyby to była impreza u Hefnera, to jednak zupełnie inny poziom niż domówka w zapyziałym bloku. Ale, cholera jasna, bohaterowie serialu z tego typu imprezami mają do czynienia na co dzień. Naprawdę nie widzę różnicy między pięknymi kobietami z posiadłości Hefnera, a tymi, które odwiedzają rezydencję Vince'a. Jak się jednak okazuje, cała ta otoczka, którą wokół siebie wytworzył Hefner, okazuje się silniejsza. Zamiast pokazać staremu dziadowi środkowy palec, wynieść z imprezy skrzynkę wódki, rozpić ją pod bramą, a potem rozpętać jakąś zadymę, wszyscy pozostają pod wpływem czaru czarnoksiężnika-plejboja. Kłaniają mu się w pas, a jego życzenie jest dla nich niemożliwym do zakwestionowania rozkazem. I przez to nie jestem w stanie tego odcinka oglądać.
Zastanawiam się tylko, czy pośród fanów Entourage jest ktoś, kto podziela moje przemyślenia odnośnie tej kwestii. A może jestem jakimś dziwakiem, szukającym dziury w całym, a opisywana sytuacja jest dla wszystkich najzupełniej oczywista i normalna. Trudno mi jednak w to uwierzyć.
wtorek, 27 czerwca 2017
Mati opowiada #3 - U Wiesia
Udało się odnaleźć w archiwach filmik sprzed mniej więcej roku. Oznacza to, że nie mam już nic więcej na składzie. Tymczasem... Bo jakieś tam pomysły chodzą mi po głowie, na pohybel niejakiemu XYZ, któremu tak czy siak dziękuję za komentarz.
poniedziałek, 5 czerwca 2017
rozkminka o vlogu
Kiedyś miałem pomysł na vloga, ale go porzuciłem, mimo że parę razy pogadałem coś do kamery. Ostatnio wróciłem do tych filmików i stwierdziłem, że po co mają się kurzyć w szufladzie, wrzucę je, co mi szkodzi... Jeden jest sprzed roku, jeden sprzed dwóch lat. Gdzieś tam jest jeszcze jeden filmik, w przeciwieństwie do poniższych nagrywany w lato (chyba dwa lata temu), ale trzeba go znaleźć. Jak znam siebie, to nie będę mógł się powstrzymać i nagram jeszcze jakieś głupoty w przyszłości. Tak w ogóle nie jestem specjalistą od vlogów, ale wydaje mi się, że nagrywane są raczej w pomieszczeniach, więc mój się wyróżnia. Jedyne założenie, jakie przed sobą stawiam, to że zostanie on uliczno-plenerowy.
czwartek, 4 maja 2017
rozkminka o dziarach 1
Zawsze podobały mi się tatuaże. To znaczy, podobały mi się bardzo, bardzo, bardzo, w czasach gdy stosunkowo rzadko się je widywało, a ich posiadacze byli, mówiąc oględnie, charakterystyczni. Ich dziary też były charakterystyczne. Wykonanie raczej prymitywne, w jednolitym sinym kolorze, proste, naiwne lub wulgarne motywy. Przy tym wszystkim było w tym coś zakazanego, nie oszukujmy się. Ten ich aspekt zresztą chyba najbardziej mi imponował. Poza tym posiadacz takiej ozdoby z pewnością z niejednego pieca chleb jadł i niejedno miał do opowiedzenia. Później tatuaże stawały się coraz bardziej popularne i społecznie akceptowane, może i dobrze, ale dla mnie to już nie było to. Za ładne to wszystko, kolorowanki a la Disney, tak na to mówiłem. A tamte, zachowane na skórze ludzi coraz starszych, dalej mnie fascynowały.
Pewnego razu odkryłem stronę, założoną przez człowieka, który moją fascynację podzielał, gdzie publikowano zdjęcia i historie takich właśnie ludzi. Autor strony zachęcał, by rozmawiać z wydziaranymi, starszymi ludźmi, by ich tatuaż stał się okazją do poznania ich osoby. Zacząłem wówczas wypatrywać potencjalnych rozmówców i okazało się wówczas, że jest ich wcale niemało. Długo jednak musiałem próbować przełamać swą nieśmiałość, zanim zdobyłem się na zagajenie któregoś z nich. A gdy się w końcu udało, to okazało się, że strona zawiesiła działalność (tak się domyślam, fanpage na facebooku zniknął, a na mejla nie otrzymałem do tej pory odpowiedzi). W związku z tym, żeby ta krótka opowieść nie skończyła w szufladzie i by kontynuować chwalebne dzieło autora strony DZIARY NASZYCH STARYCH, wrzucam to tutaj. Z pewnością pojawią się też kolejne. Może ktoś oprócz mnie odnajdzie w tym magię.
Pewnego razu odkryłem stronę, założoną przez człowieka, który moją fascynację podzielał, gdzie publikowano zdjęcia i historie takich właśnie ludzi. Autor strony zachęcał, by rozmawiać z wydziaranymi, starszymi ludźmi, by ich tatuaż stał się okazją do poznania ich osoby. Zacząłem wówczas wypatrywać potencjalnych rozmówców i okazało się wówczas, że jest ich wcale niemało. Długo jednak musiałem próbować przełamać swą nieśmiałość, zanim zdobyłem się na zagajenie któregoś z nich. A gdy się w końcu udało, to okazało się, że strona zawiesiła działalność (tak się domyślam, fanpage na facebooku zniknął, a na mejla nie otrzymałem do tej pory odpowiedzi). W związku z tym, żeby ta krótka opowieść nie skończyła w szufladzie i by kontynuować chwalebne dzieło autora strony DZIARY NASZYCH STARYCH, wrzucam to tutaj. Z pewnością pojawią się też kolejne. Może ktoś oprócz mnie odnajdzie w tym magię.
Pan Janek, lat 63. Spotkany przy ulicy Lipowej w Białymstoku. Za drobnym wynagrodzeniem rzeczowym pokazał kilka tatuaży. Ma ich więcej, na plecach i na nogach, ale pogoda nie zachęcała do nadmiernego obnażania. Jak mówi, tatuaże pochodzą "i z wolności i stamtąd". Pierwszy, jeśli dobrze zrozumiałem chodziło o LOVE na knykciach, pochodzi jeszcze z czasów, gdy pan Janek był w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Jego wujek, świętej w pamięci, wyszedł wtedy z więzienia, cały w tatuażach, miał między innymi wytatuowaną czarną podkoszulkę i czarne skarpety. Małemu Jankowi bardzo się to spodobało i prosił wujka, by coś podobnego mu załatwił. Gdy pewnego razu wujek sobie popił, wziął Janka na barana i zaniósł gdzie trzeba. I tak to się zaczęło. Umówiliśmy się, że gdy pogoda będzie bardziej odpowiednia, pan Janek pokaże pozostałe dziary. O jednej z nich opowiedział: w wojsku codziennie sprawdzano czystość nóg, więc na palcach nożnych wytatuował "chuju czyste". Od tej pory jego nóg nie sprawdzano, ale musiał zrobić sto pompek.
wtorek, 7 lutego 2017
rozkminka o lubelskim 22
Nakleili, ale zgodnie z tym co nakleili, nie można naklejać. Ale gdyby nie nakleili, to można by było naklejać. To można, czy nie?
niedziela, 25 października 2015
rozkminka o nowej rzeczywistości
Jak żyć w "nowej" rzeczywistości? Tak samo jak w starej: zarzucamy antydepresanty i jakoś to będzie.
sobota, 10 października 2015
wtorek, 9 czerwca 2015
wczoraj i dziś 4
W ostatni weekend Zubek miał urodziny, odwiedziliśmy go więc. Na miejscu, pośród wielu innych atrakcji, miałem okazję obejrzeć imponującą kolekcję puszek po piwie. Jedna z nich stała się dla mnie biletem do wspomnienia czasów gimnazjum (2001-2004). Napojem najchętniej wówczas spożywanym przez jego uczniów był tzw. "kinger". Wtajemniczeni wiedzieli, że chodzi o Kenigera, piwo z Biedronki, nabywane przez wyglądającego na starszego kolegę lub wynoszone pod kurtką (w tym ostatnim przypadku najlepiej smakowało). Charakterystyczna niebieska puszka ze złotymi literami na tle czerwonej tarczy wyglądała przepięknie i wciąż tak wygląda, o czym miałem okazję się przekonać. Zawartość spożywało się w przeróżnych miejscach, ja najmilej wspominam ławkę pośród drzew w odludnych wówczas okolicach amfiteatru. Czy muszę jeszcze dodawać, że wspomniana zawartość była przepyszna?
W następnych latach "kingery" odeszły w zapomnienie, było przecież tyle piw do wypróbowania. Niemal dziesięć lat później, gdy robiłem zakupy w Biedronce, nagle w oko wpadła mi znajoma nazwa. Puszka jednak wyglądała zupełnie inaczej. Czerwona, moim zdanie brzydsza. Wiedziony ciekawością jak też po latach ocenię podniebieniem wykwalifikowanego chlora to jedno z moich pierwszych piw, zakupiłem jedną sztukę. Jakież było moje rozczarowanie, gdy po wzięciu pierwszego łyka, napój okazał się być wyjątkowo ohydny. "Ja choć czasem nie dojadam, zawsze dopijam", skończyłem je więc, a potem zacząłem się zastanawiać. Do dziś jednak nie wiem jaka jest prawda. Czy piwo się zepsuło przez lata (zmieniła się przecież rozlewnia), czy może ja byłem mniej wybredny (w to jednak trudno jest mi uwierzyć). Cóż, cytując Wieniczkę "Tego nikt nie wie i teraz już nigdy się nie dowie. Do tej pory przecież nie wiem, czy car Borys zamordował carewicza Dymitra czy na odwrót?"
W następnych latach "kingery" odeszły w zapomnienie, było przecież tyle piw do wypróbowania. Niemal dziesięć lat później, gdy robiłem zakupy w Biedronce, nagle w oko wpadła mi znajoma nazwa. Puszka jednak wyglądała zupełnie inaczej. Czerwona, moim zdanie brzydsza. Wiedziony ciekawością jak też po latach ocenię podniebieniem wykwalifikowanego chlora to jedno z moich pierwszych piw, zakupiłem jedną sztukę. Jakież było moje rozczarowanie, gdy po wzięciu pierwszego łyka, napój okazał się być wyjątkowo ohydny. "Ja choć czasem nie dojadam, zawsze dopijam", skończyłem je więc, a potem zacząłem się zastanawiać. Do dziś jednak nie wiem jaka jest prawda. Czy piwo się zepsuło przez lata (zmieniła się przecież rozlewnia), czy może ja byłem mniej wybredny (w to jednak trudno jest mi uwierzyć). Cóż, cytując Wieniczkę "Tego nikt nie wie i teraz już nigdy się nie dowie. Do tej pory przecież nie wiem, czy car Borys zamordował carewicza Dymitra czy na odwrót?"
sobota, 12 lipca 2014
rozkminka o lecie
W chwili gdy to piszę, za oknem leje deszcz, pogoda jest więcej niż nędzna, drugi dzień nie wychodzę z domu i zastanawiam się, czy rzeczywiście mam ochotę przejechać się do Suwałk, by posłuchać nieco bluesa. Wszystko to razem skłania mnie, bym w końcu skrobnął coś o dwóch zdjęciach, które uwieczniły momenty mojego życia, wywołujące różne refleksje.
Z reguły zamieszczając zdjęcia skłaniające mnie do rozkminek o tym łez padole, tworzę w efekcie teksty przepełnione bądź to goryczą, bądź ironią, a najczęściej jednym i drugim. Tym razem jednak będzie inaczej, z czego bardzo się cieszę.
Któregoś popołudnia wybraliśmy się z Szymonem T. na rowerową przejażdżkę. Padał wtedy od czasu do czasu drobny deszczyk, bez porównania z tym, co dzieje się teraz. Gdy byliśmy w okolicach Bepisu, na niebie pojawiła się tęcza. Dotarło wtedy do mnie, że chyba nigdy przedtem nie zdarzyło mi się widzieć tęczy, która zakreślałaby pełny łuk. Zawsze były to jakieś małe fragmenty. Tym razem zaś jeden koniec wyrastał z jeziora, drugi zaś zanurzał się gdzieś pośród niskich domów dzielnicy Borki. Od razu przypomniały się legendy o garnkach ze złotem (nad brzegiem jeziora stał wędkarz, może mu się poszczęściło?). Aż sam się teraz śmieję, gdy sobie przypominam, ile to zwyczajne w sumie zjawisko, dało mi wówczas radości. Jak słusznie podsumował Szymon, coraz rzadziej zdarza się nam widzieć coś po raz pierwszy, stąd też plan na przyszłość, by takich dotychczas nie zauważonych fajnych rzeczy, dostrzegać jak najwięcej. Zdjęcie nie oddaje oczywiście w pełni tego, co widziałem na własne oczy, ale bardzo się cieszę, że powstało (jego autorem jest Szymon) i mogę się nim podzielić ze światem.
Innego dnia w naszych rowerowych peregrynacjach wziął udział niejaki Puman. Sprawiło mi to ogromną radość, bo to mój dobry kumpel, a niestety bardzo rzadko mamy okazję się spotkać, ostatni raz widzieliśmy się dobry rok temu. Przejechaliśmy się nad jezioro Sajno, w miejsce zwane Słoneczną Polaną. Tam właśnie Szymon cyknął nam fotkę, która z mojej strony jest drobnym oszustwem, pozuję bowiem z piwkiem, choć przecież to już dwa i pół roku odkąd nie piję. Gdy później patrzyłem na to zdjęcie, zdałem sobie nagle sprawę, że, cholera jasna, w tym roku, we wrześniu, naszej przyjaźni stuknie już dwadzieścia lat. Kawał czasu, kiedy to zleciało? Przecież jeszcze nie tak dawno temu siedzieliśmy przy jednym stoliku w zerówce i wymienialiśmy się karteczkami. Od tego czasu upłynęło już tyle wody w Netcie i drugie tyle gorzałki, optymizmem napawa więc fakt, że wciąż mamy o czym ze sobą pogadać i tematem nie są jedynie wspomnienia.
Z reguły zamieszczając zdjęcia skłaniające mnie do rozkminek o tym łez padole, tworzę w efekcie teksty przepełnione bądź to goryczą, bądź ironią, a najczęściej jednym i drugim. Tym razem jednak będzie inaczej, z czego bardzo się cieszę.
Któregoś popołudnia wybraliśmy się z Szymonem T. na rowerową przejażdżkę. Padał wtedy od czasu do czasu drobny deszczyk, bez porównania z tym, co dzieje się teraz. Gdy byliśmy w okolicach Bepisu, na niebie pojawiła się tęcza. Dotarło wtedy do mnie, że chyba nigdy przedtem nie zdarzyło mi się widzieć tęczy, która zakreślałaby pełny łuk. Zawsze były to jakieś małe fragmenty. Tym razem zaś jeden koniec wyrastał z jeziora, drugi zaś zanurzał się gdzieś pośród niskich domów dzielnicy Borki. Od razu przypomniały się legendy o garnkach ze złotem (nad brzegiem jeziora stał wędkarz, może mu się poszczęściło?). Aż sam się teraz śmieję, gdy sobie przypominam, ile to zwyczajne w sumie zjawisko, dało mi wówczas radości. Jak słusznie podsumował Szymon, coraz rzadziej zdarza się nam widzieć coś po raz pierwszy, stąd też plan na przyszłość, by takich dotychczas nie zauważonych fajnych rzeczy, dostrzegać jak najwięcej. Zdjęcie nie oddaje oczywiście w pełni tego, co widziałem na własne oczy, ale bardzo się cieszę, że powstało (jego autorem jest Szymon) i mogę się nim podzielić ze światem.
Innego dnia w naszych rowerowych peregrynacjach wziął udział niejaki Puman. Sprawiło mi to ogromną radość, bo to mój dobry kumpel, a niestety bardzo rzadko mamy okazję się spotkać, ostatni raz widzieliśmy się dobry rok temu. Przejechaliśmy się nad jezioro Sajno, w miejsce zwane Słoneczną Polaną. Tam właśnie Szymon cyknął nam fotkę, która z mojej strony jest drobnym oszustwem, pozuję bowiem z piwkiem, choć przecież to już dwa i pół roku odkąd nie piję. Gdy później patrzyłem na to zdjęcie, zdałem sobie nagle sprawę, że, cholera jasna, w tym roku, we wrześniu, naszej przyjaźni stuknie już dwadzieścia lat. Kawał czasu, kiedy to zleciało? Przecież jeszcze nie tak dawno temu siedzieliśmy przy jednym stoliku w zerówce i wymienialiśmy się karteczkami. Od tego czasu upłynęło już tyle wody w Netcie i drugie tyle gorzałki, optymizmem napawa więc fakt, że wciąż mamy o czym ze sobą pogadać i tematem nie są jedynie wspomnienia.
czwartek, 10 lipca 2014
rozkminka o literatach
W dzisiejszej rozmowie z matką i ciotką dowiedziałem się, że jeszcze kilka lat temu pisarze to była elita i nie przeklinali publicznie. No i skojarzyła mi się ta wypowiedź. Koresponduje ona też jakoś z postem o poczuciu wyższości.
poniedziałek, 5 maja 2014
rozkminka o sztuce bulwarów
Przyznaję, że raczej nie zdarza mi się odwiedzać galerii sztuki, choć oczywiście zdarzają się wyjątki od tej reguły (na przykład gdy ciśnie mnie dwójka i szukam kibla). Często za to włóczę się ulicami miasta i coraz częściej dochodzę do wniosku, że to właśnie wśród zaułków i bram możemy trafić na ulotne przebłyski czegoś nieuchwytnego co porusza w nas czułe struny. W ostatnią sobotę, wraz z dwoma Szymonami - T. i Z. - przemierzyliśmy szlak wzdłuż rzeki Netty, od mostu do jeziora Necko. Był już dość późny wieczór i na każdej mijanej przez nas ławce odbywał się mniej lub bardziej huczny bankiet. Z samych urywków rozmów można byłoby ułożyć wiersze jeszcze mniej zrozumiałe niż te Białoszewskiego, tak kreatywni są ludzie jeśli chodzi tworzenie swego indywidualnego języka. Jednak spontaniczna potrzeba wyrażenia siebie objawia się także na inne sposoby, co mogłem zaobserwować dziś pokonując tę samą trasę za dnia.
Taka, mogłoby się wydawać zwykła bulwarowa ławka ocieniona daszkiem, skrywa pod swym okapem, ekspozycję, która gdyby wystawić ją w jakiejś Zachęcie czy czymś takim, na pewno wywołała by liczne dyskusje i interpretacje, może nawet Stanisława Celińska wpadła tam z dynamitem. W takich warunkach nie będzie o niej głośno, nie przetrwa też długo, góra do najbliższego weekendu. To jednak czyni ją tym bardziej elitarną. Oczywiście te marnej jakości zdjęcia są ledwo namiastką tego, jakie wrażenie odnosi się widząc to na żywo, ale czułem się w obowiązku to utrwalić. Mnie najbardziej intryguje co symbolizować ma ta jedna wysoka i ciemna butelka wyraźnie odróżniająca się pękatych butli noszących godło Agropol (zawsze je lubiłem, 900 mililitrów, człowiek mógł wziąć solidnego łyka, bez obaw, że zaraz zabraknie). Może jej szlachetny kształt i wysoka szyjka uświadamia nam sytuację artysty, który zawsze w jakiejś mierze pozostanie wyróżniający się spośród go pospolitości?
Zadziwia mnie też dająca się tu zauważyć pewna forma metafizycznej ciągłości międzypokoleniowej. Pamiętam bowiem, że "za moich czasów" pod daszkiem wznoszącym się nad ławką położonej w zupełnie innym punkcie rzeki, jakieś artystyczne dusze skrupulatnie wytapetowały całe wnętrze torebkami po Leśnych Dzbanach. Żałuję, że wówczas tego nie sfotografowałem. Byłby materiał do porównań.
Taka, mogłoby się wydawać zwykła bulwarowa ławka ocieniona daszkiem, skrywa pod swym okapem, ekspozycję, która gdyby wystawić ją w jakiejś Zachęcie czy czymś takim, na pewno wywołała by liczne dyskusje i interpretacje, może nawet Stanisława Celińska wpadła tam z dynamitem. W takich warunkach nie będzie o niej głośno, nie przetrwa też długo, góra do najbliższego weekendu. To jednak czyni ją tym bardziej elitarną. Oczywiście te marnej jakości zdjęcia są ledwo namiastką tego, jakie wrażenie odnosi się widząc to na żywo, ale czułem się w obowiązku to utrwalić. Mnie najbardziej intryguje co symbolizować ma ta jedna wysoka i ciemna butelka wyraźnie odróżniająca się pękatych butli noszących godło Agropol (zawsze je lubiłem, 900 mililitrów, człowiek mógł wziąć solidnego łyka, bez obaw, że zaraz zabraknie). Może jej szlachetny kształt i wysoka szyjka uświadamia nam sytuację artysty, który zawsze w jakiejś mierze pozostanie wyróżniający się spośród go pospolitości?
Zadziwia mnie też dająca się tu zauważyć pewna forma metafizycznej ciągłości międzypokoleniowej. Pamiętam bowiem, że "za moich czasów" pod daszkiem wznoszącym się nad ławką położonej w zupełnie innym punkcie rzeki, jakieś artystyczne dusze skrupulatnie wytapetowały całe wnętrze torebkami po Leśnych Dzbanach. Żałuję, że wówczas tego nie sfotografowałem. Byłby materiał do porównań.
wtorek, 31 grudnia 2013
rozkminka o sylwestrze
wtorek, 24 grudnia 2013
rozkminka o ogłoszeniu
Ogłoszenie całkowicie bezpretensjonalne i unikające wszelkich niedomówień. Zainteresowaniem się jednak, jak widać, nie cieszy. Ludzie przyzwyczajeni, że za darmo można tylko w mordę dostać, a czasem nawet to nie, węszą zapewne w szczerych intencjach tanią prowokację. Przerażający jest ten coraz powszechniejszy brak zaufania do bliźnich.
piątek, 22 listopada 2013
rozkminka o anty-anty
sobota, 22 czerwca 2013
rozkminka o przyczynie
DROGI CZYTELNIKU
Kolejna tajemnicza osoba, która prostym napisem na słupku podtrzymującym daszek ocieniający bulwarową ławkę, wyraziła coś, co genialnie podsumowuje genezę przynajmniej 90% arcydzieł wszelkiego rodzaju. Coś każe nam odcisnąć piętno swej osoby na otaczającej nas rzeczywistości. Najprostszym sposobem jest nabazgranie wspomnianego wyżej "DUPA" lub czegoś w tym guście, czasem jednak z niewiadomych przyczyn uznajemy to za niewystarczające i decydujemy się na wypowiedź mniej lakoniczną. Ale jej źródło pozostaje w gruncie rzeczy niezmienne.
Kolejna tajemnicza osoba, która prostym napisem na słupku podtrzymującym daszek ocieniający bulwarową ławkę, wyraziła coś, co genialnie podsumowuje genezę przynajmniej 90% arcydzieł wszelkiego rodzaju. Coś każe nam odcisnąć piętno swej osoby na otaczającej nas rzeczywistości. Najprostszym sposobem jest nabazgranie wspomnianego wyżej "DUPA" lub czegoś w tym guście, czasem jednak z niewiadomych przyczyn uznajemy to za niewystarczające i decydujemy się na wypowiedź mniej lakoniczną. Ale jej źródło pozostaje w gruncie rzeczy niezmienne.
czwartek, 11 kwietnia 2013
wczoraj i dziś
Pewien artykuł z Wysokich Obcasów (fetyszyzm zobowiązuje mnie do lektury), a zwłaszcza jeden smakowity fragment, skojarzył mi się z fragmentem "Pięknych dwudziestoletnich" Hłaskowera.
Link do artykułu
Tu fragment:
Natalia, 21 lat, studiuje dziennikarstwo, działa w Polskiej Partii Narodowej
Radia Maryja zaczęłam słuchać w wieku 17 lat. Chciałam się przekonać, co to jest. Odpowiadało mi światopoglądowo. Za dużo było jednak o Bogu, a ja zupełnie nie tego szukałam. Interesowałam się nacjonalizmem: Narodowym Odrodzeniem Polski, ONR-em. Pisałam teksty publicystyczne, wiersze. O Aleksandrze Łukaszence tak:
''Szanuję go bardzo i lubię,/
Choć nie jest on z mojej Ojczyzny./
Niech żyje i stoi przy swoim/
Nasz Sąsiad, cud - Syn Słowiańszczyzny!''.
Kurwa mać, ludziska, toż to obleśny socrealizm-zombie wygrzebuje się z piachu. Do "Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin" trochę brakuje, ale nie każdy ma nazwisko do którego można dopasować tak zajebiste rymy.
A fragment z Hłaski?
Proszsz baadzo:
W roku 1954 odbył się w Oborach Zjazd Młodych, na który i ja pojechałem. (...)
Była tam jedna dziewczyna, której nazwiska nie mogę sobie przypomnieć; pamiętam tylko, że była ładna wyjątkowo. Pewnego dnia odczytała nam fragment swojej prozy; była to opowieść o funkcjonariuszach bezpieki.
Panowie ci, po długich i serdecznych rozmowach, przekonywali więźniów, nad którymi została im powierzona opieka, iż ci działali niewłaściwie, i więźniowie rzucali im się na pierś z łkaniem wyrażając skruchę i obiecując poprawę. To wszystko co pamiętam z tego zjazdu; było tam wielu commies, ale nawet oni zachowywali pełne żenady milczenie, a ja patrząc na śliczną buzię czytającej myślałem sobie: „Dlaczego ona nie może zostać po prostu dziwką?
Dlaczego musi jeszcze pisać?
Link do artykułu
Tu fragment:
Natalia, 21 lat, studiuje dziennikarstwo, działa w Polskiej Partii Narodowej
Radia Maryja zaczęłam słuchać w wieku 17 lat. Chciałam się przekonać, co to jest. Odpowiadało mi światopoglądowo. Za dużo było jednak o Bogu, a ja zupełnie nie tego szukałam. Interesowałam się nacjonalizmem: Narodowym Odrodzeniem Polski, ONR-em. Pisałam teksty publicystyczne, wiersze. O Aleksandrze Łukaszence tak:
''Szanuję go bardzo i lubię,/
Choć nie jest on z mojej Ojczyzny./
Niech żyje i stoi przy swoim/
Nasz Sąsiad, cud - Syn Słowiańszczyzny!''.
Kurwa mać, ludziska, toż to obleśny socrealizm-zombie wygrzebuje się z piachu. Do "Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin" trochę brakuje, ale nie każdy ma nazwisko do którego można dopasować tak zajebiste rymy.
A fragment z Hłaski?
Proszsz baadzo:
W roku 1954 odbył się w Oborach Zjazd Młodych, na który i ja pojechałem. (...)
Była tam jedna dziewczyna, której nazwiska nie mogę sobie przypomnieć; pamiętam tylko, że była ładna wyjątkowo. Pewnego dnia odczytała nam fragment swojej prozy; była to opowieść o funkcjonariuszach bezpieki.
Panowie ci, po długich i serdecznych rozmowach, przekonywali więźniów, nad którymi została im powierzona opieka, iż ci działali niewłaściwie, i więźniowie rzucali im się na pierś z łkaniem wyrażając skruchę i obiecując poprawę. To wszystko co pamiętam z tego zjazdu; było tam wielu commies, ale nawet oni zachowywali pełne żenady milczenie, a ja patrząc na śliczną buzię czytającej myślałem sobie: „Dlaczego ona nie może zostać po prostu dziwką?
Dlaczego musi jeszcze pisać?
poniedziałek, 26 listopada 2012
rozkminka o modłach
To trochę smutne jak w wyniku językowych dwuznaczności, miejsce w którym poważni ludzie chcieli oddać hołd wartościom będącym nieodłączną częścią ich życia, staje się powodem do żartów i miejscem pielgrzymek okolicznych narkusów, by tam zaaplikować to co zwykle, tym razem jednak ze znakiem jakości Najświętszej Panienki. Nie żeby to był jakiś powszechny ruch, ale coś takiego zdarzyło się przynajmniej raz, proszę nie pytać skąd o tym wiem.
Ale z drugiej strony, nie przesadzajmy, nie jest to żadna zbrodnia, dopóki trzymamy się zasad konspiracji do łagru nas nie wsadzą.
Podsumowując cytatem z Okolicznego Elementu: "przykre, chociaż trochę chce się śmiać".
PS. Wszystkim chcącym likwidacji ogródków działkowych "chuj w dupę i w chałupę" cytując innego rapera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







