poniedziałek, 13 lutego 2017

rozkminka o gestapo


Jest taki cykl fantasy, obecnie już chyba nieco zapomniany, a mianowicie Czarna Kompania. Jego autor, Glen Cook, zrewolucjonizował nurt fantasy, wprowadzając doń zwykłych ludzi. Do tej pory bohaterami typowymi dla tego nurtu byli ci, którzy coś znaczyli. Królowie, czarodzieje i wybrańcy, którzy, nawet jeśli do tej pory niczym się nie wyróżniali, okazywali się osobami predestynowanymi do ocalenia świata. Tutaj, chociaż królowie, czarodzieje i wybrańcy byli gdzieś w tle, uwaga czytelnika skupiała się na grupie najemników - prostych, silnych facetów, najczęściej uciekających przed swą niezbyt chwalebną przeszłością. A Czarna Kompania nakazywała wręcz pozostawienie przeszłości za sobą i dawała delikwentowi schronienie i azyl, przy zastrzeżeniu, że oddział można opuścić tylko nogami do przodu. Co za tym idzie rekruci składali się z desperatów, ludzi bynajmniej nie kryształowych.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o powieściach Svena Hassela, z miejsca skojarzyły mi się z opisywanym wyżej cyklem. Różnica polegała na tym, że ich akcja nie była umiejscowiona w fikcyjnym świecie, a w jak najbardziej konkretnym czasie i miejscu. Europa, II Wojna Światowa, mówiąc najogólniej. Akcja ich zaś rzekomo miała być inspirowana doświadczeniami samego autora, choć jak wieść niesie, tyle miało to wspólnego z jego prawdziwymi przeżyciami, co powieści Karola Maya o Dzikim Zachodzie. Ale nic to. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności lektury o jednostce karnej Wehrmachtu (wcześniej zapoznałem się z ich "kolegami po fachu" z drugiej strony frontu, polecam Karny batalion). Wiedziałem, że spodziewać się mogę literatury brutalnej i rzeczywiście tak było. Choć mógłbym powiedzieć, że to kolejna opisywana przeze mnie powieść łotrzykowska, określenie to brzmi zdecydowanie nie dość dosadnie. Powieść skurwysyńska wydaje się odpowiedniejsze.

Przypomniało mi się, jak zacząłem oglądać genialny serial Black Sails. Początkowo, choć zachwycony nawiązaniami do uwielbianej przeze mnie Wyspy skarbów, narzekałem na to, że bohaterowie, z pozoru krwiożerczy i bezlitośni piraci, zwyczajnie dają się lubić. I chociaż począwszy od drugiego sezonu nie byłem w stanie powiedzieć o tym serialu nic negatywnego, to zapamiętałem ten mój pierwszy zarzut i pragnienie, by w końcu obejrzeć coś, gdzie twórcy nie będą przymilali się widzowi, tworząc postacie, z którymi będzie się utożsamiał. Gdzie bohaterowie bez wyjątku będą wzbudzać w najlepszym wypadku niechęć. Byłby to zabieg z pewnością ryzykowny, ale za to jakże ożywczy. Niebawem zabiorę się za oglądanie już czwartego sezonu Black Sails, a moje marzenie zdążyło się ziścić właśnie za sprawą Gestapo. Jej strony można przemierzać na wzór Diogenesa z latarnią w ręku, ale nie znajdzie się tam człowieka, jedynie hobbesowskie wilki. Opowieść skupia się na kilku członkach karnej jednostki, weteranów, którzy z niejednego pieca chleb jedli i choć brzmi to niewiarygonie, w warunkach, w jakich się znaleźli, spełniają się najlepiej.
Jedni wolą nóż, jak Pustynny Włóczęga. Inni karabin z lunetką jak Porta. A Julius, na przykład, miotacz ognia. Sven ze swej strony najlepiej daje sobie radę z granatami, a ty, Stary, jesteś mistrzem pistoletu maszynowego. (...) Ja osobiście wolę ponad wszystko pętlę. (...) Sami powinniście raz tego spróbować. To takie zabawne, gdy oni zmieniają kolor twarzy. A potem oczy...
O gustach się nie dyskutuje, chciałoby się żartobliwie powiedzieć, choć słowa te mogą uwięznąć nam w gardle, trudno bowiem przejść do porządku dziennego nad tak cynicznym i rutynowym wręcz okrucieństwem i bestialstwem. Musimy jednak mieć świadomość, że przez te niespełna pięćset stron nie będziemy mieli do czynienia z niczym innym. Nie ma tu choćby promyka nadziei, nawet nie dziesięciu, ale jednego człowieka sprawiedliwego. Skoro wojna nawet w najporządniejszych jednostkach rozbudza jak najgorsze instynkty, łatwo, choć niekoniecznie przyjemnie, jest sobie wyobrazić jak w jej warunkach odnajdują się ludzie nawet w czasach pokoju stojące na bakier z jakąkolwiek moralnością, a z takimi właśnie mamy tu do czynienia. Radzą sobie oni całkiem nieźle, po każdej potyczce w specjalnych książeczkach zapisują ilość zabitych przez siebie przeciwników, dowódca potwierdza to swym podpisem, a osiągnięcie odpowiedniej liczby jest najkrótszą drogą do honorowego odznaczenia. Kojarzy się to nieodparcie z punktami doświadczenia z gier rpg, a także ze sceną z Sensu życia według Monty Pythona, gdzie żołnierz po zakończonej bitwie stoi po kolana w zwłokach i chłodno konstatuje:
Lepiej niż w domu. W domu aresztują cię za zabójstwo, tutaj dają ci karabin i pokazują, jak go używać. Zabiłem piętnastu tych łotrów. W domu by mnie powiesili, a tu dadzą mi, kurwa, medal!

Narratorem jest niejaki Sven, choć, co ciekawe, nie daje nam tego odczuć i w trakcie lektury raczej się o tym nie pamięta, a narracja może sprawiać wrażenie trzecioosobowej, aż raz na jakiś czas nie padnie imię narratora lub nie użyje on zaimka "my". Bo "ja" nie uświadczymy. Można wręcz odnieść wrażenie, że Sven ukrywa się za wyczynami swoich kumpli, które opisuje. O tym, co sam robi i co przeżywa, jakie są jego przemyślenia, nie raczy wspomnieć. Czyżby w rzeczywistości nie był jedynie bezczynnym świadkiem, dystansującym się od okrucieństw, które go otaczają? Być może tak naprawdę to on wiedzie prym, a jego niezaangażowana opowieść to coś w rodzaju zeznania, mającego wybielić się poprzez oczernianie innych? W tym kontekście zastanowić się można, jak interpretować jego opis wydarzeń, których świadkiem nie był i nie miał o nich bezpośredniej wiedzy. Z czasem bowiem akcja przenosi się z frontu wschodniego do Berlina i mniej opisuje przygody bojowców, a bardziej skupia się na pracownikach służby więziennej i ich metodach, a także, jak można się bez trudu domyślić, na więźniach. W sporej części są to anegdoty w stylu niemal szwejkowskim, choć mniej w nich sowizdrzalskiego humoru, a więcej brutalnej i wulgarnej dezynwoltury.

Jednak jeśli już trafimy na kogoś, kto nie jest być może okrutny i krwiożerczy, a co więcej jest ofiarą takich właśnie ludzi, jest on zwyczajnie zbyt głupi i naiwny, byśmy mogli go polubić. W najlepszym razie możemy mu współczuć. Z jednej strony mamy staruszkę, w swej demencji do reszty odklejoną od otaczającej ją rzeczywistości, głośno mówiącą co myśli, nie zdając sobie sprawy z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Do końca myśli, że wszyscy traktować ją będą z czcią należną jej siwym włosom. Z drugiej strony jest generał, pensjonariusz jednego więzienia, który niebawem ma zostać przewieziony do kolejnego, wcześniej jednak musi podpisać oświadczenie, że traktowany był bez zarzutu. Na to nie chce się zgodzić, jednak gdy służba więzienna postanawia go za to ukarać poprzez zamusztrowanie na śmierć, nie widzi w tym nic zdrożnego.

- Obergefreiter, za dziesięć minut więzień musi być gotów na podwórzu w mundurze polowym, pięćdziesiąt kilo mokrego piasku w plecaku i ubrany w najstarsze i najsztywniejsze buty, jakie zdołacie znaleźć. Do każdego buta wsuniecie mały, okrągły kamyk. Zaczniecie od dwóch godzin biegu.(...)
Generał brygady miał niewzruszoną minę. Rozkaz majora był w porządku, absolutnie zgodny z pruskim regulaminem wojskowym. Wszystko zależało od tego, czy jego serce wytrzyma.

Wątek karnego oddziału i więzienia łączy postać leutnanta Ohlsena, który zostaje aresztowany i doświadczając licznych atrakcji hitlerowskiego więzienia czeka na "uczciwy" proces. Już na sali sądowej, gdy sędziowie wychodzą się naradzić, zastanawia się, dlaczego zajmuje im to tyle czasu. Łudzi się, że jeszcze zostanie uratowany. Nie zdaje sobie sprawy, że sędziowie w akcie oskarżenia odnajdują literę, oznaczającą jaki wyrok ma być wydany. Na osobności zaś spędzają tyle czasu, bo muszą się uraczyć zaserwowanym im trunkiem i pogadać na niezobowiązujące tematy. A oskarżony czeka... Lecz tak jak wspominałem wcześniej, można mu współczuć, nie można go polubić. On bowiem denerwuje nas swoją potulnością. Brakuje nam w nim tego, czego Hłasce brakowało w opowiadaniach Borowskiego: zazdrości bitego, który pragnie być bijącym. Przez to Ohlsen, choć z pewnością ofiara bestialskiego systemu (choć Gestapozdaje się nam mówić, że to nie system zdeprawował ludzi, on pozwolił im jedynie swoje zdeprawowanie w pełni ukazać), również ma w sobie coś nieludzkiego.

Choć "Gestapo" w dość ponury sposób opowiada o ponurych czasach i ponurych praktykach pozbawionych sumienia i skrupułów indywiduów, to jednak trudno odnieść wrażenie lektury o charakterze rozliczeniowym. Główni bohaterowie - Porta, Mały, Legionista, Stary, Sven, Barcelona, Heide - nadają jej przygodowy sznyt na miarę Bękartów wojny Tarantino. Bezczelni, okrutni, nie szanują autorytetów, a mimo to wychodzą obronną ręką z każdej sytuacji. Różnica polega na tym, że bohaterowie Bękartów walczyli po "właściwej" stronie i koniec końców zabili Hitlera, zaś członkowie niemieckiego oddziału karnego nie mierzą tak wysoko. Dają upust swemu wewnętrznemu okrucieństwu, jednocześnie przeczuwając już klęskę potęgi, której służą i powoli planując jak oportunistycznie ocalić swą skórę, gdy zakończą się działania wojenne.

wtorek, 7 lutego 2017

rozkminka o lubelskim 22


Nakleili, ale zgodnie z tym co nakleili, nie można naklejać. Ale gdyby nie nakleili, to można by było naklejać. To można, czy nie?

piątek, 3 lutego 2017

rozkminka o hochsztaplerze


Od niepamiętnych czasów, skłonny jestem zaryzykować stwierdzenie że od zawsze, dostrzegałem coś pociągającego w tak zwanym półświatku, który rozszerzyć można po prostu na ogólnie pojęty margines społeczny. Ale margines w jakimś sensie walczący, że ujmę to dość pompatycznie, walczący bez oglądania się na obowiązujące "normalnych ludzi" reguły. Gdy byłem młodszy objawiało się to w zachłannej lekturze Opowieści z kantyny Mos Eisley, opisującej losy kilkunastu postaci (scum and villainy, jak określił ich Obi-Wan Kenobi), pojawiających się przez chwilę w kultowej scenie z Nowej nadziei. W okresie licealnym zaczytywałem się w opowiadaniach Marka Nowakowskiego, by wraz z nim i opisywanymi przez niego doliniarzami czaić się w warszawskich bramach. Ostatnio zaś z ogromnym ukontentowaniem śledziłem losy bohaterów serialu Animal Kingdom, rodzinę wykolejeńców, utrzymujących się z kolejnych skoków.

Tyle gwoli wstępu, któremu groziło przez chwilę, że rozrośnie się do rozmiaru całej rozkminki na zupełnie inny temat niż sobie zamierzyłem. Może kiedyś. Tymczasem chciałbym wyjaśnić, że powyższe wynurzenia miały za zadanie niejako opisać jak bardzo naturalne było sięgnięcie po książkę, o której kilka słów chciałbym napisać. Chodzi mianowicie o Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla autorstwa Tomasza Manna. Było to dla mnie zaskoczenie o tyle, że zawsze sądziłem że znajomość z twórczością tego pana zacznę od słynnej Czarodziejskiej góry, do której od lat się przymierzałem, tymczasem padło na książkę, o której istnieniu dowiedziałem się nieledwie kilka dni przed przystąpieniem do jej lektury. Tak się zresztą składa, że oświeciła mnie w jej względzie przedmowa do Opowieści łotrzykowskich, czyli półświatka w wersji arabskiej z X wieku, z której nie wyniosłem niestety nic więcej niż ta rekomendacja. Inny świat. Ale do rzeczy.

Pierwszą dającą do myślenia ciekawostką, zanim jeszcze przystąpimy do lektury, jest fakt, że choć Wyznania są ostatnią powieścią Manna (wydana w 1954, na rok przed śmiercią pisarza), to pisać je zaczął, jak wynika z posłowia, jeszcze w 1910 roku. O samym procesie twórczym, już przez sam fakt rozciągnięcia w czasie niecodzienny, nie wiem nic więcej. Ciekaw jestem, czy istnieją jakieś fragmenty dzienników bądź listy, w których autor ujawniałby w sposób świadomy lub nie, dlaczego ten pomysł tak długo nosił w sobie, jednocześnie przez wiele lat nie będąc w stanie doprowadzić do jego pełnej realizacji. Nie wiem, czy za bardzo się nie zasugerowałem tym faktem, ale wydaje mi się, że do pewnego stopnia da się odczuć, że pomysł na powieść ewoluował w czasie. Być może jest to tylko moje wrażenie i nawet nie będę próbował udowodnić, że jest tak w rzeczywistości, ale jeśli tak było, to zaowocowało to pewną nieprzewidywalnością, jakby sam autor nie do końca kontrolował to, dokąd zabierze czytelnika.

Jeśli uprzemy się, by powieść gatunkowo zaklasyfikować, wydaje mi się, że przyjdzie nam to z łatwością. Ot, klasyczny bildungsroman, wzbogacone o elementy powieści łotrzykowskiej. Tytułowy Feliks, mężczyzna "dopiero po czterdziestce", na swym koncie mający już odsiadkę, sięga po pióro i papier, by przedstawić się czytelnikom, choć, jak można podejrzewać, w gruncie rzeczy chodzi mu o samopoznanie; adresat jego wyznania jest do tego jedynie pretekstem. Metodycznie przedstawia swoją biografię, począwszy od lat najmłodszych: sielskiego dzieciństwa w rodzinie fabrykanta, Krulla seniora. Choć z pozoru mogłoby się wydawać, że w takich warunkach dziecku niczego nie może zabraknąć, trudno o bardziej mylne przekonanie. Dostatki, w które człowiek opływa, potrafią ograniczać, a wówczas tym mocniej pożąda się wolności. Dziecko, nieuwikłane jeszcze tak bardzo w społeczne konwenanse, odczuwa ten zew być może jeszcze dotkliwiej.

Początkowo owo pragnienie wyraża się w niechęci do uczęszczania na szkolne zajęcia i w potrzebie posiadania niewyczerpanego zapasu cukierków. Do tego zaś wystarczy kolejno, umiejętność podrobienia ojcowskiego podpisu i zorientowanie się, o której godzinie sklepikarz zostawia nierozważnie swój przybytek niepilnowany. Przy tym, należy dodać, że w tym ostatnim przypadku Feliks nie uważa tego co robi za pospolitą kradzież. Pospolite jest to, co robią inni, jeśli zaś tej samej czynności dopuszcza się on, siłą rzeczy przestaje być ona pospolita. Można więc wręcz powiedzieć, że bohater od najmłodszych lat dąży do oszustwa absolutnego - mały Feliks uparcie wpatrując się w swe lustrzane odbicie, dochodzi w końcu do takiej wprawy, że na zawołanie jest w stanie według upodobania zwężać i rozszerzać źrenice. Nie dziwi więc fakt, że dekadę później nie będzie dla niego większym problemem oszukanie komisji wojskowej.

Do tego czasu, niezależnie od niego zdąży się zmienić jego sytuacja życiowa, a co za tym idzie pozycja społeczna. Feliks ma kilkanaście lat, gdy fabryka ojca bankrutuje, a sam ojciec popełnia samobójstwo. Rodzina pozostaje bez środków do dalszego egzystowania i musi radykalnie odmienić swe życie, by przetrwać w bezlitosnym, nie tolerującym słabości świecie. Ojciec chrzestny Feliksa załatwia swemu ulubieńcowi posadę w paryskim hotelu, jednak do czasu wyżej wspomnianego uregulowania stosunku do służby wojskowej, chłopak musi pozostawać we Frankfurcie, na którego ulicach obserwuje życie i powoli snuje plany na przyszłość. Plany dalekie od mrzonek, o które tak młodego człowiek można by podejrzewać, pozbawione też jakichkolwiek skrupułów, które pozostawić należy owym pospolitym innym. Konsekwencją społecznej degradacji jest być może fakt, że bohater w jakimś stopniu wyzwala się i może próbować ukształtować od zera swój los.

"Kot łowny, chłop mowny" - z tym ludowym powiedzonkiem koresponduje postawa życiowa jaką przyjmuje bohater. Słowo kształtuje rzeczywistość, wystarczy odpowiednie podejście do interlokutora. Na przykład do księdza po rozmowie z którym samobójstwo ojca przestaje być samobójstwem. Swoje wygadanie bohater doprowadza do perfekcji, dochodzi do tego niebywała zdolność do nauki języków obcych, wystarczy mu, że przez jakiś czas posłucha cudzoziemca, by już być w stanie w stopniu podstawowym posługiwać się jego mową. Zatem hotel, w którym przyjdzie mu rozpoczynać karierę, kocioł w którym mieszają się najprzeróżniejsze nacje, staje się dla jego kariery wymarzonym wręcz poligonem. Lecz choć słowo pełni rolę jego ulubionego narzędzia, maczety torującej mu szlak przez dżunglę rzeczywistości, bohater daleki jest od jego uświęcania. Wręcz przeciwnie. Wgryzł się w nie tak mocno, że przebił się na drugą stronę, by ujrzeć jego prawdziwe oblicze:

Na dwu tylko biegunach międzyludzkiej łączności, tam, gdzie słów jeszcze nie ma albo już nie ma, a więc w spojrzeniu i w objęciu, można znaleźć właściwe szczęście, gdyż tylko tam jest bezwarunkowość, wolność, tajność i do samego dna posunięta bezwzględność. Wszelka leżąca pośrodku zażyłość i wymiana jest ckliwa i letnia, wyznaczają ją, uwarunkowują i ograniczają formalizmy oraz konwencja mieszczańska. Włada tu słowo - to mdłe i wystygłe narzędzie, ten pierwowzór łagodnej i umiarkowanej ogłady, tak bardzo obcy istotą swoją płomiennej a milczącej sferze natury, iż można by uznać każde słowo, samo w sobie i jako takie już za frazes.

Gdy na horyzoncie pojawia się markiz Venosta, jego relacja z głównym bohaterem nasunąć może luźne skojarzenie z heglowską dialektyką pana i niewolnika. Stojący na szczycie drabiny społecznej markiz jest zaskakująco nieporadny, bryluje na salonach, jednak jakakolwiek autonomiczna decyzja jest dla niego niedostępna; jest całkowicie uzależniony od rodziców, którzy w każdej chwili, przykładowo gdy zakocha się nie po ich myśli, mogą zakręcić kurek z kasą. Z drugiej strony mamy naszego Krulla, któremu z windziarza udało się awansować na kelnera - człowieka, z którym ludzie należący do sfer Venosty raczej nie zwykli się liczyć. Ten jednak ma w sobie coś, dzięki czemu góruje nad zgnuśniałym markizem. Nie daje się uwięzić w sztucznej konwencji. Kolejne filozoficzne skojarzenie odsyła nas do Sartre'a i jego pojęcia złej wiary, czyli fałszywemu przekonaniu, że nadana jest nam jakaś rola, którą musimy odgrywać, z którą jesteśmy niejako tożsami. Znamienny jest zresztą fakt, że Sartre dla ilustracji swej teorii posługuje się właśnie przykładem kelnera. Feliks Krull złą wiarę zdecydowanie odrzuca, dzięki czemu rzeczywiście wznosi się ponad pospolitość.


Jesteśmy więc świadkami stopniowej destrukcji odchodzącego do lamusa ładu społecznego, w którym to urodzenie determinowało ludzkie funkcjonowanie w świecie i niezależnie od wszystkiego nie pozwalało człowiekowi aż do śmierci zmienić swego statusu, a jakikolwiek awans czy degradacja odbywał się wyłącznie w ramach określonej grupy. Teraz zaś wszystko zależy od zbudowania odpowiedniej narracji, odpowiedniego podejścia słuchacza, obliczonego na oczekiwaną przez nas reakcję. Na usta ciśnie się słowo, określone "słowem roku 2016", mianowicie post prawda. W ten paradoksalny sposób ukazywanie niespożytej siły słowa, ma je w naszych oczach do reszty zdeprecjonować. Nie ma prawdy tam, gdzie jest słowo. Co nie wróży nam zbyt dobrze, gdy przypomnimy sobie pierwszy wers z Ewangelii św. Jana.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Swiernalis - Sierść (Official Video)

Pamiętam, jakby to było wczoraj: wakacje 2005. Idę z deskorolką pod pachą na kino, miejscówkę, będącą w owym czasie punktem spotkań augustowskich skejtów. Już będąc za winklem słyszę charakterystyczny trzask desek, uderzających o asfalt. Za chwilę moim oczom ukazuje się cała miejscówka. Wśród osób tam jeżdżących dostrzegam nową twarz. Jakiś dzieciaczek (jak się okazało później, rok młodszy ode mnie, ale wyglądał na mniej, przynajmniej w moich oczach), którego od razu zaczynam obserwować ciekaw poziomu jego jazdy. Gdy robi ollie 180 frontside na murek o wysokości pięciu decków, nie mam więcej pytań. Okazuje się, że jest to niejaki Swiernal z Suwałk. Póżniej razem z nim, Maćkiem T., Dylanem i Grycem idziemy w obchód po miejscówkach. Później, już tylko z Maćkiem, odprowadzamy go na przystanek autobusowy. Proponuje nam, byśmy następnego dnia przyjechali do Suwałk. Tak się zaczyna międzymiastowa znajomość skejtowska. Skejci z Suwałk jeżdżą Augustowa, skejci z Augustowa do Suwałk. Deskorolka i alkohol. Triki i szalone imprezy. Po kilku latach Swiernal opuszcza Suwałki, by ostatecznie wylądować w Poznaniu. Tam zaczyna coraz poważniej działać w świecie muzycznym. Ostatni efekt jego poczynań można sprawdzić poniżej. Singiel, zapowiadający nową płytę, na której, co w moim przekonaniu należy podkreślić, teksty wszystkich piosenek napisane są po polsku. Powinno to być oczywiste, ale niestety, w naszym kraju jest to ewenement, zwłaszcza jeśli chodzi o młodych wykonawców.

piątek, 15 kwietnia 2016

rozkminka o złodzieju


To, jak dotarłem do "Dziennika złodzieja", zasługuje na przynajmniej jeden akapit. W roku 2000 premierę miał film pt. "Cudowni chłopcy" (pisałem o nim tutaj). Obejrzałem go niedługo później, kolega mojej matki z pracy rozprowadzał wówczas wśród znajomych płyty, na których wypalał ściągane z internetu filmy (mało kto miał wtedy nagrywarkę czy internet, w szczególności taki, który pozwoliłby na ściąganie filmów) i na jednej z nich znajdowało się właśnie to dzieło. Mało lat miałem, więc nie wszystkie kwestie do mnie dotarły (umknął mi na przykład dość ewidentny wątek gejowski), ale oniryczna atmosfera nocnego Pittsburgha i odklejenie środowiska pisarskiego od otaczającej je rzeczywistości miały w sobie hipnotyzujący powab. Jednak nie o filmie miałem pisać, więc abstrahując od fabuły, przytoczę jeden cytat, który zapoczątkował, by posłużyć się określeniem, z którym spotkałem się na blogu Fatalne Skutki Lektur, "żonglerkę popkulturową".
Rośnie nam kolejny Jean Genet. Dawno nie napisano nic dobrego w pierdlu.
Nie pamiętam, czy zwróciłem na te słowa uwagę, gdy usłyszałem je po raz pierwszy, czy może za którymś z kolei (film ten oglądałem po wielokroć). Dość powiedzieć, że gdy w końcu do mnie dotarły, nie mogłem nie zapoznać się ze wspomnianym autorem. Trochę to jednak trwało. Opisywaną tu książkę kupiłem dawno temu. Gdy w sierpniu 2009 jechałem z kumplami do Krakowa na zawody Es Game of Skate (znajdź Matiego na zdjęciu), wziąłem do czytania w trakcie podróży, ale dotarłem do zaledwie 42 strony (służącą za zakładkę kartkę z krakowskimi adresami i godzinami odjazdów pociągów, pozostawiłem w tym miejscu na pamiątkę). Jakiś czas później dorwałem się do książki Sartre'a "Święty Genet. Aktor i męczennik", ale to już była jazda bez trzymanki i szybko wymiękłem. Może do tej pozycji też niedługo wrócę, karmiąc się złudną nadzieją, że jestem nieco mądrzejszy niż wtedy.

O co chodzi z Genetem i więzieniem? Syn prostytutki, porzucony przez matkę, do piętnastego roku życia wychowanek domów dziecka i kolejnych rodzin zastępczych, następnie stały klient domów poprawczych i więzień (między innymi w Katowicach, gdzie odsiedział dwa miesiące). W latach 40-tych siedział w więzieniu pod Paryżem, skąd groziła mu wywózka do obozu koncentracyjnego, jednak dzięki wstawiennictwu Jeana Cocteau i wspomnianego wyżej Sartre'a, zachwyconych talentem pisarskim więźnia, wyszedł na wolność, by oddać się literaturze. W roku 1949 wychodzi "Dziennik złodzieja", w którym autor na nowo zanurza się w swojej przestępczej biografii. Myliłby się jednak każdy, kto by sądził, że będzie to proza w stylu chociażby naszego rodzimego Grzesiuka - prosta, bezceremonialna, życiowa par excellence. Wiedząc, jak wyglądały ówczesne doświadczenia autora, zaskakujące może się wydać, że znajdywał on wówczas tyle czasu na lektury, które pozwoliły mu później tworzyć tak poetycko subtelne zdania, jednocześnie do głębi naznaczone rynsztokiem. Sam początek lektury zdaje się to potwierdzać:

Katorżnicy noszą kombinezony w biało-różowe pasy. Skoro idąc za odruchem serca, wybrałem sobie świat, który jest mi drogi, wolno mi chyba doszukiwać się w nim wszelkich możliwych znaczeń. Twierdzę zatem, że krucha subtelność kwiatów ma tę samą naturę co brutalna arogancja katorżników.

W przypisie do tego fragmentu autor dodaje, że "ze wzruszeniem oscyluje między nimi". Rzeczywiście, jest tu wzruszenie, jednak najwięcej jest niepokoju, który na wskroś przeszywa czytelnika. Wszystko za sprawą narratora, który otwarcie, a wręcz manifestacyjnie, odrzuca wszelkie znane nam normy społeczne i moralne. I mimo, że jego rozliczne czyny pozostają na poziomie drobnej przestępczości, w niczym nie przypominają takiego chociażby Hannibala Lectera, to jednak jego postawa wydaje się bardziej przerażająca niż słynnego kanibala. Lecter bowiem jest jaki jest, bo taki jest. Tytułowy złodziej jest taki, jaki jest, bo taki zaplanował być. Stworzył swój świat jako swoistą antytezę świata ludzi "normalnych", stara się być ich złowrogim cieniem. Zachwyca go wszelka brzydota, pławi się w niej, rozkoszuje się nią. Obserwując starą złodziejkę, zastanawia się, czy to być może jego matka. W spodniach swego kochanka poszukuje wszy, które później miażdży między palcami, by skrwawione resztki cisnąć w dzielone z nim łóżko. To i wiele więcej nie jest jednak spowiadaniem się przed czytelnikiem. Zamiast tego Genet zdaje się mu mówić: "Uważaj, twój piękny, uporządkowany świat to nie wszystko. Za każdym razem, gdy patrzysz w drugą stronę, poza zasięgiem twojego wzroku jest coś jeszcze".

Dziennik sprawia wrażenie notatek sporządzanych na gorąco, po latach jeszcze raz odczytanych i zredagowanych. Czy było tak rzeczywiście, czy autor postanowił nadać swemu dziełu taką formę, tego nie jestem w stanie rozstrzygnąć. Ale dzięki takiej, a nie innej konstrukcji, mamy świadomość, że choć autor/narrator zszedł być może z drogi występku, to nigdy nie stanie się częścią głównego nurtu. Na zawsze pozostanie outsiderem, drzazgą tkwiącym w samozadowoleniu tej słusznej części społeczeństwa, wcale nie dlatego, że taki jest z natury, swą naturą można wszakże próbować zmienić lub stłamsić, a on po prostu taki postanowił być.

piątek, 26 lutego 2016

rozkminka o niemożliwym


Jakiś czas temu miało miejsce wydarzenie, które poruszyło światek deskorolkowy. Ja, wstyd się przyznać, od dawna już nie śledzę doniesień z tej dziedziny tak szczegółowo jak kiedyś, ale, jak się okazało, ta wiadomość nie mogła mnie ominąć. Zaczęło się tak: odwiedziłem Pata, mojego dawno nie widzianego przyjaciela. Rozmawialiśmy o tym i o owym, każdy coś popijał, on browara, ja niestety herbatę. Wspomniał przy tym, że dzień wcześniej jego brat z kumplem oglądali jakiś filmik, na którym "jakiś koleś skakał na desce z w chuj wielkich schodów". Spoko, nie wywarło to na mnie większego wrażenia, codziennie kolejni deskorolkowi wariaci zaliczają coraz to bardziej hardkorowe miejscówki. Przeszedłem więc nad tą informacją do porządku dziennego. Nie na długo. Gdy wróciłem do domu i z głupia frant odpaliłem YouTube, w polecanych dla mnie filmach pojawił się ten pod tytułem "Jaws vs Lyon 25". I wówczas już wiedziałem, że nie chodziło o jakieś tam schody, tylko o TE schody.

Cofnijmy się trochę w czasie. W roku 2002 wyszedł deskorolkowy film firmy Flip pt. "Sorry". Pisałem o nim tutaj. Dla mnie jest to w jakiś sposób sprawa pokoleniowa, to właśnie ten film i pokazywani w nim deskorolkowcy byli dla mnie i dla moich kumpli... No właśnie, kim? Nie chcę powiedzieć autorytetami, bo to za duże słowo. Idol też mi tu nie pasuje, choć jest z pewnością bliższe prawdy, ale jak na deskorolkę w ujęciu moim i ówczesnego Flipa brzmi zbyt popkulturowo. Zostawmy to, zwał jak zwał, jest to w każdym razie jakiś fragment fundamentów mojej tożsamości, jak pompatycznie by to nie brzmiało. Przejdźmy jednak do rzeczy. Jednym z ówczesnych członków ekipy Flipa był, jak go niegdyś określiłem, "szwedzki panczur Boulala", o którym pisałem w ten sposób: "często siedząc na jakiejś miejscówce snuliśmy rozważania typu >>jak myślisz, czy Boulala dałby radę zrobić ollie z daszku klatki na ten murek<< etc". W finale jego przejazdu pokazane były dwie nieudane próby zeskoczenia z dwudziestu pięciu schodów w Lyonie. Można je obejrzeć poniżej.

Bądźmy szczerzy, wyglądało to dość groteskowo i nie było raczej dowodem deskorolkowego kunsztu, tylko brawury i szaleństwa. Może przy dużej, naprawdę dużej, ilości szczęścia doszłoby to do skutku, ale raczej nikt, kto oglądał wówczas ten film, nie miał takich złudzeń. Nikt nie miał oporów przed nazywaniem Boulali wariatem (z tym zresztą trudno się nie zgodzić), byli też tacy, którzy otwarcie twierdzili, że porwał się na coś niemożliwego. Ci akurat mają się teraz z pyszna, tymi słowami staram się przejść w końcu do sedna. Co tu dużo gadać, poniżej możecie obejrzeć jak jakiś młodzik, którego nawet nie kojarzę (jak mówiłem, nie śledzę już tego zbytnio), zeskoczył z tych monumentalnych schodów, w dodatku nie zwykłym ollie, a melon grabem. Nie wiem nawet jak to skomentować, wiem, że była w tym jakaś magia, zawierająca się choćby w tym, że już w trakcie oglądania, nie bacząc na późną porę, zadzwoniłem do mojego ziomka ze starych deskorolkowych czasów, Dawida, a gdy tylko zacząłem mówić, okazało się, że nie muszę, nic tłumaczyć; oglądał już filmik, pogadaliśmy więc o tym wiekopomnym wydarzeniu i zgodnie stwierdziliśmy, że gdy tylko poprawi się pogoda, musimy wyjść pojeździć.

Największe wrażenie wywarły na mnie słowa, które padły z ust samego Aliego, obecnego przy kolejnych próbach jego pokoleniowego następcy. "Teraz wszystkim, którzy zarzucali mi, że, ryzykując zdrowiem, a może nawet życiem, próbowałem dokonać niemożliwego, mogę pokazać ten filmik. Niemożliwe, tak?". Przypomina mi to inną deskorolkową anegdotę, sięgającą, jeśli się nie mylę, końcówki lat 80-tych. Była wówczas w San Francisco kultowa miejscówka zwana Embarcadero (jakoś w okolicach roku 2000 przestała istnieć). Na tej miejscówce był olbrzymi gap. Kiedyś jakiś fotograf próbował namówić Marka Gonzalesa, już wówczas legendę i jednego z prekursorów street skatingu, by gap ów przeskoczył. Gonzales odparł krótko: "to niemożliwe, ten gap jest za duży". I wtedy fotograf zastosował diaboliczny podstęp, mówiąc: "jak to za duży, dziś rano widziałem jak jakiś małolat go przeskoczył". Gdy tylko Mark to usłyszał, zaraz zabrał się do roboty i już po chwili gap znany był na całym świecie jako Gonz Gap, od nazwiska pierwszej osoby, która go pokonała. Bo żadnego małolata oczywiście nie było.