piątek, 22 listopada 2013

rozkminka o anty-anty

Współtwórcę tego dzieła chętnie bym poznał (tego od flamastra, nie od szpreja). Świetny pomysł i sugeruję, by widząc różne takie niezbyt nam odpowiadające malunki na murach, zamiast biadolić, przerabiać na inną modłę. Coś na zasadzie Kidda: "Podobno jestem zjebem, co tam biorę w nocy spray/Każde HG na mieście ma nagle dopisek Wells"

piątek, 15 listopada 2013

rozkminka o falkonie

Tydzień mija od rozpoczęcia tegorocznego Falkonu, można więc z perspektywy czasu opisać i ocenić to wydarzenie z całą subiektywnością na jaką mnie stać. Był to trzeci konwent w mojej karierze i chyba bawiłem się na nim najlepiej. Nie wiem jak duży wpływ na to miał fakt, że był to mój pierwszy konwent nie w Warszawie. Co wygenerowało jedną tylko istotną niedogodność, mianowicie z mojej wsi brak jakichkolwiek połączeń z Lublinem i trzeba kombinować na około. Jak zacząłem kombinować to koniec końców wyszło na to, że musiałem zrywać się o 5.30, przesiadać się w Białymstoku, a już na miejscu drałować z dworca PKS (podobno najbrzydszy w Polsce, nie mam zbyt wielkiego porównania, ale jestem w stanie w to uwierzyć) do punktu docelowego jakim były Targi Lublin. Tam spotkanie z moim ziomkiem Jasiszem i błyskawiczna akredytacja. W tym momencie poczułem, że wszystko idzie ku lepszemu, bo w pamięci miałem Polcon. Co prawda na rozpoczęcie jakichkolwiek punktów programowych i otwarcie szkoły z miejscami noclegowymi musieliśmy czekać jeszcze ponad dwie godziny, ale szatnia działała sprawnie, można było zostawić graty i przejść się na Stare Miasto. Które jest zresztą zajebiste, takie stare i takie miejskie. Dzięki temu, że byliśmy w pierwszej grupie która hurmem wdarła się do noclegowni, byliśmy w tej luksusowej sytuacji, że wszystko było blisko (dworzec PKP, Biedronka) i w tej kwestii zero stresów.

Piątek to spotkanie z Pilipiukiem i prelekcja Krzysztofa Piskorskiego "Szaleni naukowcy, szalone teorie". Potem włóczenie się po terenie konwentu, zamuła i wstępne ustawianie się na sesję w ramach Orient Expressu.

Sobota to spotkanie autorskie z Piskorskim. Sesja w norweski system indie "Itras By" - nieźle odjechany setting w klimacie surrealistycznego noir w mieście ze snu. MG odwalił kawał dobrej roboty bardzo plastycznie oddając realia świata i wyszła z tego niezła historia z ładnie podsumowującym wszystko epilogiem. Tylko mechanika wydała mi się dość pretekstowa, ale może musiałbym jeszcze przynajmniej raz zagrać, by to należycie ocenić. Potem spotkanie z kolesiem prowadzącym warsztaty dla scenarzystów, kompletnie nie pamiętam o czym była mowa, ale pamiętam, że było dość ciekawie. Potem przyhaczyliśmy o games room, by następnie udać się na spotkanie z Komudą. Jak dotąd dwa na trzy spotkania były z pisarzami, którymi średnio się jaram, zastanawiam się czy to z mojej strony jakaś podświadoma forma masochizmu? No ale potem było spotkanie, którym ostro się zajarałem i siedziałem jak urzeczony. Wiedziałem już wcześniej, że gościem specjalnym konwentu będzie Kevin J. Anderson i choć niewiele mi to nazwisko mówiło, to gdzieś z tyłu głowy zaświeciła się lampka z napisem "STAR WARS". Sięgnąłem na półkę i rzeczywiście miałem tam jedną pozycję sygnowaną tym nazwiskiem, z tym że był to zbiór opowiadań, którego był "tylko" inicjatorem, jego opowiadanie było tam jedno. Ale sam zbiór, a chodzi oczywiście o "Opowieści z kantyny Mos Eisley" był książką, którą naprawdę się jarałem za dzieciaka. Gdy po raz pierwszy oglądałem "Nową nadzieję" zajebiście spodobała mi się knajpa zaprezentowana widzom w krótkiej dość scenie. Gdy więc dowiedziałem się, że każdej pojawiającej się tam nawet przez sekundę postaci poświęcono opowiadanie, łyknąłem to jak młody pelikan. Jak tak teraz na to patrzę, dochodzę do wniosku, że zawsze jarałem się klimatami tanich spelun i drobnych przestępców. Piętnaście lat temu czytałem opowieści z kantyny, teraz czytam opowiadania Marka Nowakowskiego, na jedno wychodzi. Trochę mi było wstyd, że poza tym nie znałem ŻADNEJ książki przemiłego pana Andersona, ale mam zamiar to nadrobić, zwłaszcza że opis jednej bardzo mnie zainteresował. Chodzi o "Hellhole", opowieść o zniszczonej planecie na którą zsyłani są więźniowie, ale znajdziemy tam też wszelkiej maści desperatów o przeróżnych motywacjach. W pewnych aspektach przypominało mi to "Następnego do raju" Hłaski w kosmosie. Na pewno po to sięgnę prędzej czy później. Po spotkaniu poprosiłem o autograf na "Opowieściach", sytuacja bez precedensu. Na dobranoc była jeszcze rozgrywka w Opowieśći z karczmy i Untill We Sink.

Niedziela to prelekcja o tworzeniu postaci, która dość szybko przerodziła się w dyskusję o odwiecznym konflikcie na linii MG-gracz, dyskusję która się przeciągnęła i była kontynuowana na korytarzu, ale i tak była jałowa, moim skromnym zdaniem. Potem byłem na spotkaniu z Grzędowiczem, którego to autora żadnej książki jak dotąd nie czytałem, ale trzeba było jakoś spędzić wolną godzinkę. Potem kolejne spotkanie z Andersonem, tym razem z panią tłumacz, nie miałem dość po poprzednim. Potem kolejna zajebista prelekcja Piskorskiego, tym razem "Z archiwów podboju kosmosu". Każdemu kto będzie miał okazję, szczerze polecam prelekcje tego pana. Książki oczywiście też, choć sam jak dotąd czytałem tylko "Zadrę", ale nie mam powodów by wątpić, że pozostałe są równie dobre. Potem był obiad w knajpie o nazwie Giuseppe, a potem sam już nie wiem, oglądanie jakichś przebieranek na scenie, jedno to był cosplay i było coś jeszcze, ale nie pamiętam pod jakim szyldem. W międzyczasie bardzo ciekawa prelekcja "Gra w kulturę" gdzie prelegent ukazywał analogie między współczesną popkulturą, a mitami opowiadanymi przed wynalezieniem pisma. Wszystko wyłożone z tołkiem, którego zabrakłoby gdybym usiłował rozkminkę tę dokładniej przytoczyć. Na koniec zaliczyłem warsztaty literackie, podczas których z panem Jasiszem rozkminiliśmy pewien długoterminowy zakład, o którym nie będę się rozpisywał, bo czuję że przegram. Żałuję, że w niedzielę zamuliliśmy jeśli chodzi o sesje, bardzo chciałem wypróbować Durance, no ale wyszło jak wyszło.

Poniedziałek to końcówka, z samego rana kupno biletów, potem prelekcja o podziale władzy w rpg, a na finał "Seks w polskiej literaturze fantastycznej" - panel sprowadzający się do niczego więcej jak, nomen omen, pierdolenia o dupie Maryny czy kogoś tam, niestety. Później powrót przez opętaną "patriotycznym" szałem Warszawę, gdzie dopadło mnie takie zmęczenie, że nawet stać nie miałem siły i wiem już jak musi się czuć kutas impotenta. Ogólnie było zajebiście, może tylko warunki noclegowe nie były zbyt komfortowe, ale z każdą nocą człowiek się coraz bardziej przyzwyczajał więc nie ma co płakać. Mogłem co prawda w stolicy na trochę się zatrzymać, może coś by się jeszcze rozegrało, ale chuj tam.

A na lubelskim dworcu w poniedziałek Okoliczny Element stał, wtf?

niedziela, 27 października 2013

rozkminka o śmierci lou

Ale dziwna faza, po przesłuchaniu najnowszej płyty (czy raczej trzech płyt) Świetlików, odpaliłem sobie płytę Lou Reeda pt. "Magic and Loss" no i słucham sobie, słucham, jestem na ostatnim numerze i od niechcenia wchodzę w jego profil na lastfm, czytam komentarze i dowiaduję się, że w trakcie gdy słuchałem płyty, na necie pojawiła się wiadomość o śmierci jej twórcy. Magia i strata normalnie. Chyba odpalę jakąś kolejną w tych okolicznościach przyrody :(

sobota, 19 października 2013

rozkminka o wspólnym raku


Z tytułem "Wspólny pokój" po raz pierwszy zetknąłem się w kontekście filmografii Wojciecha Hasa. Ale w wyniku splotu rozmaitych okoliczności po film nie sięgnąłem. A jakiś czas temu dokonując rekonesansu domowego księgozbioru, w oko wpadła mi książka o tym samym tytule. Muszę przyznać, że nawet nie byłem pewien, czy mam do czynienia z literackim pierwowzorem wspomnianego filmu (tak!), czy to przypadkowa zbieżność (nie!). Powodowany ciekawością, po przeczytaniu krótkiego opisu na okładce, przetransportowałem książkę na półeczkę przy łóżku. Długo nie mogłem się jednak za nią zabrać, cały czas coś innego zajmowało moją uwagę, gdy w końcu jednak sięgnąłem po dzieło pana Uniłowskiego, wsiąkłem.

Zacząłem je czytać późno w nocy z założeniem "jeden rozdział i spać". Przeczytałem trzy. Wtedy właśnie do głowy przyszedł mi tytuł niniejszej rozkminki. Skojarzenie z jedną z moich ulubionych książek wszechczasów, "Zwrotnikiem Raka" Henry'ego Millera, było tak silne, że nie mogłem wyjść z podziwu, zwłaszcza, że nasz rodak wyprzedzał swym dziełem amerykańskiego ekspatrydę o trzy lata, w dodatku był dwa razy młodszy. W głowie roiła mi się wyczerpująca analiza porównawcza obu tych dzieł (której nawet nie udaję, że udałoby mi się dokonać) i w ogóle czułem się jakbym dokonał epokowego odkrycia. Jednak w miarę dalszej lektury, owe początkowe zbieżności zaczęły się coraz bardziej rozjeżdżać, mimo to uważam, że parę słów o nich warto nadmienić.
Oba dzieła zostały opublikowane na początku lat trzydziestych, "Wspólny pokój" w 1931, a "Zwrotnik Raka" w 1934. Oba są w bardzo dużym stopniu autobiograficzne i wydaję mi się, że motto z Emersona, przyświecające "Zwrotnikowi":
"Powieści te ustąpią kiedyś miejsca pamiętnikom lub autobiografiom - książkom bez wątpienia fascynującym, jeżeli tylko człowiek będzie wiedział, jak dokonać wyboru spośród tego, co nazywa swymi przeżyciami, i jak prawdziwie zarejestrować prawdę."
moglibyśmy przy odrobinie dobrej woli odnieść do powieści Uniłowskiego. Już choćby sposób przedstawiania kolegów, Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego jako Zygmunta Stukonisa i Stanisława Marii Salińskiego jako Dziadzi, przypomina millerowskich Carla, Van Nordena (odpowiednio Alfreda Perlesa i Wambly'ego Balda) i innych. Akcja "Wspólnego pokoju" ma miejsce w międzywojennej Warszawie, warto dodać, że zwanej niekiedy "Paryżem północy". Bohaterem jest młody, aspirujący literat, wracający do stolicy po sześciomiesięcznym pobycie w Zakopanem gdzie kurował sterane gruźlicą płuca. Po powrocie wynajmuje od matki przyjaciela miejsce w tytułowym wspólnym pokoju, by potem wraz z kolegami po piórze trwonić czas w kawiarniach i knajpach. Mam wrażenie, że z pierwszoosobowym narratorem „Zwrotnika Raka”, Amerykaninem, który do Paryża został „wysłany z powodu, którego do dziś nie udało mu się odgadnąć” i który ustawicznie żyje kosztem innych ludzi, większość swego czasu poświęcając kopulacji, Lucjan Salis (alter ego Uniłowskiego) mógłby znaleźć sporo wspólnych tematów do rozmów. Wspomniana kopulacja nie zajmuje może we „Wspólnym pokoju” tyle miejsca co w „Zwrotniku”, opisy też nie są nawet w jednej setnej tak rażące, jednak wydaje mi się, że sposób w jaki przedstawiono aspekt seksualny, mógł być jak na tamte czasy dość kontrowersyjny. A pewnej anegdoty opowiadanej przez jednego z bohaterów, nie powstydziłby się zapewne sam Miller.

Różnice dzielące obie powieści wynikają według mnie z zasadniczych różnic pomiędzy ich bohaterami. Lucjan Salis jest człowiekiem młodym (chyba 22 lata, jeśli dobrze pamiętam), pokładającym wiarę w moc literatury, choć dostrzegający apatię i wewnętrzną pustkę, swoją, kolegów po piórze i reszty środowiska. Zależy mu jednak na przerwaniu impasu i dokonania czegoś znaczącego na starych zasadach. Mimo szczerych chęci swój czas trwoni jednak na libacjach z przyjaciółmi, przynajmniej dopóki na przeszkodzie nie stanie mu nawrót choroby, która jest zresztą kolejną cechą odróżniającą go od paryskiego kamrata. Henry Miller, bo tak chyba śmiało możemy nazwać bohatera „Zwrotnika”, to człowiek w okolicach czterdziestki, czyli siłą rzeczy o dwadzieścia lat bardziej doświadczony. Podczas gdy Stukonis wciąż marzy o wspięciu się na literacki parnas, on stwierdza co następuje:
„Jeszcze rok, pół roku temu, sądziłem, że jestem artystą. Teraz nie zastanawiam się już nad tym. Po prostu jestem. Wszystko, co było literaturą, opadło ze mnie. Bogu dzięki, nie trzeba już pisać żadnych książek.”
Zapiski te sprowadza do roli paszkwilu, którym opluwa najbardziej cenione przez ludzi wartości. Życie niczym nie skrępowane, abnegackie nawet, stawia na piedestał i nim zastępuje swoją twórczość. Możemy nawet przyjąć, że odbija się to w warstwie formalnej, gdy porównamy trzecioosobową narrację utrzymanego w całkowicie realistycznej konwencji „Wspólnego pokoju” ze „Zwrotnikiem Raka” pisanym w pierwszej osobie, gdzie jak najbardziej dobitne i anegdotyczne fragmenty przeplatają się z dalekimi, wręcz surrealistycznymi odlotami, wahającymi się od rozbuchanej poezji do feerii bluzgów, gdzieniegdzie zaś łączącymi te bieguny w jeden.

Dochodzę do wniosku, że gdyby Salis spotkał Millera, mógłby odnaleźć w nim swojego mentora, który wyzwoliłby go z okowów narzucanych samemu sobie ograniczeń, zawartych w zbyt dobrze znanej każdemu próbującemu swych sił w pisarstwie refleksji:
„Wszystko, co się pisze, jest dobre w trakcie roboty, później – nędza.”
Ciekawe, jak po całonocnej zapewne konwersacji z rozpasanym gawędziarzem, potoczyłyby się losy młodego warszawskiego literata. Znając życie, bardzo podobnie, ale kto to może wiedzieć?
Zastanawiam się, w jakim stopniu owe podobieństwa są moim wymysłem, a w jakim są do wybronienia. Chętnie poczytałbym, co ma do powiedzenia na ten temat ktoś bardziej ogarnięty ode mnie. Póki co muszę się jednak zadowolić własnymi przemyśleniami, a jeśli ktokolwiek poświęcił swój czas na przeczytanie tych wypocin, a nie zna któregokolwiek z opisywanych tu dzieł, polecam mu je z całego serca.

PS. W kwestii „dzisiejszej młodzieży”. We „Wspólnym pokoju” dowiadujemy się, że bohater debiutował alkoholowo w wieku 14 lat. Z kolegami z gimnazjum mieli w zwyczaju dwa razy w tygodniu zrywać się z lekcji i chodzić na wódkę, by potem, „wyrobiwszy się dramatycznie”, zaczepiać młode dziewczyny spacerujące po Łazienkach. Przypominam, rocznik 1909.

środa, 25 września 2013

rozkminka o pisarzu i błaźnie

Robert Snyder, kręcąc dokument przybliżający nam postać Henry’ego Millera, pisarza legendarnego już za życia, nie silił się na tworzenie czegoś odkrywczego, wymyślnego, obfitującego w suspensy i zwroty akcji*. Postawił na prostotę, co jak często bywa, okazało się kluczem do sukcesu. W świetle reflektorów postawił głównego bohatera i pozwolił mu mówić, samemu pozostając w cieniu kamery. A Miller, urodzony gawędziarz, wyśmienicie wywiązał się ze swego zadania.

W trakcie filmu pisarz przytacza anegdotę, którą można potraktować jako klucz do jego osobowości. Gdy po zakończeniu liceum świeżo upieczeni absolwenci pytani byli kim chcą zostać w przyszłości, bohater filmu Snydera odparł krótko: klaunem. Z jednej strony był to na pewno efekt wrodzonej przekory i braku szacunku dla wyniosłych autorytetów i zastanych modeli życia doskonale widoczny w jego twórczości, z drugiej jednak przykład jakże trafnej autoanalizy, doskonale widocznej przez całą długość dokumentu. Niczym nie skrępowany optymizm i figlarny błysk w oczach towarzyszą mu nawet podczas opowieści o, na szczęście nieudanej, próbie samobójczej.

Pisarz, raz skryty w domowym zaciszu, innym razem pływający w basenie lub spożywający posiłek w towarzystwie przyjaciół, opowiada o swoim życiu, począwszy od dzieciństwa spędzonego w Brooklynie, rodzinie i najbliższym otoczeniu, kolejnych podejmowanych posadach, pierwszych powieściach tworzonych jedynie w myślach, by później za namową drugiej żony, rzucić pracę (najszczęśliwszy dzień w życiu), i na poważnie zająć się pisarstwem. Nie może oczywiście zabraknąć opowieści o późniejszym wyjeździe do Paryża, latach spędzonych na włóczędze po ulicach miasta, przygodnym seksie i kombinowaniu skąd wziąć pieniądze na obiad. Wszystko to zaś doprowadziło do wydania „Zwrotnika Raka”, debiutanckiej, będącej początkiem pisarskiej kariery, powieści.

Oprócz czysto biograficznych faktów, usłyszymy też wiele refleksji na temat sztuki, a jeszcze więcej na temat sztuki życia. Poza tym pisarz odczytuje na głos fragmenty kilku swoich powieści. W roli postaci drugoplanowych zobaczymy przyjaciół Millera, toczących z nim konwersacje na przeróżne tematy. Chociażby Anais Nin (której Snyder poświęcił swój późniejszy film "Anais Nin Observed"), Lawrence’a Durrela czy Alfreda Perlesa. Wszystkie ukazane w sposób uwypuklający ciepłą atmosferę jaka musiała między nimi panować.

Reżyser zapowiadał kontynuację filmu, w której usłyszelibyśmy historię dalszych losów pisarza, po tym jak opuścił Francję, by po niedługim czasie odnaleźć swe ostateczne miejsce na ziemi w Big Sur w Kaliforni. Niestety, projekt nie doszedł do skutku, musimy zadowolić się opisywanym tu filmem, na szczęście oglądając go nie mamy poczucia straty, gdyż jego główną zaletą jest poczucie obcowania z niebanalną postacią pisarza, a nie fakty encyklopedyczne, które możemy przecież odnaleźć w wielu innych źródłach.

*pisałem jakoś niedługo po obejrzeniu "Sugar Man"

piątek, 16 sierpnia 2013

deadlandsowa kampania sobka sesja 2

Na ranczo McKenzy'ego dotarłem na miłym rauszu. Odprawiłem woźnicę, mówiąc mu, by przyjechał po mnie wieczorem. Pomyślałem sobie, że od południa do zmroku sprawę powinienem załatwić, a jeśli nie, to lepiej się stąd wynosić. Przy bramie przywitał mnie jakiś przydupas, później poznałem jego imię - Mark. Robił mi trudności, ale w końcu przekonałem go, by zaprowadził mnie do swego szefa. Po drodze przydybałem pokojówkę, prosząc ją, by przyniosła mi jakieś chlańsko. Przyniosła mi jakiegoś markowego sikacza, nie cierpię tych jaśniepańskich wymysłów, ani się tym upić, ani co. Ale darowanemu koniowi, et tecera. McKenzie na początku wywarł na mnie dobre wrażenie, pozory mylą, ale o tym później. Odpowiedział na wszystkie pytania, zreferował sprawę tajemniczych zniknięć, okazuje się, że najpierw zaczęło znikać bydło, później zniknęło dwóch przydupasów McKenzy'ego, a później szeryf, który sprawę miał wyjaśnić. Ten szeryf co to po nim ręka została, nie ten co mi się rano w Clown Town pod nogami pałętał. Myślę sobie jak tu z tej sprawy najłatwiej się wymigać i widzę, że co jak co, ale na miejsce zajścia muszę się wybrać, żeby w razie czego ranczer nie zeznał potem, że olałem sprawę. Poprosiłem o konia i przewodnika, na tego ostatniego został wyznaczony spotkany przy bramie Mark. W chwili gdy staliśmy przy koniach i omawialiśmy kwestie ekwipunku, zobaczyłem typka wchodzącego do jakiejś kanciapy. Poznałem go od razu, jeden z tych "dżentelmenów" z którymi mieliśmy zatarg w saloonie. Pobiegłem za nim, kątem oka zauważyłem podjeżdżającego do rancza szeryfa z jakimś kolesiem. Czym prędzej wszedłem do budynku, by załatwić sprawę i wtedy się zaczęło. Wyciągnąłem gnata i wycelowałem w marudera, mówiąc, że jest aresztowany. Sięgnął po gnata, chciałem mu go wystrzelić z ręki i z pewnością by mi się to udało gdyby nie pieprzony szeryf, który właśnie wszedł i podbił mi rękę. Wkurwiłem się, człowiek się stara, a jakieś leszcze mu szczają do butów. Wyszedłem, zamknąłem drzwi i słuchałem strzałów dochodzących ze środka. Na zewnątrz zaraz zrobiło się zbiegowisko, przyleciał McKenzie i chcieli nas zlinczować, a ja nawet się tym nie przejąłem tak mi się chciało pić. Nagle jak spod ziemi zjawił klecha wielki jak stodoła. A razem z nim zakonnica chuda jak wyschnięty badyl. Ksiądz wstawił taką gadkę, że choć akcent miał gorszy od meksów, wszystkim opadły szczeny i puścili nas wolno, pod warunkiem, że wyjaśnimy sprawę zniknięć. Dali nam nawet dwóch kolesi do towarzystwa (w tym Mark), na oko straszne łamagi, ale z doświadczenia wiem, że jak na pustkowiu skończy się prowiant to dobrzy i tacy. Ruszyliśmy w drogę, zrobiło mi się trochę słodko-gorzko, ale ksiądz poczęstował mnie winem, którym się trochę poleczyłem. Gdy przybyliśmy na miejsce odkupiłem od Marka dużą butlę whisky. Przyssałem się do niej jak do cycka mamuśki i od tej pory niewiele pamiętam. Las, ciemność rozświetlane słabym blaskiem ogniska, wrzaski, krzyki, strzały. Rano okazało się, że Mark i jego kumpel gdzieś zniknęli, a reszta opowiadała, że napadła nas jakaś bestia, Scott (ten kumpel szeryfa) ją wykończył, a ja uratowałem życie księdzu. Zastanawiam sie teraz jak to ładnie ująć w raporcie, żeby trzymało się kupy. Bestia nad ranem była już kupką popiołu, więc w przynajmniej kwestii muszę użyć wyobraźni.

niedziela, 11 sierpnia 2013

deadlandsowa kampania sobka sesja 1

Zawitałem do kampanii toczącej się od jakichś 2-3 sesji. Wpadliśmy na genialny pomysł, że każdy będzie spisywał wydarzenia z perspektywy swojej postaci. Oto wspomnienia Asha Crabtree, podstarzałego Texas Rangera, weterana wojen z Meksykiem, Indianami i Secesyjnej, nałogowego (choć to za słabe określenie) alkoholika

Jakieś dwa dni drogi przed Clown Town wychlałem ostatnie krople whisky. Reszta drogi o suchym pysku, powtórka ze zbyt dobrze znanego koszmaru. Delirka tak mną telepała, że ledwo mogłem utrzymać się na koniu. Prawdę mówiąc nie pamiętam jak przyjechałem do miasta. Stoję przy barze i jednym łykiem obalam jakąś połowę zawartości litrowej butelki. Uf, co za ulga... Co ja tu właściwie robię? Powoli skrawki wspomnień układają się w miarę logiczną całość. Przysłali mnie wyznaczając dwa zadania. Pierwsze to zgłosić się do saloonu (zajeżdża ironią losu) i odebrać od barmana jakąś skrzynkę. Później przywieźć ją do centrali. Ale wcześniej zadanie numer dwa: w mieście w tajemniczych okolicznościach znikają ludzie i mam to wyjaśnić. Pierwsze zadanie jest z gatunku tych, które od biedy lubię. Zrobić to, to i to, bez wydziwiania. Drugie należy do tych, które nazywam kurewskimi, choć zbyt rzadko jak na mój gust mają związek z tymi miłymi paniami. Myśleć, kombinować... Już teraz wiem, że po prostu narąbię się jak drwal i w pijanym widzie narozrabiam licząc na łut szczęścia i uśmiech losu. Odrywam w końcu usta od butelki, wreszcie czuję, że żyję. Ejże, ktoś chyba wypowiedział moje imię, odwracam się. Szeryf, morda jakby znajoma. Siedzi przy stole, a na stole metalowa skrzynka. Nie trzeba geniusza, którym na pewno nie jestem, by odgadnąć, że to zadanie numer jeden. Wdaję się gadkę z szeryfem, z którym chyba się znamy, mówi, że oddaje mi skrzynkę i swój dług wobec nas uznaje za spłacony. Nie wiem o co chodzi, na wszelki wypadek traktuję go z góry. Zauważam, że skrzynka jest otwarta, zaglądam do niej, bagatela, jakieś 20000 baksów w złocie. Koleś zaczyna się tłumaczyć, dlaczego skrzynka jest otwarta, próbuje opowiedzieć mi historię swego życia, ale ja czuję już ten znajomy szum w głowie i mam wszystko w dupie. Jack, barman i mój kumpel z dawnych lat podchodzi do nas i coś mówi. Nagle do mojej świadomości brutalnie wdziera się tętent kopyt na zewnątrz. Z szeryfem chwytamy skrzynkę i niesiemy ja na zaplecze. Słyszymy jak jakaś banda włazi do saloonu. Nie będę się chował po kątach, otwieram drzwi, pierwsze co widzę to jankeskie mundury, część z nowoprzybyłych to chyba jacyś maruderzy. Odruchowo zdejmuję z głowy kapelusz z odznaką i rzucam go za siebie. Chlubię się swą odwagą, ale samobójcą nie jestem. Banda nie wpadła tu na martini, przeszukują metodycznie całą knajpę, myślę sobie, że nie minie dużo czasu jak znajdą skrzynkę (czego innego mieliby szukać), trzeba działać. Gdy przechodzę przez bar coś mi odbija i każę im wznieść wraz ze mną toast za Unię. Na swoje nieszczęście wyrzucają mnie za drzwi. Z butelki, której ani przez chwilę nie wypuściłem z ręki konstruuję bombę zapalającą, biorę dubeltówkę, a po chwili zaczyna się strzelanina. Ich dziesięciu kontra ja i szeryf, Jackowi tak obili mordę, że leży na podłodze i kwili. Wygarniam z dubeltówki do trzech typów, potem wzniecam pożar moją bombką, w obliczu takiej przewagi nie ma co się szczypać, jeszcze jednego bandziora rozwalam z colta. Urywa mi się na chwilę film, bandyci chyba zwiali, mój koń też, świadomość mi wraca gdy stoję przy koniu szeryfa, a szeryf okłada mnie kolbą. Chce mnie zakuć w kajdanki, ale nagle zaczyna wrzeszczeć "złodziej, ukradł skrzynkę" i rzuca się w pogoń. Ja w tłumie, który właśnie skończył gasić sąsiadujące z saloonem biuro szeryfa (saloon można uznać za niebyły) dostrzegam burmistrza i staram się przekabacić go na swoją stronę. Szeryf wraca ze skrzynką rozwaloną w drobny mak, zaczynają się kłócić z burmistrzem co z nią zrobić. Staram się wtrącać mądre uwagi, ale niezbyt mi to wychodzi. W końcu oddają mi skrzynkę, ale zarówno szeryf jak i burmistrz są na mnie wkurwieni i każą mi wynosić się z miasta. A przecież mam jeszcze jedno zadanie... W tłumie znajduję woźnicę, który za drobną opłatą zgadza się mnie wywieźć z miasta. Pytam go o tajemnicze zniknięcia, okazuje się, że jedną z ofiar był POPRZEDNI szeryf, została z niego tylko ręka. Obecny szeryf funkcję swą piastuje od jakichś dwóch dni. Warte odnotowania, choć sam nie wiem na cholerę. Woźnica mówi, że więcej informacji mogę zdobyć na ranczu niejakiego McKenzie. Cóż, w mieście i tak nie mam póki co czego szukać. Jedziemy na ranczo, po drodze zakopuję złoto w pobliskim lesie, w tylko sobie znanym miejscu, sporządzam też plan, który tylko ja dam radę odczytać (mam nadzieję). Żeby tylko na ranczu nie żałowali mi alkoholu, bo znowu nic nie mam ze sobą, a czuję, że trzeźwieję.