sobota, 11 stycznia 2014

rozkminka o dniach wideo

Skoro już poruszyłem temat deskorolki wpisem o "Sorry", to pomyślałem, że powinienem napisać o jeszcze jednym filmie, równie, a może nawet bardziej przełomowym, a poprzedzającym produkcję Flipa o ponad dekadę. Jednak głównym powodem dla którego chciałbym poruszyć ten temat jest rzucenie światła na deskorolkowe korzenie dwóch panów biorących wówczas udział w tym przedsięwzięciu, a dziś znanych i uznanych bohaterów hollywoodzkiego światka. Panowie ci to po pierwsze Spike Jonze, reżyser tak genialnych filmów jak "Być jak John Malkovich" i "Adaptacja", twórca licznych teledysków. Po drugie Jason Lee, aktor znany z chociażby z filmów Kevina Smitha czy serialu "Mam na imię Earl".

Kariery obu panów zaczęły się jednak od filmu firmy Blind zatytułowanego "Video Days". Już w chwili premiery uznany przez deskorolkowe środowisko za film tworzący historię i wyznaczający dalszą drogę rozwoju skateboardingu, a dziś nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości, że ma do czynienia z legendą. Spora w tym zasługa Spike'a, który był kamerzystą, a później film zmontował. Jego poczuciu humoru zawdzięczamy przykładowo fakt, że pod pierwszy przejazd podłożony jest utwór "I Want You Back" zespołu Jackson Five, co zdecydowanie kontrastowało z typowymi dla ówczesnych filmów deskorolkowych ostrymi kawałkami punkowymi. By zaś uzyskać prawa do tego utworu, Spike ściemnił, że film ma być rodzajem kampanii antyalkoholowej piętnującej siadanie za kierownicą po pijaku. Stąd takie a nie inne zakończenie filmu. To dzięki "Video Days" anonimowy dotychczas Spike Jonze został dostrzeżony przez Sonic Youth i poproszony o nakręceniu teledysku do utworu "100%". Na planie poznał Sofię Coppolę, swoją późniejszą małżonkę, co na pewno nie zaszkodziło jego późniejszej karierze. Co najważniejsze jednak, mimo kolejnych sukcesów na arenie już międzynarodowej, nie odciął się od swych deskorolkowych korzeni. W 1993 został współzałożycielem firmy Girl Skateboards i w jej późniejszych filmach był autorem krótkich, humorystycznych przerywników.

Z kolei Jason Lee już od końca lat 80-tych utrzymywał się z jazdy na deskorolce. W owych czasach jego umiejętności zdecydowanie wyróżniały się na tle pozostałych, o czym świadczy choćby fakt, że w "Video Days" jego przejazd umieszczony jest na końcu, a jak wiadomo miejsce to zawsze jest zarezerwowane dla najlepszego członka teamu. Jason Lee zapisał się w historii deskorolki wyjątkowo ładnie wykonywaniem triku o nazwie 360 flip. To właśnie w filmie Blinda wypatrzył go Kevin Smith, by później zaangażować go do jednej z głównych ról w swoich "Szczurach z supermarketu". W międzyczasie Lee wraz ze swym przyjacielem Chrisem Pastrasem założył firmę Stereo, która w 1994 wypuściła film pt. "Visual Sound", bardzo ciekawy pod względem nomen omen, wizualnym i muzycznym. Również Jason, mimo rozwoju swej aktorskiej kariery, wciąż podtrzymuje swe związki z deskorolką. Świadczy o tym wiele rzeczy, na przykład krótki przejazd w stosunkowo nowym filmie Stereo zatytułowanym Way Out East! czy wizyta na skateparku w Berrics.

Nie są to oczywiście wszystkie osoby zaangażowane w "Video Days". Obowiązkowo należy wspomnieć o żywej legendzie deskorolki jaką jest Mark Gonzales. Był on prekursorem ulicznego stylu jazdy jaki panuje dzisiaj. Jako pierwszy robił triki na poręczach, od jego nazwiska został nazwany słynny gap na Embarcadero przez który jako pierwszy przeskoczył (by po paru latach zrobić tam jeszcze kickflipa). Jako pierwszy zeskoczył z czterech schodów na Wallenbergu i zrobił jeszcze kilka trików, które z miejsca przeszły do legendy. W filmie jeździ do utworu Johna Coltrane'a i jego entuzjazm aż bije z ekranu. Gonzales jest zresztą człowiekiem-orkiestrą, oprócz deskorolki od zawsze parał się ogólnie pojętą sztuką, zajmuje się malarstwem, fotografią, tworzy ziny, jest pisarzem i poetą.

Kolejnym bohaterem, którego przejazd rozpoczynał film, był czternastoletni wówczas Guy Mariano, cudowne dziecko deskorolki. To co wyczyniał naprawdę było poza wszelką dyskusją, w niczym nie ustępował swoim starszym kolegom. Pięć lat później jego przejazd zamykał film Girl Skateboars pt. "Mouse" i był to już poziom o którym nikomu się nawet nie śniło. Później Guy popadł w uzależnienie od narkotyków, by w 2005 powrócić do profesjonalnej deskorolki.

W filmie wystąpili jeszcze Rudy Johnson, który na tle kolegów wyróżniał się elegancją jazdy i Jordan Richter, którego specjalnością była rampa. O nich jednak moja wiedza jest nikła. Johnson występował później w filmach Girl i Chocolate.





A tak panowie wyglądali po dwudziestu latach od premiery:

środa, 8 stycznia 2014

rozkminka o intruzie


"Intruz" to trzecia powieść Faulknera, po "Światłości w sierpniu" i "Koniokradach", za jaką się zabrałem. Zaczynałem jeszcze "Wściekłość i wrzask", nie przebrnąłem przez początek, ale zamierzam do niej powrócić w jakimś bardziej dogodnym momencie. Tymczasem zaś wziąłem na warsztat dzieło napisane na rok przed przyznaniem pisarzowi Nagrody Nobla. Mając już jako takie doświadczenie z faulknerowską prozą, wiedziałem mniej więcej czego mogę się spodziewać, bo zaznaczyć muszę, że wspomniane powyższe pozycje bardzo przypadły mi do gustu.

Na początku powinienem wspomnieć o rzeczy, która wiele osób może od "Intruza" odstraszyć, mianowicie o formie. Faulkner pisał tę książkę stosując jedną ze swoich ulubionych technik literackich - strumień świadomości. Po zakończeniu lektury usiłowałem sobie przypomnieć, czy było tam choć jedno zdanie pojedyncze. I dochodzę do wniosku, że, poza dialogami, chyba nie. Co więcej, bywało nieraz, że w misternie skonstruowane zdanie wielokrotnie złożone za pomocą nawiasów zostaje wtrącone kolejne zdanie, równie skomplikowane, a dotyczące jakiejś dygresji. Książka wymaga nieustannego skupienia, wystarczy chwila nieuwagi i już musimy cofnąć się o pół strony, by zorientować się o co w ogóle chodzi w zdaniu, które właśnie czytamy. Przyznaję, że mi przedzieranie się przez tę gęstwinę sprawiało jakąś, zapewne niejednokrotnie masochistyczną przyjemność, nie zdziwiłbym się jednak, gdyby ktoś w pewnym momencie miał dość. Ale taka już specyfika tego autora.

Jeśli kogoś poprzedni akapit nie odstraszył, to przejdźmy do treści. Umiejscowienie akcji nikogo nie zaskoczy, jesteśmy na amerykańskim Południu i doświadczamy tego każdym zmysłem. W mojej ocenie największym atutem powieści jest to jak sugestywnie Faulkner maluje słowem swoją krainę. Rzadko mam tak, by czytając książkę tak wyraźnie widzieć opisywaną w niej scenerię, zwykle skupiam się na fabule, relacjach bohaterów etc. W tym przypadku jednak najbardziej zachwyciła mnie możliwość zwiedzenia tak odległej, zarówno pod względem przestrzeni jak i czasu, krainy.

Akcja utworu opisywana jest z perspektywy nastoletniego, białego chłopca, Charlesa Mallisona. Jednak spiritus movens całej fabuły jest ktoś inny, a mianowicie niejaki Lucas Beauchamp, murzyn żyjący na ziemi pana Edmondsa, przyjaciela wuja młodego Charlesa. Przed kilkoma laty między Charlesem a Lucasem zawiązała się specyficzna więź, gdy ten ostatni uratował tego pierwszego przed utonięciem w strumieniu, w dodatku nie przyjął za to od niego pieniędzy. Teraz zaś pechowy murzyn oskarżony jest o zabójstwo, a co do jego winy nie ma najmniejszych wątpliwości, w końcu przyłapano go niemal na gorącym uczynku, gdy stał nad zwłokami Vinsona Gowriego, ze swym świeżo wystrzelonym pistoletem w kieszeni. Cudem nie zostaje zlinczowany na miejscu i szeryf zamyka go w areszcie, by tam zaczekał na uczciwy proces. Choć samo to czy się doczeka stoi pod znakiem zapytania, bowiem rodzina Gowrie, podobnie jak inne rodziny z podokręgu czwartego, siedziby osobników podejrzanego autoramentu do której nikt o zdrowych zmysłach nie wybiera się po zmroku, a murzyni omijają je nawet za dnia (tam właśnie miało miejsce zabójstwo), nie zwykła pozostawiać sądowi wymierzania kary za tego typu zniewagi.

Uwięziony Lucas prosi o wizytę wuja młodego Charlesa, wziętego adwokata Gavina Stevensa. Gdy jednak orientuje się, że ten nie uwierzy w jego tłumaczenia, swoje życie powierza w ręce jego siostrzeńca. To właśnie on rozpoczyna śledztwo, które rzuci światło na kulisy tajemniczego zabójstwa.

Sama intryga nie jest szczególnie wymyślna i chyba nawet nie miała taka być. Jest raczej pretekstem pozwalającym autorowi, na tle tej niecodziennej sytuacji snuć rozważania na temat sytuacji na Południu, relacji biali-czarni, rasizmu etc. Czyta się to ciekawie, zwłaszcza, że temat ten jest ukazany jako bardzo niejednoznaczny i trudny do ujęcia w jakiekolwiek ramy. Moją uwagę przykuły słowa jakie pisarz włożył w usta wuja-adwokata:
Pewnego dnia Lucas Beauchamp będzie mógł zabić białego człowieka strzałem w plecy tak samo nie narażając się na pętlę linczu czy płomień benzyny, jak gdyby to zrobił biały człowiek; przyjdzie czas, że będzie mógł głosować wszędzie i zawsze tak, jak biały człowiek, i będzie mógł posyłać swoje dzieci wszędzie do tej samej szkoły, do której chodzą białe dzieci, i podróżować wszędzie tam, gdzie i biały człowiek, tak jak podróżuje biały człowiek. Ale nie stanie się to w najbliższy wtorek.

Trzeba pamiętać, że wszystkich tych rzeczy, a także wielu innych, czarni byli pozbawieni w czasach gdy Faulkner to pisał. Na szczęście okazał się dobrym prorokiem, choć trzeba było jeszcze ładnych paru lat ludzkiego wysiłku, by te zmiany miały miejsce. A i dziś znajdzie się niejeden idiota dla którego te sprawy nie są oczywiste.

Jeszcze jedna refleksja naszła mnie w trakcie czytania "Inruza". Trudno mi określić kiedy konkretnie dzieje się opisywana tu historia, ale z kilku tropów wnioskuję, że jakoś po II Wojnie Światowej (chociażby odniesienia do bomby atomowej). Skoro książka opublikowana była w 1948, to przypuśćmy, że opisuje czasy "współczesne". Byłem w lekkim szoku, gdy zdałem sobie sprawę, że przecież jest to ten sam okres, w którym Jack Kerouac udał się na wyprawę autostopem przez całe Stany. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć jak to możliwe, że te dwa światy, wyzwoleni bitnicy i dźwigające jarzmo swych uprzedzeń Południe, mogły egzystować obok siebie. Cóż, zdarza się i tak, jak by podsumował Vonnegut. Pozwoliło mi to na pewno spojrzeć na Amerykę tamtego okresu z szerszej perspektywy.




Przeczytane w ramach wyzwania CZYTAM LITERATURĘ AMERYKAŃSKĄ
http://basiapelc.blogspot.com/p/czytam-literature-amerykanska.html

rozkminka o flipie

Ostatnio, zupełnie przypadkowo, trafiłem na youtube na udostępniane przez French Freda materiały "behind the scenes" z filmu Flipa pt. "Sorry". Muszę przyznać, że podziałały na mnie trochę tak, jak słynna magdalenka na pana Prousta. Ale zacznijmy od początku: o co w ogóle chodzi z tym całym Flipem, kim jest French Fred i dlaczego "Sorry" nie ma na Filmwebie? Flip Skateboards to wywodząca się z Wielkiej Brytanii firma deskorolkowa. French Fred to Fred Mortagne, znany fotograf i twórca filmów deskorolkowych. Filmy deskorolkowe zaś, to bardzo ciekawa forma promocji jaką stosują deskorolkowe filmy. Otóż w ciągu kilkudziesięciu minut każdy sponsorowany przez firmę deskorolkowiec prezentuje co potrafi, z reguły na ulicznych miejscówkach. Na początku były to oczywiście miejscówki w jednym mieście, te na których jeżdżono zazwyczaj, jednak w czasach gdy kręcono "Sorry" normą było, że firmy fundowały swoim podopiecznym przejażdżki po całym świecie. Stąd chociażby ujęcia z Paryża czy Barcelony.

Bo deskorolka to specyficzny "sport". Wtajemniczeni wiedzą, że o klasie zawodnika wcale nie świadczą wyniki na zawodach (które wielu najlepszych po prostu olewa), a właśnie materiały nagrane z myślą o filmie. Pamiętam, że gdy w 2005 w Krakowie odbywały się zawody Etnies, na które zjechała się śmietanka skejterów z Europy i Stanów, to z prawdziwą przyjemnością słuchaliśmy późniejszej relacji pochodzącego z Krakowa Igora, który w wakacje gościł w Augustowie i opowiadał jak na owych zawodach radził sobie team Flipa. Że Salabanzi nie dojechał z powodu kontuzji, że Arto Saari skupił się na poszukiwaniach dobrego zioła, że Tom Penny nawet na chwilę nie wyszedł z knajpy, a Boulala wystartował będąc nieźle wciętym. I tego od nich oczekiwaliśmy, no ale uprzedzam fakty.

"Sorry" kręcone było od roku 2000, a premierę miało w 2002. Ja obejrzałem ten film po raz pierwszy w 2004 razem z sequelem "Really Sorry" wydanym w 2003 (to jest w ogóle ciekawa sprawa, był to okres przechodzenia od wydawania filmów na VHS do DVD i normą było wtedy, że film najpierw wychodził na kasecie, a po jakimś czasie wychodziła wersja DVD wzbogacona o dodatki. Flip się nie cackał i na DVD wyszedł sequel). Pamiętam, że film wywarł na mnie ogromne wrażenie i choć skończyłem go oglądać po jedenastej w nocy, to mimo to wziąłem deskę i naładowany pozytywną energię wyszedłem na osiedlową uliczkę skleić parę trików i podenerwować sąsiadów hałasem. Film wywarł podobne wrażenie nie tylko na mnie, ale i na całej ekipie z którą wtedy śmigałem. Oglądaliśmy go po wielokroć, jego bohaterowie byli naszymi mistrzami i często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu "jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek" etc. Wielu zwyczajnie naśladowało różne pozadeskowe szaleństwa wspomnianego Boulali.

Film w ogóle zaczyna się od wielkiej niespodzianki, gdyż pierwszą osobą jaką widzimy na ekranie jest... Johnny Rotten kojarzony głównie z Sex Pistols (choć ja o wiele bardziej cenię Public Image Ltd). Podstarzały punkowiec pełni w filmie rolę konferansjera, rozpoczyna go, kończy i zapowiada przejazdy kolejnych członków teamu. Siła tej ekipy tkwi w jej zróżnicowaniu, które nie przeszkadza jej w całkowitym zgraniu się i stworzeniu zwartej całości. Poza tym żaden z nich nie jeździ poniżej poziomu, który można określić jako mistrzowski, przy czym każdy ma swój własny, indywidualny styl. Kalifornijski piękniś Appleyard, szwedzki panczur Boulala, fruwający pod niebo Chalmers z Kanady, 15-letni Francuz z Kongo Salabanzi, nie znający lęku Rowley z Liverpoolu, śmigający po rampach duńczyk Glifberg, tajemniczy outsider Tom Penny z Oxfordu i wreszcie na finał, nomen omen Fin Arto Saari, którego występ Rotten poprzedza wstępem "you know, i'm looking at my notes here and i'm surprised that Arto Saari almost died twice while making this film

Dzieła dopełnia genialnie dobrany soundtrack, równie zróżnicowany jak osobowości bohaterów filmu. Jest Placebo, jest Edith Piaf, David Bowie, jest DJ robiący szuru-buru na break beatach i inni.

Warto wspomnieć o sequelu, który jest również świetny, jednak moim zdaniem pozbawiony genialności pierwowzoru. Nie występują w nim także Chalmers i Glifberg. W całości bowiem postawiono na street, a team wzbogacił się tym sposobem o Danny'ego Cereziniego (króciutki przejazd) i PJ Ladda (świetny przejazd dowodzący, że "silence is golden").

W 2009 wyszła trzecia część zatytułowana "Extremely Sorry", jednak to już nie było to. Mimo że triki na najwyższym poziomie, to zniechęcały zmiany w ulubionej ekipie (skład z czasów "Sorry" po tylu latach jestem w stanie wymienić z pamięci obudzony w środku nocy), do tego nie byłem już dzieciakiem by ślepo się jarać jakimiś tam skejterami. Ale sentyment do pewnego okresu w życiu i historii pozostał, jak widać. Mam nadzieję, że każdy ma swój prywatny odpowiednik mojego "Sorry", który wywołuje w nim podobne emocje, bo to coś pięknego.



wtorek, 31 grudnia 2013

rozkminka o sylwestrze


Długo by tłumaczyć, ale w moim przekonaniu genialna metafora dzisiejszego właśnie zakończonego święta.

wtorek, 24 grudnia 2013

rozkminka o ogłoszeniu


Ogłoszenie całkowicie bezpretensjonalne i unikające wszelkich niedomówień. Zainteresowaniem się jednak, jak widać, nie cieszy. Ludzie przyzwyczajeni, że za darmo można tylko w mordę dostać, a czasem nawet to nie, węszą zapewne w szczerych intencjach tanią prowokację. Przerażający jest ten coraz powszechniejszy brak zaufania do bliźnich.

środa, 18 grudnia 2013

rozkminka o behanie


Nazwisko Brendan Behan pierwszy raz obiło się o moje oczy w trakcie lektury jednego z artykułów Huntera S. Thompsona. Wizerunek irlandzkiego pisarza posłużył tam jako pomoc w wizualizacji jednego z bohaterów tekstu charakteryzującego się madmierną skłonnością do alkoholu. Wówczas właśnie wklepałem to nazwisko do wyszukiwarki i od tej pory mogłem się szczycić, że o Behanie wiem coś niecoś. Gdyby nie Thompson, wpadłbym zapewne na jego trop za pośrednictwem jednego z moich ulubionych tekściarzy i wokalistów, również pochodzącego z Irlandii, na którego Behan wywarł spory wpływ, do tego stopnia, że piosenkarz nawet śnił o spotkaniu z nim. Pisarza tego, o inicjałach godnych gwiazdy filmowej, charakteryzuje jego biografia, o tyle ciekawa, co krótka. Zmarł w wieku 41 lat na skutek nadużywania alkoholu. Do tego czasu zdążył jednak parę rzeczy przeżyć i parę książek napisać.

W wieku 16 lat wstąpił do IRA(wcześniej należał do młodzieżówki Fianna Éireann). Został aresztowany w momencie gdy obładowany ładunkami wybuchowymi wybierał się do Liverpool wysadzić tamtejsze doki. Został skazany na trzy lata pobytu w domu poprawczym (tzw. borstal) w Anglii. Później był jeszcze sądzony za usiłowanie zabójstwa dwóch detektywów. Skazany na czternaście lat odsiadki, wyszedł dzięki amnestii z 1946 roku. Na tym zakończyła się jego kariera bojownika o wolność, choć jeszcze w 1947 chwilę posiedział za udział w próbie uwolnienia z więzienia jednego z członków IRA.

To właśnie w więzieniu znalazł czas na pierwsze próby literackie. Pisał sztuki teatralne, opowiadania i wiersze. Tam też nauczył się irlandzkiego. Po odsiadce mieszkał przez chwilę w Irlandii, by następnie przenieść się do Paryża, a potem ostatecznie powrócić do ojczyzny. Jako pisarz był podobno bardzo zdyscyplinowany. Wstawał o siódmej i pisał do południa (wówczas otwierano puby). W 1958 napisał powieść "Borstal Boy" opowiadającą o pobycie w angielskim domu poprawczym (w 2000 roku na jej podstawie nakręcono film). Na tę książkę mam ogromną chrapkę, ale zafiksowałem się, że muszę przeczytać ją w oryginale. Jeszcze do niedawna nowiutkie można było kupić na allegro za niecałe dwie dychy, ale zwlekałem tak długo, aż obudziłem się z ręką w nocniku. Miałem do wyboru: brać po polsku (bo siedmiu dych na oryginał przecież nie wywalę) lub wziąć coś innego, skoro przyszedł czas na tego autora.

Zdecydowałem się na "Ucieczkę" zupełnie nie wiedząc czego mam się spodziewać. Z opisu na okładce i przedmowy dowiedziałem się, że była to kryminalna powieść w odcinkach, którą Behan pisał w 1953 i pod pseudonimem Emmet Street publikował w irlandzkim dzienniku Irish Times. Słuch by zapewne o niej zaginął gdyby autor nie wspomniał o niej po latach w rozmowie z Rae Jeffsem, gdy poprzez cudowny zbieg okoliczności podjęli temat kryminałów. Pod nazwiskiem Behana powieść ukazała się już po jego śmierci.

Tło całej powieści stanowi przestępczy półświatek, jej fabuła zaczyna się w szemranej dublińskiej knajpie piątej kategorii, a kończy w paryskiej restauracyjce. Z jednego miejsca do drugiego doprowadzą nas wydarzenia związane z tytułową ucieczką. Tajemniczy Szef tworzy precyzyjny plan mający na celu uwolnienie z więzienia Mountjoy (jedno z więzień w którym sam Behan miał "przyjemność" przebywać) pewnego Anglika. Szybko przekonujemy się, że plan ma drugie dno i Szefowi wcale nie chodzi o pieniądze, które lekką ręką Anglik oferuje za pomoc.

Powieść jest dość krótka, kolejne zwroty akcji nie są zbyt przewidywalne i całość czyta się bardzo przyjemnie. Nie należy jednak oczekiwać wiele więcej, jest to chyba typowa literatura pulpowa tamtych czasów, a dla jej autora swoisty eksperyment, we wspomnianej rozmowie mówił, że dopiero "kiedy sam spróbował sił w tym gatunku powieści, przekonał się, że to nie jest wcale takie łatwe". Wydaje mi się, że wybrnął z tej próby zwycięsko i jestem zdania, że warto przy tej czy innej okazji "Ucieczkę" przeczytać.

A ja kończę z refleksją, że skoro takie powieści pan Behan pisał "na boku", to nie mogę się już doczekać sprawdzenia kolejnych pozycji.

PS. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Kaczmarski patrząc na tę okładkę wymyślił "zęby krat"?

wtorek, 17 grudnia 2013

rozkminka o bratnym 4



16 marca 1978 roku miała miejsce katastrofa w Gabare, największa katastrofa lotnicza w historii Bułgarii. Lecący z Sofii do Warszawy samolot rozbił sie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zginęli wszyscy ludzie znajdujący się na jego pokładzie, na czele z wiceministrem resortu kultury Januszem Wilhelmim, postacią kontrowersyjną i w kręgach ludzi sztuki nie darzoną szczególną estymą. Już 23 maja Roman Bratny postawił ostatnią kropkę "Kiepskiego zmartwychwstania", powieści inspirowanej tym tragicznym wydarzeniem. Wydana została jednak dopiero dwa lata później.

Jej główny bohater, którego personaliów nigdy nie poznajemy, narrator sprowadza go do zaimków pisanych niezmiennie wielką literą, to szef Instytutu Historii, nader ważna persona, także (a może przede wszystkim) we własnym mniemaniu. Poznajemy go w drodze na lotnisko w Bukareszcie, w chwili gdy tuż przed odlotem polskiej delegacji do kraju oznajmia zaskoczonej sekretarce-kochance, że ma jeszcze coś do załatwienia w mieście i do Polski wróci później na własną rękę. Zaabsorbowany spotkaniem z nader ważną dla siebie osobą, aż do samego powrotu do Polski nie wie, że samolot którym miał lecieć uległ katastrofie tak poważnej, że jakakolwiek identyfikacja ciał jest niemożliwa. Bohater zostaje uznany za zmarłego i do Warszawy dociera niemal w tej samej chwili gdy rozpoczynają się uroczystości pogrzebowe. W pierwszej chwili chce wyprostować sytuację, dzwoni nawet do ministra, jednak słowa wypowiedziane przez sekretarkę, sugerujące że nie wszyscy są tym faktem zasmuceni, studzą jego zapał. Postanawia nie ujawniać się od razu i chwilę odczekać.

Czekamy wraz z nim, towarzysząc jego wspomnieniom i przemyśleniom. Nie wywołują one jakichkolwiek pozytywnych uczuć względem bohatera. W każdym calu jest szują, wyrachowanym karierowiczem bezbłędnie wyczuwającym skąd powieje wiatr. Doskonale oddaje to wspomnienie jego rozmowy z synem, który również postanowił związać swą przyszłość z historią, zwaną niekiedy nauczycielką życia:

"- A cóż to jest takiego 'uczciwy historyk'? - zapytał prowokacyjnie syna.
- Ten, który szanuje prawdę.
- Prawda? Nic takiego nie ma.
- A więc historyk uznaje kłamstwo?
- Kłamstwo? Każde kłamstwo jest w tym samym stopniu prawdą, w jakim każda prawda musi być kłamstwem. Bo każda nim się w końcu okazuje. To są chwile, w których coś jest prawdą i zaraz staje się kłamstwem. I na odwrót. Taka jest prawda człowieka i jego historii."


Jedynym miejscem gdzie od takiego życia się odgradza jest Puszcza do której od lat jeździ w każdej wolnej chwili, by zapolować i spotkać się z byłym leśniczym Leszkiem, jedyną osobą którą uważa za przyjaciela. Mam wrażenie, że w ten sposób autor chciał podkreślić swoistą dychotomię między cywilizacją, przy każdej okazji usiłującej nas ubrudzić i niczym nieskażoną prostotą natury. Inną cechą każącą się dopatrzeć w bohaterze resztek człowieczeństwa skrytego pod grubą warstwą cynizmu i koniunkturalizmu jest jego tęsknota za córką, którą matka przed laty wywiozła do obcego kraju. Zresztą samo życie polegające na ciągłym niedopuszczaniu do siebie licznych wyrzutów sumienia nie wydaje się godne pozazdroszczenia. Choć sam bohater jest z niego zadowolony i nawet dumny.

Dopiero postawienie w tak bezprecedensowej sytuacji jaką jest uznanie za zmarłego sprawia, że traci grunt pod nogami zawieszony w pewnego rodzaju niebycie. Wciąż odładając na później moment ujawnienia się, bohater obserwuje rozwój sytuacji i analizując ją w myślach, tak naprawdę, zupełnie nieświadomie, sam przed sobą przeprowadza rachunek sumienia. Jak można się domyśleć nie obfituje on w pozytywne wnioski i cały utwór łącznie z pointą przepełniony jest melancholią i pesymizmem.

Warto przeczytać "Kiepskie zmartwychwstanie", utwór krótki, mocny i przejmujący. W swoim czasie podobno dość kontrowersyjny, zapewne poprzez mniej lub bardziej zasadne analogie do rzeczywistej postaci. 112 stron do przeczytania jednym tchem nie zabierze nam zbyt dużo czasu, a całkiem możliwe, że skłoni nas do paru przemyśleń. Dodatkową zachętą może być fakt, że z chomika można ściągnąć utwór w całkiem estetycznym jak na mój gust pdfie.