czwartek, 31 grudnia 2015

Laikike1 - Level Up 7 Prod (BobAir)

Klasyczne zakończenie roku, kolejny poziom w górę.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

rozkminka o absalomie


Dawno nie napisałem nic o ksiażkach, nie wiedzieć czemu, mam przed tym jakiś dziwny opór. Niniejszy wpis będzie więc w dużym stopniu wymuszony, ale mam nadzieję, że przerwie złą passę i dzięki niemu zacznie się dziać trochę więcej w tej kwestii.

Jakiś czas temu dostałem cynk o towarzystwie tzw. intelektualistów, zbierających się w prywatnym mieszkaniu (niemal jak tajne komplety), by prowadzić dyskusje o wyznaczonej wcześniej lekturze. Całe to przedsięwzięcie wydało mi się intrygujące, a że moje koneksje umożliwiały mi wejście postanowiłem się tym zainteresować. Dodatkową zachętą okazało się to, że lekturą, której miało być poświęcone spotkanie, było "Abasalomie, Absalomie" Faulknera, powieść, którą od dawna miałem w swoich czytelniczych planach. Do tej pory jednak przed jej lekturą odstraszało mnie moje nieuzasadnione, jak się okazało przekonanie, że jest to lektura wyjątkowo trudna (największy wpływ miała chyba na to mała i gęsta czcionka, onieśmielająca już podczas kartkowania). Na spotkanie, jak się okazało, ostatecznie nie dotarłem, ale książkę w końcu przeczytałem, tyle dobrego.

Bo przymierzałem się od niej od już od dłuższego czasu. Stała na półce ładnych parę lat, ale lekturę wciąż odkładałem na później. Wydawało mi się, że będzie ona w najwyższym stopniu wymagająca i trudna. Takie miałem wrażenie, gdy patrzyłem na pierwszą stronę i moim oczom ukazywała się mała, gęsta czcionka, ukazująca typowe dla Faulknera zdania wielokrotnie (nieraz do sześcianu) złożone. Jednak, gdy powodowany wyżej przywołanymi okolicznościami, zabrałem się za lekturę, okazało się, że moje obawy były wysoce przesadzone. Owszem, "Absalomie, Absalomie" to w żadnym razie nie czytadło, z którym można zapoznawać się jednym okiem, w tym samym czasie oglądając film i słuchając muzyki; wymaga znacznej koncentracji, ale gdy raz damy się wciągnąć w tok opowieści, wszystko zaczyna iść jak po maśle.

Historia ukazana w powieści rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a perspektywa przedstawiających ją czytelnikowi narratorów, znających ją z drugiej, trzeciej, a nawet czwartej ręki, wydłużają ten okres do niemal stulecia. Przy sposobie prowadzenia narracji warto zatrzymać się na dłużej. Jedynie Rosa Coldfield, której wspomnienia roztaczane przed młodym Quentinem Compsonem rozpoczynają powieść, miała bezpośrednią styczność z pewną częścią kluczowych wydarzeń, bądź znała osobiście zaangażowanych w nie ludzi. Pozostali narratorzy, a jest ich trzech - ojciec Quentina, znający wydarzenia z opowieści swego ojca, sam Quentin, który zabawia opowieścią swego kolegę ze studiów i w końcu ów kolega, który zbierając do kupy wszystko co usłyszał, stara się ułożyć z tego jakąś logiczną całość, która doprowadziłaby do wniosków, pozwalających mu zrozumieć naturę Południa. Wszystko to, podane w sposób całkowicie stojący na bakier z rzeczywistą chronologią wydarzeń, powoduje, że całą historię musimy sobie ułożyć w głowie jak wieloelementowe puzzle.

Centralną postacią, spiritus movens, jest Thomas Sutpen, który pewnego pięknego dnia roku pańskiego 1833, w iście westernowym stylu pojawia się "znikąd" w hrabstwie Yoknapatawpha (o którym później). Kupuje ziemię, buduje posiadłość i osiada w niej wraz z pośpiesznie poślubioną córką jednego z mieszkańców miasteczka. Co nim powodowało i jaki cel mu przyświecał, do tego próbują dotrzeć po latach ci, których pozornie jego historia nie dotknęła, a jednak wciąż, po tylu latach, nią żyją. Mnie Sutpen kojarzył się w pewnym sensie z Gatsbym, tytułowym bohaterem słynnej powieści Fitzgeralda. Podobna determinacja w dążeniu do celu, imponująca rezydencja jako jeden ze środków, jednak zupełnie inne wydarzenia będące podłożem jego działań. Ciążące nad nim fatum, przesądzające jego los, a także losy wszystkich, z którymi w ten czy inny sposób się związał, paradoksalnie sprawia wrażenie jednocześnie wyjątkowo złośliwego, jak i całkowicie zasłużonego.

Kluczowe dla utworu wydaje mi się zagadnienie pamięci i tego, w jak wielkim stopniu jesteśmy uzależnieni od przeszłości, nawet tej, która zdaje się nie mieć dla nas znaczenia. W powieści uwidocznia się to na dwóch płaszczyznach. Jedna z nich to historia Sutpena, a raczej tych, którzy po latach wspominają jego i wszystkie skutki jego działalności. Co ciekawe, choć wersje narratorów nie wykluczają się nawzajem i raczej nie mamy wątpliwości co do ich wiarygodności (sam Faulkner o niej zapewniał, wypowiadając się o książce), to każde z nich podchodzi do swej opowieści z zupełnie innym ładunkiem emocjonalnym i dla każdego znaczy ona coś zupełnie innego. Zaś drugą płaszczyzną jest historia amerykańskiego Południa, którą obserwujemy w tle. Życie w cieniu przeszłości, której potęga została brutalnie ucięta klęską wojny secesyjnej, staje się balastem, który ciążyć będzie jeszcze bardzo długo. W tej pięknej wizji świata, zakończonej tym kataklizmem, nie ma miejsca na niewygodne tematy, a jednak to chyba właśnie milczenie o nich zdaje się konstytuować tę zbiorowość.

Na koniec chciałbym jeszcze na chwilę powrócić do Yoknapatawpha. Jest to w pełni fikcyjne hrabstwo, wymyślone przez Faulknera na potrzeby jego powieści i stanowiące miejsce akcji kilkunastu z nich. Bardzo mi się ten zabieg podoba, wraz z kolejną przeczytaną książką czuję się, jakbym powracał na stare śmieci. Czy znacie jeszcze jakieś tego typu powieści, gdzie to właśnie tło jest niezmienne, a zmieniają się bohaterowie (choć powtarzają się jacyś epizodyczni lub pierwszoplanowi stają się w kolejnej epizodycznie czy vice versa)?

piątek, 20 listopada 2015

rozkminka o wiedźminie

Natrafiłem na ciekawy "psychotest" - jaką postacią z Wiedźmina 3 jesteś. W grę nie grałem, w żadną część, choć oryginał jedynki od 2007 stoi na półce. Kiedyś na pewno. No ale test zrobiłem tak czy siak i było mi bardzo miło, że okazałem się swoją ulubioną postacią z książkowego cyklu - Yarpenem Zigrinem. W ogóle postacie krasnoludów, czyli oprócz Yarpena jeszcze np. Zoltan Chiavay i Dennis Cranmer, były postaciami, z którymi zwyczajnie się utożsamiałem. Bardzo jeszcze lubiłem postać Isengrima "Żelaznego Wilka" Faolitiarny, ale z nim się nie utożsamiałem. Dreszcz mnie przechodzi na samą myśl, że mógłbym. Więc gdy przeczytałem o sobie, że
Jesteś Yarpenem! Masz jaja jak kokosy i choć czasem zbywa Ci na dobrych manierach, lubisz przekląć jak szewc i w ogóle straszny z Ciebie sukinkot, lojalny z ciebie druh i doskonały towarzysz w każdej sytuacji
choć powód jest wręcz śmieszny, to poczułem się dowartościowany. Powiem nawet nieskromnie, że opis do mnie pasuje :P

Dla ilustracji chciałem wrzucić rysunek Yarpena z komiksu "Granica możliwości", który dawno, dawno temu był dla mnie pierszym kontaktem ze światem wiedźmina, ale na sieci znalazłem tylko taki tyci. W wolnej chwili znajdę komiks i zrobię skan i może w ogóle rozwinę tego posta w jakąś dłuższą rozkminkę, bo czuję potencjał.

środa, 11 listopada 2015

rozkminka o święcie

Pieśń na dzisiaj:

niedziela, 25 października 2015

rozkminka o nowej rzeczywistości

Jak żyć w "nowej" rzeczywistości? Tak samo jak w starej: zarzucamy antydepresanty i jakoś to będzie.

sobota, 24 października 2015

rozkminka o techno

Jak już wspomniałem w poście o "Idolu", miałem okazję wybrać się na koncert The Analogs, jednego z moich ulubionych zespołów. Ciekawym zbiegiem okoliczności był fakt, że został zagrany wspomniany przeze mnie w poprzednim wpisie utwór "Idole", choć z reguły nie jest on grany z reguły na koncertach. Ale, jak uznał wokalista, trzeba ten kawałek przypominać, bo każde pokolenie dodaje do niego kolejną zwrotkę. Gdy Harry za Analogsów wspólnie z Farben Lehre wykonał "Pierdoloną erę techno", przeniosłem się w czasie.

Dawno, dawno temu, w czasach gdy uczęszczałem do gimnazjum, wymienialiśmy się między sobą płytami CD-R, na których upychało się wszystko co się dało. Empetrójki, "śmiszne" filmiki etc. Na takiej właśnie płycie, nie mam pojęcia, od kogo pożyczonej, trafiłem na kawałek, w którym natychmiast się zakochałem. Podpisany był jako Pidżama Porno, a zaczynał się od pamiętnych słów "to chuj, że gramy jak dwadzieścia lat temu". Niedługo póżniej skompromitowałem się w towarzystwie, gdy ktoś przytoczył wersy z tego kawałka, a ja zidentyfikowałem je jako twórczość zespołu z nazwy mojego pliku. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że dowiedziałem się wówczas o prawdziwych autorach tego utworu. Swoją drogą, aż do dzisiaj myślałem, że tamta nazwa pliku to jakaś durna pomyłka, która urosła do rangi reguły, coś jak "Balansuj ze mną" czy przypisawanie "Jedziemy po zioło" Kalibrowi 44. Jednak dzisiaj, w trakcie przechadzki nad Neckiem, dowiedziałem się od Szymona T., że Pidżama rzeczywiście nagrała cover "Ery techno". edit: chyba jednak nie, ta wersja jest na płycie Blask Szminki.

W każdym razie, gdy już namierzyłem interesujący mnie zespół, natychmiast zapoznałem się z dyskografią. Nie będę tu się na jej temat rozpisywał, kto ją zna, ten wie o co chodzi, kto nie zna może się zapoznać. Ja wspominam teraz czasy "złotych czasów melanżu", gdy byłem młody i piękny (żartuję, tylko młody), a "Era techno" była jednym z elementów czegoś, co można nazwać soundtrackiem mojej ówczesnej ekipy. O pozostałych kawałkach napiszę może przy innej okazji. Dla "Ery techno" charakterystyczne było, że gdy z moim przyjacielem Dawidem szliśmy pijani przez miasto, to na cały głos skandowaliśmy tekst, niekiedy zyskując poparcie nocnych przechodniów, niekiedy wdając się z nimi w awantury. Mieliśmy wtedy po niespełna dwadzieścia lat, dwadzieścia lat stuknęło w tym roku Analogsom.