niedziela, 25 stycznia 2026
rozkminka o thorgalu część 1
Ten wpis dedykuję mojej siostrze, Agnieszce Urszuli Cioch, z którą w dzieciństwie czytałem Thorgale i która regularnie dopytuje, kiedy wreszcie to napiszę
W moim rodzinnym domu w augustowie mamy również rodzinną kolekcję komiksów o Thorgalu. Wydania od sasa do lasa, miękkie okładki, twarde okładki, część kupiona jako nówki sztuki, część jako używki, w tym pamiętne Miasto Zaginionego Boga od jeszcze bardziej pamiętnego Siezia - pierwszy zakup na raczkującym podówczas allegro.
Pewnego dnia coś mnie natchnęła, chyba w ramach podświadomego przecinania pępowiny, że wspomnianą kolekcję sceduję na siostrę, a sam stworzę własną, już nieco bardziej jednolitą, a co za tym idzie estetyczniej prezentującą się na półce, same twarde okładki, lśniące nowością. Jako że szaleństwem byłoby kupować wszystkie tomy naraz, wymyśliłem, że będę kupował jeden miesięcznie, wydatek rzędu trzydziestu złotych. A jako że będę miał trzydzieści dni na jego lekturę, o każdym kolejnym tomie będę pisał kilka słów. Będę wspominał, na jakim etapie życia je czytałem i jakie wtedy robiły na mnie wrażenie, a także co myślę o nich po latach. Na pierwszy ogień idzie Zdradzona czarodziejka.
Pierwszy raz przeczytałem w jednym z numerów Relaxu, które mój ojciec kupował w latach młodości. Opowieść nie była doprowadzona tam do końca, urywała się na 26 stronie oryginalnego komiksu, mieliśmy więc do czynienia z potężnym cliffhangerem. Jakiś czas później ojciec kupił nowe wydania dwóch pierwszych tomów w twardych okładkach, mogliśmy więc zaspokoić swoją ciekawość. Ja jednak wciąż po tylu latach, na przełomie 26 i 27 stronie mam takie wrażenie, jak kiedy słucham ze spotify jakiegoś albumu, który ostro katowałem na kasecie(np Nastukafszy) i za każdym razem mam mindfuck, gdy utwór nie zacina się w momencie, gdy zacinała się taśma. Podobny zgrzyt mam przy zmianach w tłumaczeniu, gdy dobrze mi znana “branka z dolnej wieży” staje się nieco zbyt współcześnie jak na mój gust brzmiącą więźniarką.
Wracam więc po latach do Zdradzonej czarodziejki i zastanawiam się, dlaczego moje życie zrosło się z tą serią, co mnie w niej tak oczarowało. Otwarcie jest iście hitchcockowskie, Thorgal skazany na okrutną śmierć przez króla wikingów, Gandalfa Szalonego (Gandalf z Władcy Pierścieni zawsze będzie dla mnie dopiero drugim skojarzeniem z tym imieniem), za to że ośmielił się związać z jego córką, Aaricią. Uratowany przez tajemniczą, rudowłosą kobietę z przepaską na oku, w zamian za pozostanie przez rok na jej służbie i pomoc w zemście na Gandalfie. Konflikt jest jasno zarysowany, wiadomo o co chodzi, i mnie przynajmniej ciekawi, co będzie dalej. Pamiętam, że od razu polubiłem też głównego bohatera, choć nigdy raczej nie przepadałem za szlachetnymi postaciami i zdecydowanie wolałem wszelkiej maści łotrzyków, tak tutaj ta szlachetność nie bije po oczach. Kluczowa jest scena, gdy Slivia (wspomniana rudowłosa) rozkazuje mu zabić rannego Gandalfa, a Thorgal odmawia wykonania rozkazu, tłumacząc, że woli być krzywoprzysiężcą niż mordercą bezbronnego człowieka. Poza tym od samego początku Thorgal nie chce zmieniać świata, zależy mu tylko na spokojnym życiu z ukochaną, a w późniejszych tomach również z dziećmi.
Strona wizualna też odegrała niebagatelną rolę w moim przypadku, jeśli chodzi o immersję. Od pierwszych kadrów czuję zimno, przenikające aż do gości. Za każdym razem zdumiewa mnie, jak bardzo musi być zahartowany Thorgal, który przemierza ośnieżone szczyty gór w luźnej tunice i futrzanej kamizeli. Bez czapki, szalika i rękawiczek. Rysunki są proste, surowe i wyraziste, podobnie jak świat, który przedstawiają. Świat okrutnych wikingów, tak bardzo kontrastujący ze światem, jaki wymarzył sobie Thorgal, który do wikingów nigdy nie pasował, a trafił do nich w niejasnych okolicznościach, które w kolejnych tomach będziemy stopniowo poznawać.
Warto też wspomnieć o krótkiej historyjce “Prawie raj…” również znajdującej się w tym tomie. Zwiastuje ona filozoficzne akcenty, z jakimi będziemy mieli niekiedy do czynienia w późniejszych tomach. Finał historii i towarzyszący jej rysunek, wstrząsnął mną w dzieciństwie i do dzisiaj robi wrażenie.
Czytanie Thorgala to dla mnie powrót do czasów dzieciństwa. Co prawda mniej więcej od czasu, gdy Van Hamme przestał być scenarzystą, ja przestałem sprawdzać kolejne tomy, ale ostatnio kusi mnie, by jednak sprawdzić, jak potoczyła się tam historia.
poniedziałek, 12 października 2020
wtorek, 22 października 2019
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
Selfie
Na facebooku Literackie Skarby Świata Całego Ania wrzuciła swoje selfie z książką Hrabala w ramach akcji na okoliczność Światowego Dnia Książki. I chociaż od tego dnia już trochę czasu minęło, a selfie to zupełnie nie moje klimaty, tak się złożyło, że akurat pod ręką miałem aparat i Zwrotnik Raka. Późniejsze z dwóch wydań, które posiadam. Pierwsze kupiłem, gdy po raz pierwszy opuściłem dom rodzinny, wyjeżdżając na studia. Rok 2007 i ja w wersji dziewiętnastoletniej. Książka Millera wywarła na mnie ogromny wpływ i od tamtej pory zawsze wymieniałem ją wśród najważniejszych w moim życiu. Po latach wyszło jej nowe wydanie - większy format, twarda okładka. Kupiłem w zasadzie tylko po to, żeby mieć ją na półce. Ale po jakimś czasie nie wytrzymałem i rozpocząłem ponowną lekturę, pomimo obaw. Było przecież bardzo prawdopodobne, że po tych z górą dziesięciu latach książka zwyczajnie nie dotrzyma kroku roli, jaką pełniła w moich wspomnieniach. Ku mojemu zaskoczeniu i radości Zwrotnik Raka jest ponadczasowy. Oczywiście w moim przypadku, zdaję sobie bowiem sprawę, że chociażby na takim Lubimy Czytać opinie na jego temat są skrajnie różne. Ale to już nie mój problem.
czwartek, 25 kwietnia 2019
Dekada
Przydatne bywają te daty automatycznie zapisywane na zdjęciu - gdy przypadkiem odnajdzie się je po latach, można dokładnie stwierdzić, ile czasu minęło od momentu ich zrobienia. W tym konkretnym przypadku dziesięć lat. Gdy patrzę na ludzi na tym obrazku, zwłaszcza na siebie, nie mogę się nadziwić, jak wiele w ich życiu się wydarzyło od tamtej kwietniowej popijawy. Kawał czasu, choć minął nie wiadomo kiedy.
poniedziałek, 18 lutego 2019
Z dala od księżyca, czyli "Młode skóry" Barretta
a ci co zostali kumple od kielicha życia
wzrokiem obłąkanym spoglądają spode łba
do Anglii by chcieli, lecz nie polecieli
to nie dla nas, mówią, kasa to nie dla nas zanęta
ale nocami zostawiają w tych knajpach nielicznych na kuflach perły łez
Beztoł - Ulice Augustowa
Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby w opowiadaniach Barretta pozmieniać imiona bohaterów oraz nazwy miejscowości i ich ulic, moglibyśmy mieć tu do czynienia chociażby z podkarpacką prowincją rodem z czytanych przeze mnie niedawno Przemytników Janczury. Mniej istotna jest tu irlandzka specyfika, chodzi raczej właśnie o pewną uniwersalność małych miasteczek, które, w przeciwieństwie do Andrzeja Bursy, nie wszyscy mają tam, gdzie on. Taki chociażby Barrett reprezentuje twórców, którzy twórczą satysfakcję znajdują w pochylaniu się nad ludźmi i miejscami z pozoru nieatrakcyjnymi i za sprawą pogrążania się w marazmie niezaskarbiającymi sobie sympatii obserwatorów.
Bohaterowie Nagich skór to mieszkańcy małego miasteczka, którzy już chyba na zawsze pozostaną jego niewolnikami - z jednej strony mają poczucie, że do tego miejsca nie przynależą, że ogranicza ono ich życiowe aspiracje, z drugiej zaś brakuje im choćby krzty determinacji, by w swoim życiu coś zmienić. Kolejne lata przesiadują w tych samych knajpach, zalewając smutki (między innymi piwem Karpackie, warto odnotować) w towarzystwie tych samych, podobnych sobie ludzi. Z nudów opowiadają sobie ciekawostki o Saharze, na której zwłoki się nie rozkładają, bo wysusza je słońce. Nie zdają sobie sprawy, że sami już upodobnili się do tychże zwłok. Tragiczne wydarzenia, jak na przykład porwanie małego chłopca, jest jak zaczerpnięcie świeżego powietrza, w końcu coś się dzieje, wreszcie można porozmawiać o czymś nowym.
Co sprawia, że pobliskie wielkie miasto, zdawałoby się pełne perspektyw, jest dla nich tak odległe. Córka właściciela małomiasteczkowej knajpy, do której przystawia się barman, tłumaczy swemu absztyfikantowi, że z jego perspektywy miasto to równie dobrze mogłoby się znajdować na księżycu. Trudno winić otoczenie, przecież większość mieszkańców doskonale się tam odnajduje, inni opuścili rodzinne strony, by gdzie indziej budować udane życie. Powracają nieliczni rozbitkowie, by na stałe dołączyć do grona zalewających smutki w knajpach. To trzydziestolatkowie, którzy poczuli, że dotknęła ich starość, a siebie samych z czasów szkolnych określają mianem młodych skór, jakby wtedy nie byli jeszcze ludźmi, a człowieczeństwo pojawiało się dopiero wraz z uczuciem nieprzystosowania i życiowej przegranej. "Trzydziestka - wiek strachu" - konstatuje gorzko jeden z bohaterów filmu Gnoje na podstawie Białego kruka Stasiuka, których bohaterowie mogliby z powodzeniem wystąpić w jednym z opowiadań Barretta.
W którymś momencie ich życia nastąpiło coś, co wypełniło ich dusze paraliżującym strachem. Łatwo ten moment uchwycić w przypadku bohatera opowiadania "Wytrzymać we własnej skórze", w jego przypadku skaza jest fizyczna - ot, wchodził do knajpy w momencie, gdy stojący na stole pijany osiłek zapowiedział rozbawionemu audytorium, że kopnie w twarz pierwszą osobę, która przekroczy próg lokalu. O tej chwili przypomina mu teraz codziennie paskudna blizna i wzrok, który nieustannie na sobie czuje. W tym przypadku łatwiej nam pojąć jego sytuację. Co jednak z innymi, którzy w "najlepszym" przypadku zdobywają lokalną sławę mołojecką jako dilerzy, pozostający na usługach posuniętych w latach wytwórców-hurtowników, przez kolejne dekady coraz bardziej okopanych w swej paranoi.
Zdarzają się też jednostki, które, tak jak bohaterowie ostatniego opowiadania, pomimo opisanej wyżej trwogi zdołali umknąć z miasta, lecz pewne niezałatwione sprawy z przeszłości wciąż ich z nim wiążą. Pogrzeb dawnej kochanki skłania ich do powrotu, choć w decydującym momencie wolą się raczej ukryć w knajpie. Nasuwa się pytanie, czy ta konfrontacja z przeszłością będzie szansą do wyzwolenia się od niej, czy wręcz przeciwnie, strach sprzed lat na nowo nimi zawładnie i znów dołącza do grona sparaliżowanych nim życiowych rozbitków.
piątek, 15 lutego 2019
Wczoraj były Walentynki, ale nowojorskiemu raperowi O.C. od dwudziestu lat nie kojarzą się one dobrze. W utworze Tribute wspomina, jak 14 lutego 1999 dzwonił do niego Big L, przyjaciel, raper z tego samego co O.C. składu Diggin' in the Crates. Ale że O.C wybierał się właśnie z dziewczyną na miasto, nie odebrał. Przyjaciel taką rzecz przecież wybaczy. Ale następnego dnia Big L już nie żył. Zastrzelono go nieopodal jego bloku w Harlemie. Można to potraktować jak dowód na to, że jego wersy "I'm from the danger zone where emcees get slain" nie były hiperbolą. Jak co roku odświeżam sobie dwie jego płyty: Lifestylez ov da Poor & Dangerous i The Big Picture (wydana już po śmierci). Oczywiście nie zabrakło mi czasu na nową płytę Sokoła.
piątek, 26 października 2018
Po dwakroć schwytana, czyli "Nowiny ze świata" Jiles
Zdarza się, że na swej drodze spotykamy ludzi, którzy w naszych oczach stanowią trudne do uchwycenia połączenie zwykłego, podobnego nam człowieka, z historią powszechną znaną nam z podręczników. Sam o agresji Niemiec na Związek Radziecki czytam jak o wydarzeniu, które mogłoby równie dobrze być fikcyjne; mój dziadek zaś w swoich wspomnieniach opisuje, jak "w niedzielę 22 czerwca 1941 roku rano obudził mnie huk jak grzmot i przeraźliwe warczenie samolotów". Nie chodzi zresztą tylko o tak widowiskowe wydarzenia. Choćby sam okres PRL-u dla mnie, moich rówieśników i ludzi młodszym od nas jest w istocie nieco tajemniczym amalgamatem wspomnień bliższych i dalszych nam ludzi, książek historycznych, literatury pięknej, czy filmów, dotyczących tego okresu. Nigdy nie będzie on dla nas czymś zwyczajnym, codziennym. A jednak znajdzie się przecież multum osób, które funkcjonowały wtedy bez świadomości, że "żyją w ciekawych czasach".
Również bohater Nowin ze świata Paulette Jiles, kapitan Jefferson Kidd w oczach sobie współczesnych na dobre splótł się z historią Stanów Zjednoczonych. Bieg jego życia wyznaczały kolejne wojny. Walczył w trzech, na różnych etapach swojego życia. W pierwszej, wojnie roku 1812 wziął udział jeszcze jako nastolatek. Kolejnej, amerykańsko-meksykańskiej doświadczał jako niespełna pięćdziesięciolatek. Ta, co do której żywi nadzieję, że będzie ostatnią w jego życiu, to oczywiście wojna secesyjna (na nią wyruszył z kolei, będąc już po sześćdziesiątce). Obecnie mamy zaś rok 1870, a kapitan, jak przystało bohaterowi powieści gatunkowo zbliżonej do westernu, podróżuje od miasta do miasta. I chociaż jak bohater i zarazem narrator świetnej gry Call of Juarez: Gunslinger mógłby oddawać się wspomnieniom swoich przygód i roztaczać przed gronem słuchaczy wizję dawnego siebie, on zdaje się uciekać od nich najdalej, jak tylko to możliwe.
Kapitan utrzymuje się z zawodu, który w dzisiejszych czasach chyba trudno nam sobie nawet wyobrazić. Jednak w dobie dość powszechnego analfabetyzmu, połączonego z niedoborem rozrywek, profesja, polegąjąca na objazdowym, publicznym odczytywaniu gazet, nie jest pozbawiona sensu. Kidd wozi ze sobą pokaźny zapas, jak najbardziej różnorodnej prasy (dla mieszkańców poszczególnych miejscowości często zwyczajnie niedostępnych) który stale uzupełnia, a dla każdego miasta, które odwiedza, przygotowuje indywidualny wybór artykułów. Co ciekawe, unika tekstów, które bezpośrednio dotykałyby słuchaczy, dotyczyły ich spraw bieżących. Zdaje sobie sprawę, że mógłby w ten sposób dość szybko wywołać awanturę. Zamiast tego woli roztoczyć wizję wydarzeń z dalekiego świata, która audytorium odciągnie od codziennych trosk.
Przeczytał artykuł z "Philadelphia Inquirera" o poszukującym gdzieś w Turcji śladów wietrznej Troi doktorze Schliemannie. Czytał o tym, że udało się przeciągnąć druty telegraficzne od Wielkiej Brytanii do Indii, artykuł z kalkuckiego "Timesa" przesłany do londyńskiego "Daily Telegraph", dowód postępu technicznego, który wydawał się wręcz nieziemski. (...) Na koniec przeczytał o nieszczęsnym szkunerze Hansa, zmiażdżonym w paku lodowym, gdy próbował dopłynąć do bieguna północnego, i o rozbitkach uratowanych przez statek wielorybniczy.
Z codziennej rutyny wytrąca kapitana misja, której podejmuje się trochę wbrew sobie. Wymawia się od niej jak może, jednak zleceniodawca nie pozwala mu się wykręcić. I nagle, z dnia na dzień, kapitan staje się opiekunem dziewczynki, porwanej przed czterema laty przez Indian z plemienia Kiowa. Wychowywana przez nich, zdaje się być teraz raczej Indianką. Jest przerażona, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że znów została porwana, tym razem odebrana przybranym rodzicom przez współplemieńców, którzy wzięli do serca groźby rzecznika do spraw Indian, który zarzeka się, że zakończy plagę porwań dzieci. Przy okazji zaś odnoszą materialne korzyści, gdyż zwyczajnie sprzedają ją pierwszemu lepszemu napotkanemu białemu.
Od tego momentu śledzimy wspólną podróż tak niecodziennego duetu. Dziewczynka z trudem przypomina swoją przedindiańską przeszłość, stara się zrozumieć nowy dla niej świat, którego nawet kapitan, tak mocno i od tak wielu lat w nim osadzony zdaje się do końca nie pojmować. A może nawet zwyczajnie pojmować go nie chce, wraz ze swymi słuchaczami uciekając do egzotycznych dla nich krain i wydarzeń. Teraz zaś musi przez wiele mil eskortować dziewczynkę, by dostarczyć ją do jej wujostwa, które od lat jej poszukuje. Już sama podróż jest niemałym wyzwaniem. Po pierwsze, Indianie wciąż stanowią zagrożenie, które choć już niebawem stanie się nostalgicznym wspomnieniem z kart Na południe od Brazos, teraz pozostaje jak najbardziej realne. Po drugie, choć od zakończenia wojny secesyjnej minęło już pięć lat, Teksas wciąż nie doszedł do ładu i toczy jak najbardziej westernowa anarchia.
Czarnobrody uśmiechnął się. Panie, tu nie ma żadnych władz lokalnych, powiedział. Nie ma szeryfa. Ludzie Davisa go wykopali. Nie ma żadnego sędziego ani burmistrza, żadnych komisarzy. Davis i armia federalna wszystkich wywalili. No bo każdy służył w armii konfederackiej albo pełnił urząd w Konfederacji, i koniec pieśni. Tylko że nikogo tu nie przysłali na zastępstwo. To żeśmy sami się tym zajęli. No i to z nami musisz się pan rozliczyć.
Jakby tego było mało, kapitan, choć podjął się tego zadania i zamierza je wykonać, od samego początku dręczą go wątpliwości. Jest doskonale świadomy losu, jaki stał się udziałem innych odebranych Indianom białych dzieci - samobójstwa, alkoholizm. Zdaje sobie sprawę, że kolejni mieszkańcy traktują dziewczynkę tak, jakby jej czteroletni pobyt wśród Indian (od szóstego do dziesiątego roku życia) był nowiną ze świata, którą odczyta im ona jak kapitan. Nie mieści im się w głowie, że biała jak oni osoba mogłaby przeżyć taką przemianę. Jedyne tłumaczenie jakie im przychodzi do głowy, to eliksir, jakim poją Indianie porwane dzieci, by stały się one tak dzikie jak oni. Tym samym to właśnie ona staje się w ich oczach nowiną ze świata. Egzotyczną ciekawostką, która jednak na dobrą sprawę nie dotyczy ich życia. Może się tylko do nich dostosować lub pozostać im obcą, oni jednak nie wyciągną do niej ręki.
Kapitan jest jedyną osobą, która zadaje sobie trud, by dziewczynkę zrozumieć i porozumieć się z nią. Nie wie jednak, jak mógłby jej pomóc i czy ewentualna pomoc jest w ogóle możliwa. Gdy wraz z kolejnymi przebytami milami i wspólnie przeżytymi przygodami coraz silniejsza staje się więź, łącząca tę dwójkę, z jednej strony rośnie nadzieja czytelnika, że być może happy end będzie możliwy, choć z drugiej proporcjonalnie silniejsze stają się obawy przed bolesnym rozczarowaniem. Nie pozostaje mu jednak nic innego, jak wraz z dwojgiem głównych bohaterów odbyć podróż do próby zrozumienia. By lektura nie była jedynie nowiną ze świata, a czymś co dotknie nas bezpośrednio i skłoni do refleksji.
wtorek, 9 października 2018
Człowiek w kasynie życia codziennego, czyli "Gracz" Potiomkina
Na hasło Gracz każdy, kto w jako takim stopniu obeznany jest z literaturą, pomyśli o dziele Dostojewskiego, którego sama historia powstania intryguje swą hazardową otoczką. Autor, zapalony gracz, zadłużony po uszy, chociaż był w trakcie pisania zupełnie innej książki, został przez wydawcę niemal zmuszony, by napisał coś "na wczoraj". Gdy usłyszałem tę historię, od razu zainteresowałem się wspomnianym dziełem i przy najbliższej okazji po nie sięgnąłem. Muszę niestety przyznać, że przeżyłem rozczarowanie. Cała fabuła była zwyczajnie nudnawa, nie odczułem zupełnie dreszczu emocji, którego oczekiwałem - przeniesionego przez karty książki uczucia, gdy wiruje ruletka i ważą się nasze losy; podwoimy fortunę, czy zostaniemy z niczym. Dopiero zakończenie utworu w dwójnasób zrekompensowało wcześniejsze braki. Czytało się je w napięciu, jednak dominowała myśl, że gdyby cały utwór był taki, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem, a tak czegoś jednak zabrakło.
Mimo to Gracz za sprawą samego autora pozostaje swego rodzaju pomnikiem, gdy więc ktoś postanawia powieści o hazardziście nadać ten sam tytuł, musi liczyć się z tym, że ze swojego przedsięwzięcia zostanie surowo rozliczony. A gdy za tym nawiązaniem stoi rosyjski pisarz, dochodzimy do wniosku, że jest to przedsięwzięcie, na które mógłby poważyć się tylko Rosjanin, taki jakim go sobie wyobrażamy. Wariat, przesiąknięty bezsensowną brawurą, w swej istocie przypominający tych, którzy wspinają się na dźwigi. Zresztą taki jest właśnie główny bohater utworu, choć jego brawura nie objawia się w tak bezpośrednio zagrażający życiu sposób. Jurij Ałtynow to tytułowy gracz - to oczywiste stwierdzenie jest jednocześnie jak najbardziej wyczerpującą charakterystyką protagonisty. Młodzieniec ów musi dostać się z Rostowa do Moskwy i chociaż stać go na dowolny środek transportu, z pełnym rozmysłem wybiera pociąg, gdyż wychodzi z założenia, że w tym mikroświecie nie będzie się nudził. Oczywiście ma rację.
Pociąg jako miejsce akcji utworu literackiego nieuchronnie przywodzi na myśl inne arcydzieło rosyjskiej literatury, a mianowicie Moskwa-Pietuszki. W tym przypadku jednak nawiązanie jest o wiele bardziej luźne niż przy wspomnianym wyżej tytule. Tak jak w poemacie Jerofiejewa (ale także, nomen omen, filmowym Pociągu Kawalerowicza) mamy tu do czynienia z pełnym przekrojem społeczeństwa, począwszy od klasy pierwszej, aż do tych najdalszych. Świat poza nim przestaje istnieć, sprowadza się do pejzażu, namalowanego na szybach. Każdy z pasażerów ma swój cel, do którego dąży, a gdy na jego drodze stanie Ałtynow ze swoim, musi doprowadzić to do nieuchronnych komplikacji.
A co jest celem Ałtynowa? Gra. Nic więcej. I dzięki temu go polubiłem, choć pozornie nie powinien wzbudzić mojej sympatii. Jakże irytująca jest przecież postać, której od pierwszych stron powieści wszystko udaje się w wielkim stylu. Niezrównany aktor, znakomity kanciarz (czy jest w ogóle możliwe, by wyrzucić na kostce taką liczbę, jakiej akurat sobie zażyczymy? Nie wiem, ale Ałtynow to potrafi), dysponujący poza tym zadziwiającą siecią kontaktów i nieograniczonymi zasobami finansowymi. Dość powiedzieć, że natychmiastową zmianę trasy pociągu załatwia jednym telefonem.
Szybko jednak zdajemy sobie sprawę, że pieniądze, które w kolejnych rozgrywkach zdobywa, w ogóle go nie interesują. Pobudki, które mu przyświecają mają więcej wspólnego ze światem sztuki, artystów do reszty owładniętych perspektywą swojego dzieła. Przypomina w tym Roberta, drobnego kanciarza z Drugiego zabicia psa Hłaski, miłośnika Szekspira, który oszukiwanie bogatych wdów przygotowuje z precyzją godną spektaklu teatralnego. I to sam akt jest tu najważniejszy i zatracenie się w nim, a oklaski lub ich brak są rzeczą wtórną i nieistotną, przynależną do innego, mniej pełnego życia, niż to poświęcone bez reszty swojej pasji.
(...) jestem artystą, graczem. Graczem w każdym szczególe, w każdej scenie realnego życia. Bez gry jestem martwy. Pieniądze dla mnie są dodatkiem, najważniejsze jest nieustanne tworzenie. Non stop. Dwadzieścia cztery godziny na dobę - gra. Gra totalna. Gram na bożym polu i na boisku diabła. Gram nawet z samym sobą. Lewa ręka gra przeciw prawej. Moje serce gra przeciw mojej duszy. Gram we śnie, w łóżku, z pieśnią miłosną i z uczuciem nienawiści, gram z dziećmi i ze starcami, z bliskimi i z obcymi. Moja śmierć będzie ostatnim rozegranym przeze mnie spektaklem.
Dostrzec to wszystko najpełniej pozwala postać pozornie epizodyczna, będąca jednak rewersem Ałtynowa. Choć w każdym calu inna, to paradoksalnie taka sama, właśnie dzięki podzielanej graczowej pasji. Podstarzały, niespełniony aktor z prowincjonalnego miasteczka, którego warunki bytowe zmusiły go do wykreowania w prawdziwym życiu postaci kleptomana (wbrew pozorom wymagało to niebywałego kunsztu, nie wystarczy przecież zacząć kraść, by ludzie zaczęli mówić "to kleptoman"), dostaje niebywałą szansę. Stanie się trybikiem w misternym planie Ałtynowa, odegra w ten sposób rolę, do której przygotowywał się całe życie. Niespodziewanie pokieruje też losy samego reżysera w rejony, o których ten nawet nie śnił. I pozwoli się przekonać, że żadna komplikacja nie jest straszna, dopóki toczy się gra. A gra toczy się tak długo, jak gramy.
Książkę wypożyczyłem z domowej biblioteczki Piotrka aka Ambrose z Klubu A+A - zarówno za wakacyjną gościnę, jak i za możliwość przeczytania Gracza serdecznie dziękuję!
sobota, 7 lipca 2018
W bramie #06 - "Królowie Dogtown"
"Nieważne, kto jest najlepszy, tylko kto ma zajawkę", powiedział przed laty mój młody padawan, Arek. Dotyczyło to deskorolki, ale można to równie dobrze odnieść do wszystkiego. Zacząłem jeździć na desce w 2002, miałem czternaście lat. Matematyka jest okrutna, nie da się ukryć, ile lat mam teraz. Ale cały czas jeżdżę, choć nawet mnie samemu wydaje się to czasem śmieszne, gdy spojrzę na swoje wygibasy z boku. Ale jak powiedział Stikorama: "życie jest ciężkie, ale na desce jeździć trzeba". To takie rozważania na marginesie kolejnej rozmowy z Szymonem Teżewskim.
poniedziałek, 11 czerwca 2018
rozkminka o muralu
O tym, że w Warszawie dwóm sąsiadującym ze sobą rondom nadano patronów w postaci Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza, wiedziałem już dawno temu. Wiedziałem o tym już wówczas, gdy moi kumple mieszkali przy ulicy Zajączka i regularnie ich tam odwiedzałem. Na zakupy często chodziliśmy do pobliskiego centrum handlowego Arkadia i w tym momencie należy wspomnieć o mojej ignorancji. Wspomniane ronda dosłownie sąsiadują ze wspomnianym centrum. Gdybym tylko był tego świadomy, odwiedziłbym je już dawno temu. Ale, jak widać, co się odwlecze, to nie uciecze. Nie wiem, kiedy bym do nich dotarł, gdyby nie to, że podczas ostatniego, weekendowego pobytu w Warszawie zapragnąłem obejrzeć film "Czuwaj", właśnie w Arkadii. Z mieszkania siostry na Starych Bielanach szedłem piechotą, bo gdyby Bóg nie chciał, żeby człowiek chodził, dałby mu koła zamiast nóg. Wcześniej w mieszkaniu sprawdzałem na google maps trasę (nie jestem cyborgiem, żeby być stale podłączonym do sieci) i wtedy właśnie zorientowałem się w tym bliskim sąsiedztwie.
Nie mogłem sobie odmówić odwiedzin w tym miejscu - Janek i Maklak to dla mnie ważne i niosące multum inspiracji postacie. Po raz pierwszy poznałem ich chyba za pośrednictwem Rejsu (w tym sensie, że wiedziałem, że oni to oni - wcześniej widziałem ich przecież w dzieciństwie choćby w "Stawiam na Tolka Banana, gdzie Maklakiewicz wcielał się pasera, Aksamitnego Heńka, a Himilsbach pojawiał się w jednym z epizodów w, jakżeby inaczej, knajpie). Legenda o ich przyjaźni, ułańskiej fantazji i umiłowaniu wolności od samego początku silnie do mnie przemawiała. Z wiekiem oczywiście byłem coraz bardziej świadomy różnych negatywnych konsekwencji takiej postawy, mimo to duet ten pozostał dla mnie istotny. Nie mniejszą rolę odegrała ich działalność artystyczna - Maklakiewicz to według mnie jeden z bardziej niedocenionych polskich aktorów, Himilsbach zaś był znacznie lepszym pisarzem, niż wielu jest w stanie dzisiaj przyznać. Bardzo cenną pozycją, pomagającą poznanie tych dwóch panów, była książka Macieja Łuczaka, "Wniebowzięci, czyli jak to się robi hydrozagadkę", zawierająca multum ciekawych informacji i anegdot, a także licznych odwołań do świata kultury (to dzięki niej poznałem chociażby Wieniczkę Jerofiejewa).
Ronda, będące celem mojego spaceru nie wyglądają szczególnie imponująco, ale to bardzo dobrze. Całkowicie na marginesie "głównego nurtu", zupełnie jak jego imiennicy. Znamienny jest też dla mnie fakt, że leżą pod i po dwóch stronach Alei Jana Pawła II - przecież nawet sam Jezus miał u swego boku dwóch łotrów... Gdy tam dotarłem, panował upał i trochę żałowałem, że nie piję już alkoholu. Strzelić po jednym zimnym piwku ku pamięci każdego z dwóch przyjaciół, byłoby jak znalazł. Zadowoliłem się jednak chwilą namysłu podczas siedzenia na jednym z kamieni pod wiaduktem i zrobieniem kilku zdjęć (miałem aparat Zorkę 5)
Oto wspomniane ronda:
Jak się okazało, wzdłuż uliczki między nimi, pod wiaduktem, namalowano mural przedstawiający od strony każdego ronda portret i biografię poszczególnego patrona, a łączyła ich taśma filmowa z kadrami z filmów, w których występowali. Bardzo mi się podobał ten pomysł, wykonanie zresztą też. Szkoda, że od strony Janka mural jest trochę odrapany, może warto by było trochę to poprawić.
Żaden z miłośników legendarnego duetu nie może sobie pozwolić na ominięcie tego miejsce. Zdecydowanie warto je odwiedzić.
wtorek, 5 czerwca 2018
rozkminka o brylu
Kiedy w 2014 napisałem coś w rodzaju epitafium dla Marka Nowakowskiego, prawdę mówiąc, zaskoczyłem tym samego siebie. Nigdy bym się nie spodziewał, że śmierć akurat tego człowieka pogrąży mnie w tak sprzyjającym refleksji nastroju. Spontanicznie przelałem na "papier" wszystko to, co wtedy chodziło mi po głowie, by przekonać się, jak ważny dla mnie to był autor. Odwrotnie było w przypadku Konwickiego - dla nikogo nie było niespodzianką, że będę musiał poświęcić mu kilka słów. Wraz z nimi przyszła jednak obawa, by nie stało się to rutyną, odhaczaniem kolejnych zmarłych artystów. Tak się nie stało. Kolejne i jak dotąd jedno, napisane poniewczasie epitafium dotyczyło deskorolkowca, Jaya Adamsa.
Wczoraj na moją skrzynkę mejlową zaczęły przychodzić kolejne powiadomienia o komentarzach, zamieszczanych pod wrzuconym niegdyś przeze mnie filmem dokumentalnym o postaci Roberta Brylewskiego. Długo poszukiwałem tego filmu, gdy więc wreszcie go znalazłem, postanowiłem podzielić się nim z innymi. We wspomnianych komentarzach pojawiał się jeden zwrot: RIP. Przez chwilę jeszcze się oszukiwałem, że może coś źle zrozumiałem, ale szybki rzut oka na serwisy informacyjne rozwiał wszelkie wątpliwości. Zmarł Robert Brylewski.
Człowiek, który był (i wciąż pozostaje) symbolem artysty totalnego i bezkompromisowego. Znamienne jest, że na swojej sztuce nigdy się nie wzbogacił, pomimo tak ogromnego dorobku do końca pozostawał gdzieś na marginesie głównego nurtu. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością, na pewno stało się to jednak dzięki ogromnej kolekcji płyt i kaset mojego ojca. Zarówno "czarna" Brygada Kryzys, jak i liczne bootlegi Kryzysu i Brygady, a do tego wszystkiego Izrael i jego "Biada, biada, biada" (choć nie przepadam za reggae, zwłaszcza polskim, to tę płytę uwielbiam). Później doszła do tego jeszcze Armia, założona z Tomaszem Budzyńskim, byłym wokalistą Siekiery. Ich płyta "Legenda" to dla mnie jedna z lepszych polskich płyt.
Jednym z częściej cytowanych przeze mnie utworów muzycznych jest "Ambicja". Zawsze kiedy rozmawiam z kimś, kogo opętali wszelkiej maści kołcze i kaznodzieje sukcesu, zaczynam cicho nucić lekko mantrujące "twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój bóg, ambicja to twoja szalona religia - ja nie gram, ja nie przegram". Przy tym oczywiste mi się wydaje, że nie oznacza to postawy kwietyzmu i opuszczenia rąk w geście przegranej. Po prostu nie mam zamiaru tańczyć tak, jak ktoś mi zagra. Jak Brylewski gram swoje. I choć nie powstanie już trzecia płyta Brygady Kryzys i "Kryzys kapitalizmu", to choć zabrzmi to banalnie, Brylewski wciąż będzie tworzył za pośrednictwem rzeszy ludzi, których przez lata inspirował.
Wczoraj na moją skrzynkę mejlową zaczęły przychodzić kolejne powiadomienia o komentarzach, zamieszczanych pod wrzuconym niegdyś przeze mnie filmem dokumentalnym o postaci Roberta Brylewskiego. Długo poszukiwałem tego filmu, gdy więc wreszcie go znalazłem, postanowiłem podzielić się nim z innymi. We wspomnianych komentarzach pojawiał się jeden zwrot: RIP. Przez chwilę jeszcze się oszukiwałem, że może coś źle zrozumiałem, ale szybki rzut oka na serwisy informacyjne rozwiał wszelkie wątpliwości. Zmarł Robert Brylewski.
Człowiek, który był (i wciąż pozostaje) symbolem artysty totalnego i bezkompromisowego. Znamienne jest, że na swojej sztuce nigdy się nie wzbogacił, pomimo tak ogromnego dorobku do końca pozostawał gdzieś na marginesie głównego nurtu. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością, na pewno stało się to jednak dzięki ogromnej kolekcji płyt i kaset mojego ojca. Zarówno "czarna" Brygada Kryzys, jak i liczne bootlegi Kryzysu i Brygady, a do tego wszystkiego Izrael i jego "Biada, biada, biada" (choć nie przepadam za reggae, zwłaszcza polskim, to tę płytę uwielbiam). Później doszła do tego jeszcze Armia, założona z Tomaszem Budzyńskim, byłym wokalistą Siekiery. Ich płyta "Legenda" to dla mnie jedna z lepszych polskich płyt.
Jednym z częściej cytowanych przeze mnie utworów muzycznych jest "Ambicja". Zawsze kiedy rozmawiam z kimś, kogo opętali wszelkiej maści kołcze i kaznodzieje sukcesu, zaczynam cicho nucić lekko mantrujące "twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój bóg, ambicja to twoja szalona religia - ja nie gram, ja nie przegram". Przy tym oczywiste mi się wydaje, że nie oznacza to postawy kwietyzmu i opuszczenia rąk w geście przegranej. Po prostu nie mam zamiaru tańczyć tak, jak ktoś mi zagra. Jak Brylewski gram swoje. I choć nie powstanie już trzecia płyta Brygady Kryzys i "Kryzys kapitalizmu", to choć zabrzmi to banalnie, Brylewski wciąż będzie tworzył za pośrednictwem rzeszy ludzi, których przez lata inspirował.
piątek, 27 kwietnia 2018
czwartek, 15 marca 2018
W bramie #04 - Seriale
Mamy połowę marca, a na filmiku koniec grudnia. Ale może rozmowa zainteresuje kogoś mimo to.
niedziela, 7 stycznia 2018
JETLAGZ (Kosi, Łajzol) - Harold Hunter (Skit Video) / prod. Ola Mulla
Na początku grudnia premierę miała płyta rapowego składu Jetlagz, współtworzonego przez warszawskiego weterana graffiti, którego zwrotkę pamiętam z pierwszej przesłuchanej przeze mnie w całości płyty hip-hopowej, a przede wszystkim z jednego z lepszych utworów o mazaniu sprejem. Powiem szczerze, że płyta WSK8OFMND spodobałaby mi się pewnie bardziej, gdybym był kierowcą. Dobrze by się jechało, puszczając głośno najeżone punchline'ami bangery. A tak płyta wleciała mi jednym uchem, drugim wyleciała i raczej do niej nie wrócę. Poza jednym utworem.
Harold Hunter zaczyna się znamiennie od słowa "kiedyś". Jak to powiedział Teżewiak, nagrywanie kawałków o wspomnieniach to pójście na łatwiznę, bo zawsze wychodzą zajebiście. Gdy ich słuchamy, prowokują nas samych do udania się sentymentalną podróż pamięcią do starych, dobrych czasów. A psychologowie dawno już stwierdzili, że jesteśmy tak skonstruowani przez naturę, że pamiętamy raczej te dobre rzeczy; złe nawet jeśli nie odchodzą całkowicie w niepamięć, to widziane z dystansu już tak nie bolą. To oczywiście tylko jeden z tego rodzaju mechanizmów. Tak już jesteśmy zaprogramowani (oszukiwani?) przez schopenhauerowską wolę życia, by jako ludzkość nie popełnić zbiorowego samobójstwa.
W każdym razie Harold Hunter także mnie zabrał na tego rodzaju wycieczkę w czasy zapamiętane przeze mnie jako absolutnie beztroskie (prawda była!). "Kiedyś byłem dzieciakiem jak Harold Hunter - śmigałem po mieście na desce z blantem". Nie było to lata dziewięćdziesiąte w Warszawie, ale i tak w pełni się utożsamiam i cieszę się w ten właśnie sposób została też upamiętniona postać Harolda Huntera, nowojorskiego skatera, który wystąpił filmie Kids (który zapoczątkował drugi deskorolkowy boom w Polsce) i przesadził z koksem... Odpalam jeszcze raz.
niedziela, 24 grudnia 2017
wtorek, 31 października 2017
Mada - Apteki i monopolowe gościnnie: Dj Gram; produkcja: Pekro
Jakiś czas temu pisałem o płycie Mady 47%, którą obok płyty Włodka uważam za jedną z lepszych tegorocznych polskich hip-hopowych produkcji. Płytę promowały dwa teledyski, które, rzecz jasna, udostępniłem. Teraz, już jakiś czas po premierze, został wypuszczony trzeci, ostatni już, teledysk. Utwór w wersji płytowej wzbogacony był o fragmenty wywiadu z Andrzejem Stasiukiem, tak jak raper wywodzącym się z dzielnicy Grochów, której poświęcony jest kawałek. Teledysk trochę ustępuję poprzednim, ale jest w nim uliczna szorstkość, która koresponduje z klimatem całości.
piątek, 27 października 2017
czwartek, 26 października 2017
rozkminka o skrzypcach
Choć od mojej lektury Ukrytych skrzypiec minęły już dwa miesiące z hakiem, książka ta wciąż za mną chodzi i czuję, że nie zamknę związanego z nią życiowego rozdziału, jeśli nie poświęcę jej tych kilku słów. Jest to o tyle zaskakujące, że treść owego zbioru dykteryjek, jak byłbym skłonny je nazwać, natchniona jest duchem mieszczańskim, który zazwyczaj mnie drażni i irytuje. W tym przypadku jednak było zupełnie inaczej, co każe mi zastanowić się nad przyczyną tego stanu rzeczy.
Na książkę trafiłem, jak to często ze mną bywa, przez przypadek - buszowałem wśród bibliotecznych półek w poszukiwaniu czegoś niewielkiego objętościowo i w dziale z literaturą czeską moją uwagę przykuł mój ulubiony kolor, w którym utrzymana była okładka opisywanej tu pozycji. W następnej kolejności zainteresował mnie fakt, że jej autor pisarzem był niejako dodatkowo, a znany był głównie jako aktor i reżyser. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, jeśli się mylę, mam nadzieję, że ktoś wyprowadzi mnie z błędu.
W każdym razie życie aktora i ogólnie artysty kojarzy mi się automatycznie z pewną dozą szaleństwa i mniejszego lub większego dystansu wobec społecznych norm i konwenansów. Przypomina mi się od razu anegdota o Zdzisławie Maklakiewiczu, który swojej ciotce, nobliwej starszej pani, tłumaczył jak wygląda zawód aktora. Gdy usłyszała ona o tych wszystkich wódeczkach za kulisami i stosunkach płciowych w mieszkaniach samotnych koleżanek, wykrzyknęła zgorszona: "bój się Boga, Zdzisiu! I to tak codziennie?". "Nie, ciociu. Poniedziałki mamy wolne", brzmiała odpowiedź.
Spodziewałem się więc czegoś w tym stylu, a otrzymałem coś diametralnie innego. Pozostając przy odniesieniach do świata filmowego, chciałbym przypomnieć film Słomiany wdowiec z 1955. Główny bohater, na co dzień mąż, ojciec i pracownik biura, zostaje postawiony przed dwoma wydarzeniami, które w swym połączeniu straszą go perspektywą wywrócenia jego życia do góry nogami. Po pierwsza, żona i syn wyjeżdżają na wakacje. Po drugie, do mieszkania piętro wyżej wprowadza się młoda i piękna blondynka (Marilyn Monroe, z tego filmu pochodzi słynna scena z wywietrznikiem). Przed pokusami której musi się oprzeć. W swojej wyobraźni, jako widzowie zdajemy sobie doskonale sprawę, że wszelka aktywność pozostaje w sferze jego mrzonek. W gruncie rzeczy jest bowiem mieszczaninem skutecznie zaimpregnowanym na jakiekolwiek wyskoki; każda taka próba ma wymiar par excellance komiczny.
Taki jest też narrator Ukrytych skrzypiec - z tą różnicą, że w jego życiu nie pojawia się Marilyn Monroe, a on sam nie podejmuje żadnych niecodziennych czynności. Choć w tych zwykłych, chciałoby się rzec rutynowych, odnajduje pokłady tajemniczości, pisząc o nich tak, że razem z nim mamy wrażenie, jakbyśmy doświadczali ich za każdym razem coraz częściej. Autor zdaje nam się sugerować, że przy odpowiednim podejściu do świata i najbliższego otoczenia w naszym życiu, niezależnie od tego, jak sobie je ułożyliśmy, nie będzie miejsca na nudę.
Na tej samej zasadzie nie będzie też miejsca na irytację i inne tego typu złe emocje. Przykładem może być tytułowa teoria "ukrytych skrzypiec", którą główny bohater tłumaczy synowi, gdy przed kolejnym weekendowym wyjazdem znów czekają na żonę/matkę, która chcąc się należycie przygotować, wypędza na tę okoliczność swych mężczyzn z mieszkania. Ci zaś czekają na nią cierpliwie w samochodzie, ale choć czas pędzi nieubłaganie, a pani domu wciąż z niego nie wychodzi, oni nie popadają w zniecierpliwienie, po prostu kontemplują to jak kolejną zagadkę, jaką stawia przed nami życie.
Cały zbiorek składa się właśnie z tego rodzaju dywagacji, w swym tonie nieraz zahaczających o poważne, filozoficzne rozważania, w temacie zaś oscylujących wokół codziennych i pozornie nieskłaniających do refleksji codziennych spraw. Trąci być może nieco myszką model związku, w którym mężczyzna, pozostając przez dłuższy okres sam w domu może jedynie z niedowierzaniem przyglądać się nagłemu pomnażaniu się rzeczy ("Po trzech dniach jestem ze wszech stron otoczony garnkami, a jest ich więcej, niż mogłem użyć i naprawdę użyłem. Są wszędzie... (...) To samo talerze, sztućce, ołówki, koszule, rondelki, buty, książki i wszelkie drobiazgi potrzebne człowiekowi we dnie i w nocy. (...) A przedmiotów wciąż przybywa. Nadchodzi moment, że wśród tego wszystkiego zaczynasz się gubić. Parzysz kawę w nieodpowiednim naczyniu, a mieszasz ołówkiem. Trzeci dzień już nie jesz śniadania, bo nie możesz znaleźć korkociągu. Bliski jest dzień, gdy do poniewierających się w całym mieszkaniu resztek jedzenia zacznie ściągać robactwo"). Jednak delikatność, poczucie humoru i kunszt pisarski skutecznie rekompensują te bądź co bądź nieznaczne akcenty dziś już zwyczajnie anachroniczne.
sobota, 7 października 2017
rozkminka o przyjaźni
Jakiś czas temu zmarł Hugh Hefner, ale choć to jego śmierć sprowokowała niejako ten wpis, to nie będzie on dotyczył bezpośrednio jego osoby, tak jak w przypadku Nowakowskiego, czy Konwickiego. Przypomniał mi on po prostu o pewnym serialu, a raczej jego konkretnym odcinku, do napisania o którym od dawna się przymierzałem, chcąc się podzielić moimi wątpliwościami z nim związanymi. Sam Hefner był mi osobą praktycznie obojętną, jego dokonania średnio mnie obeszły. Playboya nigdy chyba nawet nie miałem w rękach, kojarzy mi się z nim tylko jedna sytuacja, gdy przyszedłem do znajomych w odwiedziny i znajoma to czasopismo czytała, co wydało mi się niesamowicie seksowne. Ale sam Hefner, zasuszony staruszek, otoczony wianuszkiem półnagich piękności w wieku jego prawnuczek, nie budził zbyt pozytywnych uczuć.
Jego cameo zepsuło też według mnie jeden z odcinków genialnego serialu Entourage. Serialu, który po pierwszych odcinkach może wydawać się niczym więcej jak hymnem na cześć hedonistycznego stylu życia - główny bohater, Vince, zostaje odkryty przez Hollywood, okrzyczany "nowym Johnnym Deppem" i wraz z przyjaciółmi zaczyna pławić się w luksusach, które wiążą się z jego obecnym statusem. Rezydencje z basenami, sportowe samochody, wszelkiej maści używki i zabawy z pięknymi aktorkami i modelkami. Wystarczy jednak pozostać z serialem trochę dłużej, by zorientować się, że tak naprawdę wszystko to jest tylko nieistotną otoczką, a jego głównym tematem i motywem przewodnim jest w rzeczywistości potęga męskiej przyjaźni. Nieważne na jaką próbę wystawiona, będzie trwać pomimo wszystko. Chyba, że na scenie pojawi się Hefner.
Odcinek z nim jest bowiem w tej materii bolesnym zgrzytem, którego po prostu nie rozumiem. Drugi sezon, trzeci odcinek: Vince zostaje zaproszony do posiadłości podstarzałego plejboja. Jego świta również, rzecz jasna. Z jednym wyjątkiem: Johnny Drama, brat przyrodni Vince'a, który w Hollywood przebywa dobre dziesięć lat dłużej niż reszta i od tego czasu bezskutecznie próbuje zrobić tam karierę, ma dożywotni zakaz wstępu do posiadłości Hefnera, ze względu na ekscesy, których dopuścił się tam w przeszłości. Już w tym momencie moja empatia zostaje wystawiona na próbę, bo zamiast machnąć ręką i nie pchać się tam, gdzie go nie chcą (ja bym tak zrobił), Drama za wszelką cenę usiłuje przedostać się do posiadłości. Kumple próbują przemycić go w bagażniku, ale zostaje on odkryty przez ochronę i przegnany na cztery wiatry.
W tym momencie następuję wspomniany zgrzyt. Tego, że Drama wraca samotnie wzdłuż drogi na jakimś odludziu, a jego kumple, jak gdyby nigdy nic idą się bawić, nie jestem w stanie zrozumieć, ani zaakceptować. Nie wyobrażam sobie, żebym ja opuścił kumpla w takiej sytuacji, nie wyobrażam sobie, żeby kumple zachowali się w ten sposób w stosunku do mnie. Przypomina mi się impreza, na którą mój przyjaciel, Dawid, miał zakaz wstępu. Dla kurażu trzasnęliśmy pół litra na bulwarach, a potem udaliśmy się na miejsce imprezy, gdzie zdecydowany byłem wynegocjować uchylenie zakazu. Gdy okazało się, że nie ma takiej możliwości, bezczelnie zażądałem kieliszków i kolejną butelką rozpiliśmy na klatce schodowej, praktycznie pod drzwiami.
Jestem sobie w stanie wyobrazić, że inaczej by było w przypadku, gdyby to była impreza u Hefnera, to jednak zupełnie inny poziom niż domówka w zapyziałym bloku. Ale, cholera jasna, bohaterowie serialu z tego typu imprezami mają do czynienia na co dzień. Naprawdę nie widzę różnicy między pięknymi kobietami z posiadłości Hefnera, a tymi, które odwiedzają rezydencję Vince'a. Jak się jednak okazuje, cała ta otoczka, którą wokół siebie wytworzył Hefner, okazuje się silniejsza. Zamiast pokazać staremu dziadowi środkowy palec, wynieść z imprezy skrzynkę wódki, rozpić ją pod bramą, a potem rozpętać jakąś zadymę, wszyscy pozostają pod wpływem czaru czarnoksiężnika-plejboja. Kłaniają mu się w pas, a jego życzenie jest dla nich niemożliwym do zakwestionowania rozkazem. I przez to nie jestem w stanie tego odcinka oglądać.
Zastanawiam się tylko, czy pośród fanów Entourage jest ktoś, kto podziela moje przemyślenia odnośnie tej kwestii. A może jestem jakimś dziwakiem, szukającym dziury w całym, a opisywana sytuacja jest dla wszystkich najzupełniej oczywista i normalna. Trudno mi jednak w to uwierzyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









