Zajawa i stres czy zaraz wróci tata,
bywałem w różnych chatach, różnych światach
różnych stanach - zasada ta sama, niestety
wszędzie to samo gówno, inne etykiety
sobota, 3 października 2015
3. Kuba Knap - Sprane czapki prod. Jorguś Kiler
Trafił koleś w jakąś czułą strunę we mnie. Ja zacząłem chlać rok po tym jak wieże padły. Z wieloma wersami się utożsamiam, fajnie opowiedziane. Teraz słucham płyty i jest całkiem nieźle.
poniedziałek, 28 września 2015
środa, 23 września 2015
rozkminka o kręgu
Po obejrzeniu ostatniego odcinka "UnREAL" rozglądałem się za czymś nowym. I znowu przez zupełny przypadek udało mi się trafić na serial godny polecenia. "Full Circle" to serial, który nie cieszy się chyba zbyt duża popularnością (wnioskując chociażby z liczby ocen na filmwebie - dzisiaj jest ich 29), a szkoda. W moim przekonaniu na uwagę zasługuje dzięki temu, że jest to zamknięta całość, z którą można zapoznać się w stosunkowo krótkim czasie, bo jest to dziesięć odcinków, trwających po 20 minut z niewielkim hakiem. Sama formuła może brzmieć trochę ryzykownie, bo mamy tu do czynienia z sytuacją niemalże teatralną. Każdy odcinek sprowadza się w zasadzie do dialogu pomiędzy dwiema osobami. W dodatku sceneria w każdym przypadku jest taka sama, a jest ro restauracja o wiele mówiącej nazwie Elipsa.
Sposób prowadzenia narracji z odcinka na odcinek przypomina debiutancki film Richarda Linklatera pt. "Slacker". Tam kamera podążała za jedną postacią, by po pewnym czasie zmienić swój obiekt obserwacji na inną, choćby przechodnia, z którym ta pierwsza minęła się na ulicy. W przypadku "Full Circle" zmiany te są mniej przypadkowe. Sprowadzają się do prostego schematu: w pierwszym odcinku rozmawia ze sobą dwoje bohaterów. W następnym jedno z nich przychodzi do restauracji z nową osobą. W kolejnym, ta nowa osoba spotyka się z jeszcze kimś innym itd. Aż wreszcie w ostatnim odcinku na scenę powraca postać z pierwszego odcinka, ta która pojawiła się jak dotąd tylko raz. Historia zatacza koło.
Zadziwiające jest to, z jak niewymuszoną gracją prowadzona jest opowieść. Ciąg relacji łączący kolejne postacie nie jest w żadnym przypadku naciągany i przebiega płynnie, choć miałem obawy, że może być inaczej. Sposób prezentowania postaci, z których każda występuje dwukrotnie, za każdym razem w towarzystwie innego interlokutora, uświadamia nam, jak wiele zależy od tego, w czyich oczach się przeglądamy. Każde z bohaterów ukazuje nieco inne oblicze zależnie od swego towarzysza. Innym skutkiem takiej narracji jest brak jednego głównego problemu, który stanowiłby oś fabuły. Zamiast tego dostajemy kalejdoskop ludzkich dążeń i przeszkód stających na ich drodze. Problem miłości i jej braku, zdrady małżeńskiej, wolności słowa, homofobii, kazirodztwa. Tematów nie brakuje. Jedynym zgrzytem było dla mnie wprowadzenie wątku lekko paranormalnego, ale że, jak wspominałem, jest on tylko elementem nie wysuwającym się na pierwszy plan, to przy ogólnym rozrachunku zbytnio nie przeszkadza.
Wątpliwości może też budzić samo zakończenie. Z jednej strony łatwo byłoby określić je dosadnie "ni przypiął ni przyłatał", a nawet zarzucić, że zupełnie nie pasuje do klimatu całości. Z drugiej strony jednak, być może ma ono zwrócić widzowi uwagę, jak ważne jest to, co dzieje się na drugim planie, pozornie nie mając większego znaczenia. Zwłaszcza że wspomniany drugi plan z odcinka na odcinek zdajemy się zauważać coraz wyraźniej, dostrzegając tam coraz więcej znajomych twarzy. Nic dziwnego, skoro restauracja im się spodobała, to często tam wpadają, nawet gdy nie jest to ich "czas ekranowy". Nie mówiąc już o personelu, który zwyczajnie musi tam być, nawet jeśli nie do końca ma na to ochotę.
Przy stosunkowo małym nakładzie środków powstało dzieło niebanalne, które na dłużej zostaje w pamięci. Dziesięć osób (plus trzy, chciałoby się dodać nawiązując do filmu Jerzego Gruzy) i łącząca je sieć relacji stała się punktem wyjścia do przypowieści o przypadkowości jaka stale towarzyszy ludzkiej egzystencji oraz samych ludziach, tak bardzo zmiennych, by posłużyć się cytatem z Sartre'a: ludzie mający towarzystwo przywykli widzieć się w lustrze takimi, jakimi widzą ich przyjaciele. A mimo to, paradoksalnie wciąż takich samych.
czwartek, 17 września 2015
rozkminka o z-boyu
Wczoraj w końcu zabrałem się za przesłuchiwanie najnowszej płyty kalifornijskiego rapera Mursa pt. "Have a Nice Life". Słuchałem właśnie utworu nr 10, zatytułowanego "Skatin Through the City", który wywołał we mnie wiele pozytywnych uczuć. Tyle lat spędziłem jeżdżąc na deskorolce, w stu procentach zaangażowany w towarzyszącą jej otoczkę, że utwory w tym stylu odczuwam całym sobą. Skatin' through the city like I own this bitch - tak było, a teraz gdy tylko jadę na desce, co niestety zdarza się rzadko, cały czas tak jest. Kiedyś mój zapał był nieporównanie większy. W okresie gdy miałem powiedzmy 16-19 lat musiałem jeździć codziennie. To było nawet coś więcej niż pasja, to był nałóg. Jeśli przez jeden dzień nie jeździłem, bo przykładowo padał deszcz, miałem autentyczną depresję. W zimę szukaliśmy choćby kilku metrów kwadratowych suchej nawierzchni. Nie straszne były nam dwudziestostopniowe mrozy wdzierające się ostrym wiatrem przez powybijane okna zajętego przez nas pustostanu. Mógłbym wiele jeszcze napisać, ale tak naprawdę można to wszystko podsumować banalnym stwierdzeniem "stare, dobre czasy".
Jedną z ważniejszych czynności, obok najważniejszej czyli samej jazdy, było oglądanie filmów deskorolkowych. O dwóch pisałem tutaj i tutaj, przybliżając nieco całe zjawisko. Pamiętam jak pewnego dnia trafiłem na "Dogtown & Z-Boys", dokumentalny film ukazujący początki deskorolki. Młodzi surferzy, nie mogąc się doczekać porządnych fal, zaczęli wykorzystywać deski ze świeżo opatentowanymi kółkami poliuretanowymi, by surfować po ulicach San Francisco. W najśmielszych marzeniach nie przewidywali pewnie, że ich zajawka opanuje wkrótce cały świat.
W kilka lat po dokumencie przyszedł czas na film fabularny zainspirowany tymi wydarzeniami. Do dzisiaj uważam, że "Lords of Dogtown" jest jednym z nielicznych filmów, którym udało się oddać deskorolkowego ducha, pomimo przedstawienia historii przy pomocy typowo hollywoodzkiej narracji. Wpływ na to z pewnością miał fakt, że współautorem scenariusza i swego rodzaju opiekunem był Stacy Peralta, pierwowzór jednego z przedstawianych w filmie skaterów (swoją drogą reżyser dokumentu). Myślę, że gdybym laikowi miał wytłumaczyć czym jest deskorolka, "Lords of Dogtown" byłoby nader pomocne. Dodatkową zachętą może być Heath Ledger, występujący w istotnej, mimo że drugoplanowej, roli.
Zbliżam się do smutnej puenty. Pod koniec drugiej zwrotki Murs nawija Rest in peace Jay Adams, a mnie przechodzi dreszcz. Co? Jak? Sprawdzam pospiesznie wikipedię. Okazuje się, że to niestety prawda. Jeden z legendarny Z-Boysów zmarł w zeszłym roku na atak serca. Na pewno niebagatelną rolę odegrał tryb życia jaki prowadził przez wiele lat. Uzależnienie od narkotyków (m. in. heroiny) i wynikające z tego liczne konflikty z prawem. Wyszedł jednak na prostą, w czym na pewno pomogły wyżej wspomniane filmy, które przypomniały go światu. Od 2005 pozostawał czysty, wygłaszał nawet w szkołach wykłady "ku przestrodze". W przeciwieństwie do swoich kolegów, Stacy'ego Peralty i Tony'ego Alvy, nie zrobił kariery, ale to właśnie on najbardziej nam imponował swoją bezkompromisowością. Przy czym nawet wyżej wspomniani koledzy przyznawali, że był z nich wszystkich najlepszy. Powtarzam więc za Mursem Rest in peace Jay Adams i idę pojeździć choć przez chwilę.
JAY ADAMS
3.02.1961 - 15.08.2014
Jedną z ważniejszych czynności, obok najważniejszej czyli samej jazdy, było oglądanie filmów deskorolkowych. O dwóch pisałem tutaj i tutaj, przybliżając nieco całe zjawisko. Pamiętam jak pewnego dnia trafiłem na "Dogtown & Z-Boys", dokumentalny film ukazujący początki deskorolki. Młodzi surferzy, nie mogąc się doczekać porządnych fal, zaczęli wykorzystywać deski ze świeżo opatentowanymi kółkami poliuretanowymi, by surfować po ulicach San Francisco. W najśmielszych marzeniach nie przewidywali pewnie, że ich zajawka opanuje wkrótce cały świat.
W kilka lat po dokumencie przyszedł czas na film fabularny zainspirowany tymi wydarzeniami. Do dzisiaj uważam, że "Lords of Dogtown" jest jednym z nielicznych filmów, którym udało się oddać deskorolkowego ducha, pomimo przedstawienia historii przy pomocy typowo hollywoodzkiej narracji. Wpływ na to z pewnością miał fakt, że współautorem scenariusza i swego rodzaju opiekunem był Stacy Peralta, pierwowzór jednego z przedstawianych w filmie skaterów (swoją drogą reżyser dokumentu). Myślę, że gdybym laikowi miał wytłumaczyć czym jest deskorolka, "Lords of Dogtown" byłoby nader pomocne. Dodatkową zachętą może być Heath Ledger, występujący w istotnej, mimo że drugoplanowej, roli.
Zbliżam się do smutnej puenty. Pod koniec drugiej zwrotki Murs nawija Rest in peace Jay Adams, a mnie przechodzi dreszcz. Co? Jak? Sprawdzam pospiesznie wikipedię. Okazuje się, że to niestety prawda. Jeden z legendarny Z-Boysów zmarł w zeszłym roku na atak serca. Na pewno niebagatelną rolę odegrał tryb życia jaki prowadził przez wiele lat. Uzależnienie od narkotyków (m. in. heroiny) i wynikające z tego liczne konflikty z prawem. Wyszedł jednak na prostą, w czym na pewno pomogły wyżej wspomniane filmy, które przypomniały go światu. Od 2005 pozostawał czysty, wygłaszał nawet w szkołach wykłady "ku przestrodze". W przeciwieństwie do swoich kolegów, Stacy'ego Peralty i Tony'ego Alvy, nie zrobił kariery, ale to właśnie on najbardziej nam imponował swoją bezkompromisowością. Przy czym nawet wyżej wspomniani koledzy przyznawali, że był z nich wszystkich najlepszy. Powtarzam więc za Mursem Rest in peace Jay Adams i idę pojeździć choć przez chwilę.
3.02.1961 - 15.08.2014
piątek, 28 sierpnia 2015
rozkminka o (nie)rzeczywistym
Na serial pt. "UnREAL" trafiłem przez przypadek. Ot, co jakiś czas szukam sobie czegoś nowego i akurat wpadł mi w oko ten tytuł, który akurat wchodził na telewizyjne i internetowe ekrany. Opis mnie zainteresował, kulisy programu rzekomo "prawdziwego", serwującego nieoszukaną rzeczywistość w skali 1:1. Oczywiście domyślałem się, jak zapewne każdy w miarę inteligentny człowiek, jak to wygląda w istocie, jednak mimo to serial zaskoczył mnie i do ostatniego odcinka trzymał w napięciu. Do pewnego stopnia, serial może przypominać "Entourage", który ukazywał jak naprawdę wygląda tworzenie (czy raczej produkowanie) filmów w Hollywood. Układy, układziki, a wszystkim rządzi oglądalność i księgowi. Jednak tam została temu przeciwstawiona przyjaźń paczki głównych bohaterów, której powyższe nawet przez chwilę nie były w stanie zagrozić. Tutaj wszystko utrzymane w znacznie bardziej mrocznym tonie, nie ma też miejsce na przyjaźń, która była motywem przewodnim "Entourage".
Nie ma też miejsca na miłość, choć to właśnie wokół tego hasła kręci się całe show Everlasting. O wiele bardziej wysmakowane niż programy, których nazwy przytoczyłem w pierwszym akapicie. Nie mamy tu do czynienia z bandą troglodytów, których zamykamy razem w jednym miejscu i czekamy co z tego wyniknie. Formuła jest zupełnie inna. Adam Cromwell, dziedzic fortuny Cromwellów, brytyjski szlachcic, poszukuje żony. Do programu zostaje przyjętych kilkanaście kandydatek, wśród których być może znajdzie się szczęśliwa wybranka. Tak to wygląda oficjalnie. Jednak już pierwsza scena uświadamia nas, czego możemy się spodziewać po tej romantycznej opowieści. Adam, przystojniak o zniewalającym uśmiechu, stoi na dziedzińcu, na który wjeżdża po chwili, jak w bajce, kareta. Wychodzi z niej piękna kobieta w pięknej sukni i kieruje się w stronę swego wybranka. W tym momencie po całym planie rozlega się donośny głos producentki, Quinn (świetna rola Constance Zimmer):
"Cięcie! Kto wpadł na pomysł, żeby czarna wychodziła jako pierwsza? Zmieńcie to, powtarzamy. Hej, to nie moja wina, że Ameryka jest rasistowska!"W tym momencie zostaje wyznaczony kurs i już wiemy, przynajmniej do pewnego stopnia, czego możemy się spodziewać. Oczywiście nie jest tak, że to producentka jest tą "wielką złą". Prawda jest taka, że w całym serialu nie znajdzie się chyba ani jednej postaci, którą dało by się lubić. Dla wielu osób będzie to być może wadą, jednak dla mnie jest to zabieg naprawdę ożywczy. Jesteśmy wytrąceni z poczucia bezpieczeństwa i kontroli, bo nie znajdziemy tu nikogo, komu moglibyśmy kibicować. Dla ekipy pracującej nad kolejnymi odcinkami jest to już trzynasty sezon. To ludzie, którzy w swym fachu świetnie się spełniają, dążą do sukcesu za wszelką cenę, znają doskonale układ w jakim się znaleźli i w jego ramach starają się stopniowo poprawić swoją pozycję. Nie ma tu miejsca na skrupuły. Nie lepiej ma się sprawa z samymi uczestnikami. Czarujący bawidamek, Cromwell, w programie upatruje szansy rehabilitacji po seks skandalu, którego był czynnym uczestnikiem. Jeśli teraz pokaże się od jak najlepszej strony, być może odbuduje w ten sposób swoją reputację i odzyskawszy zaufanie rodziny, nadal oddawać się wystawnym zabawom. Jeśli chodzi o kandydatki do zamążpójścia, to mamy tu do czynienia z całym panteonem intencji, mniej lub bardziej wyrachowanych. Cynizm miesza się tu z nadludzką wręcz naiwnością, w najlepszym przypadku wzbudzając współczucie widza.
Główną bohaterką serialu jest Rachel Goldberg. W hierarchii jest o oczko niżej niż producentka Quinn (czy szef Quinn, a przy okazji jej kochanek, Chet), ale jest tak utalentowana w tym co robi, że dla show wręcz niezbędna. Jej funkcja polega na koordynowaniu wydarzeń dziejących się na planie, sprawianiu, by spontaniczne reakcje uczestników odpowiadały przynajmniej z grubsza scenariuszowi, w dużym stopniu zmienianym na bieżąco, jeśli akurat producenci zwęszą gdzieś możliwość większych emocji (=oglądalności=pieniędzy). Kiedy potrzebny jest płacz którejś z uczestniczek, Rachel subtelnie doprowadza ją do płaczu. Gdy sytuacja wymaga, by któraś nabrała wiary we własne siły, Rachel natchnie ją do dalszej walki o swoje. Ta cudotwórczyni powraca do produkcji owiana złą sławą, podczas kręcenia finału ostatniego sezonu puściły jej nerwy. Upiła się, wykrzyczała do kamer kilka słów prawdy i ogólnie rzecz biorąc, narobiła trochę bałaganu. Wszyscy są więc zdumieni, gdy Quinn postanawia ją ponownie zatrudnić. Ta jednak wie, że Rachel jest wręcz urodzona do funkcji jaką pełni przy programie i dlatego niezbędna. Zrobi więc wszystko, by mieć ją przy sobie.
Rachel jest zagubiona i nie wie czego chce od życia. Jej były chłopak (oczywiście kolejny członek ekipy) zdążył się już związać z inną. Z braku innych pomysłów spada na cztery łapy w wir pracy. W niepamięć odchodzą jej marzenia o "napisaniu książki i pomaganiu dzieciom w Afryce". Niebagatelną rolę odgrywa przy tym fakt, że praca to dla niej azyl, ucieczka. A że Quinn uratowała ją od wyroku skazującego na roboty publiczne oraz obowiązkowych spotkań z terapeutą od uzależnień, wypadałoby się jej odwdzięczyć. Fascynująca jest ta relacja pomiędzy dwiema kobietami, zbliżająca się nieraz do syndromu sztokholmskiego. Jak Rachel dyryguje uczestniczkami show, tak jej szefowa pociąga za sznurki przytroczone do kończyn podwładnej. W jednej chwili pociesza ją i daje się wypłakać, by w następnej, w ostrych, żołnierskich słowach postawić ją do pionu i nakazać działanie. Postępuje tak zresztą z każdym, ale w tym konkretnym przypadku jest to zdecydowanie najbardziej intrygujące. Można chwilami odnieść wrażenia, że dla Rachel Quinn zastępuje matkę. Z deszczu pod rynnę, chciałoby się powiedzieć, gdy obserwujemy relację Rachel z jej rodzicielką. Pani psychiatra, która od najmłodszych lat starała się zdiagnozować problemy córki, wynajdując dla niej kolejne psychiczne choroby i psychotropy, którymi należało by je leczyć. Ten wątek w pierwszym sezonie jest ledwo zarysowany, ale można podejrzewać, że w kolejnym będzie rozwinięty. Tymczasem, choć z pozoru marginalny, jest bardzo mocnym akcentem w nakreślaniu postaci bohaterki.
Zakończenie może z pozoru wydawać się rozczarowujące w porównaniu do poprzedzających je odcinków. Widz spodziewa się trzęsienia ziemi, piekielnego ognia i siarki, tymczasem, przynajmniej w przypadku najważniejszych bohaterów, przy wszystkich spotykających ich zdarzeniach, zostało utrzymane jako takie status quo. Ot, dogodna furtka prowadząca do kolejnego sezonu. Gdy się jednak dłużej nad tym zastanowić, można dojść do wniosku, że właśnie taki finał jest najbardziej wstrząsający z możliwych. Przez cały czas liczymy na wyrwanie się z błędnego koła, choćby poprzez jak najbardziej tragiczne incydenty. Okazuje się jednak, że nie jest to wcale takie łatwe.
czwartek, 6 sierpnia 2015
rozkminka o punku
W centrum mojego miasta znajduje się pewna ściana, na której dawno temu ktoś umieścił napis, którego odczytywanie jest jednym z moich najwcześniejszych wspomnień. Oznacza to, że napis znajduje się tam co najmniej od początku lat dziewięćdziesiątych. Malunek sam w sobie nie był specjalnie imponujący, ale dla mnie, choć zupełnie nie wiedziałem wtedy o co chodzi, niósł jakąś ekscytującą tajemnicę. "SEX PISTOLS", no sami przyznajcie. Nie dość że seks, który pociągał za sobą wówczas liczne teoretyczne rozważania, sprowadzające się do pytania co to w ogóle jest, to jeszcze pistolety, o których każdy wiedział, że to ekstra sprawa. Pod wspomnianym napisem był jeszcze drugi, mniejszy. "Sid Vicious", zupełnie jakby to było miano autora. No właśnie. Gdy po latach zacząłem wiedzieć już nieco więcej o wspomnianych wyżej kwestiach, często zastanawiałem się, kim jest człowiek, który przed laty nabazgrał to na ścianie, kim był wtedy i kim jest teraz.
Wszystko to przypomniało mi się podczas lektury "Końca punku w Helsinkach". Autor, Jaroslav Rudis, w udany sposób oddał z jednej strony entuzjazm punkowego neofity, a z drugiej uczucie nostalgii i pustki jaką pozostawiają w człowieku stare, dobre, szalone czasy. Akcja w powieści przebiega dwutorowo. Przeplatają się ze sobą dwie płaszczyzny czasowe. Z jednej strony współczesność, w której poznajemy Olego, mieszkańca niewielkiego niemieckiego miasteczka tuż przy granicy z Czechami, właściciela baru Helsinki. Nazwa tego przybytku pochodzi od miasta, w którym lata temu miała się zakończyć trasa koncertowa Automatu, zespółu Olego. Jednak w wyniku pewnego przypadkowego odkrycia zespół nigdy tam nie dotarł, a co więcej zwyczajnie się rozpadł. Teraz "szpetny czterdziestoletni" Ole, rozwodnik, ojciec niemal dorosłej córki, z którą nie ma czasu się spotkać, prowadzi egzystencję od dnia do dnia, sprowadzającą się do spotkań ze znajomymi ze starych czasów i wspominania dzikiej młodości. Po drugiej stronie mamy zaś Czechosłowację lat osiemdziesiątych i dziennik prowadzony przez siedemnastoletnią dziewczynę, punkówę pełną gębą. Życie chwilą w komunistycznej Czechosłowacji nie było czymś łatwym, podobne doświadczenia opisywał Jan Pelc w "Będzie gorzej". Podczas gdy zachodni rówieśnicy młodocianych panczurów mogli narzekać, że nikt o nich nie dba, tak tutaj rodzice, nauczyciele i milicja aż do bólu dbali o przyszłość narodu.
Całe to przeplatanie się różnych epok i ludzkich punktów widzenia wywołuje w czytelniku uczucie przykrej pustki. Czy rzeczywiście młodzieńcze uniesienia mają po latach sprowadzać się jedynie do anegdot opowiadanych samemu sobie pomiędzy jedną i drugą "tabletką przeciw śmierci"? Siedemnastolatka i czterdziestolatek stanowią w tym układzie awers i rewers tej samej monety. Jeszcze ciekawiej się robi, gdy w pewnym momencie autor zapoznaje nas z zapiskami córki Olego, które dostarczają okazji do dodatkowych interpretacji. Tylko w ten sposób można próbować ukazać całość zjawiska zwanego "punk", choć można to z pewnością rozszerzyć na każdą subkulturę, bo tak naprawdę wszystko sprowadza się tu do kwestii dorastania. Wnioski z lektury są gorzkie, całość napawa smutkiem, ale mimo wszystko niesie ze sobą nadzieję, na szczęście robiąc to wszystko w niebanalny sposób. Tło historyczno-społeczne jest atrakcyjnym dodatkiem, ciepło na sercu się robi zwłaszcza przy polskich akcentach, głownie muzycznych (choć na przykład mój ojciec zaprzecza jakoby w latach osiemdziesiątych Trójka puszczała Dezertera).
"Koniec punku w Helsinkach" to z jednej strony lektura prosta, w tym sensie, że czyta się ją bardzo szybko, napisana jest językiem potoczystym, na specjalne gratulacje zasługują fragmenty pisane z perspektywy nastolatki. Z drugiej zaś wyzwala w czytelniku całą gamę emocji, od szczerego śmiechu do wzruszenia, od zadumy do zdenerwowania. Po odłożeniu książki jeszcze przez długi czas głowę przepełniają przemyślenia dotyczące jej zakończenia i losów bohaterów, które do niego doprowadziły. Czy mogło być inne? Tego się nie dowiemy, choć można na ten temat długo dywagować. Ale było jak było.
PS Tak się składa, że jakiś czas temu napisałem opowiadanie, które w pewien sposób łączy się z opisywaną powyżej pozycją. Jeśli ktoś jest ciekaw, to zachęcam do czytania: SID
sobota, 13 czerwca 2015
rozkminka o nowotworze 3
I znowu powracam do opowiadania Szymona Teżewskiego, o którym pisałem tutaj i tutaj. Tym razem mój ziomek ma szansę być nominowanym do nagrody Zajdla. Fajnie, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę kulisy powstawania tego dzieła, o których zamierzam teraz pokrótce napisać. Jak to było? Przenieśmy się w przeszłość. Lublin, Falkon 2013. Warsztaty pisania opowiadań prowadzone przez panie z Esensji, jeśli dobrze pamiętam. Wcześniej tego dnia graliśmy w norweskie indie rpg o nazwie Itras By, konwencja surrealistycznego noir. Znalazł się tam motyw miasta cierpiącego na nowotwór. Więc gdy na warsztatach trzeba było wymyśleć punkt wyjścia do opowiadania, pomysł żyjącego miasta od razu przyszedł nam do głowy. Ale każdy miał swoją rozkminkę jak temat pociągnąć dalej. Nie mogąc dojść do kompromisu, doszliśmy do wniosku, że się założymy. Każdy napisze opowiadanie na swoim patencie, potem jakoś rozsądzimy, które było lepsze, a przegrany nie będzie mógł przyjąć nagrody im. Zajdla. Czyli to właśnie ona była stawką. Koniec końców Szymon wygrał. Więc moim zdaniem już samym tym faktem zasłużył na przynajmniej nominację, bo nikt aż tyle nie ryzykował.
Wszystkich więc namawiam do zapoznania się z opowiadaniem, które można przeczytać tutaj, a jeśli wam się spodoba, możecie na nie zagłosować tutaj. Przy okazji możecie zapoznać się z pełną listą powieści i opowiadań, którym możecie dać szansę.
Niech wygra najlepszy, oczywiście.
Wszystkich więc namawiam do zapoznania się z opowiadaniem, które można przeczytać tutaj, a jeśli wam się spodoba, możecie na nie zagłosować tutaj. Przy okazji możecie zapoznać się z pełną listą powieści i opowiadań, którym możecie dać szansę.
Niech wygra najlepszy, oczywiście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








