wtorek, 31 października 2017

Mada - Apteki i monopolowe gościnnie: Dj Gram; produkcja: Pekro

Jakiś czas temu pisałem o płycie Mady 47%, którą obok płyty Włodka uważam za jedną z lepszych tegorocznych polskich hip-hopowych produkcji. Płytę promowały dwa teledyski, które, rzecz jasna, udostępniłem. Teraz, już jakiś czas po premierze, został wypuszczony trzeci, ostatni już, teledysk. Utwór w wersji płytowej wzbogacony był o fragmenty wywiadu z Andrzejem Stasiukiem, tak jak raper wywodzącym się z dzielnicy Grochów, której poświęcony jest kawałek. Teledysk trochę ustępuję poprzednim, ale jest w nim uliczna szorstkość, która koresponduje z klimatem całości.

czwartek, 26 października 2017

rozkminka o skrzypcach


Choć od mojej lektury Ukrytych skrzypiec minęły już dwa miesiące z hakiem, książka ta wciąż za mną chodzi i czuję, że nie zamknę związanego z nią życiowego rozdziału, jeśli nie poświęcę jej tych kilku słów. Jest to o tyle zaskakujące, że treść owego zbioru dykteryjek, jak byłbym skłonny je nazwać, natchniona jest duchem mieszczańskim, który zazwyczaj mnie drażni i irytuje. W tym przypadku jednak było zupełnie inaczej, co każe mi zastanowić się nad przyczyną tego stanu rzeczy.

Na książkę trafiłem, jak to często ze mną bywa, przez przypadek - buszowałem wśród bibliotecznych półek w poszukiwaniu czegoś niewielkiego objętościowo i w dziale z literaturą czeską moją uwagę przykuł mój ulubiony kolor, w którym utrzymana była okładka opisywanej tu pozycji. W następnej kolejności zainteresował mnie fakt, że jej autor pisarzem był niejako dodatkowo, a znany był głównie jako aktor i reżyser. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, jeśli się mylę, mam nadzieję, że ktoś wyprowadzi mnie z błędu.

W każdym razie życie aktora i ogólnie artysty kojarzy mi się automatycznie z pewną dozą szaleństwa i mniejszego lub większego dystansu wobec społecznych norm i konwenansów. Przypomina mi się od razu anegdota o Zdzisławie Maklakiewiczu, który swojej ciotce, nobliwej starszej pani, tłumaczył jak wygląda zawód aktora. Gdy usłyszała ona o tych wszystkich wódeczkach za kulisami i stosunkach płciowych w mieszkaniach samotnych koleżanek, wykrzyknęła zgorszona: "bój się Boga, Zdzisiu! I to tak codziennie?". "Nie, ciociu. Poniedziałki mamy wolne", brzmiała odpowiedź.

Spodziewałem się więc czegoś w tym stylu, a otrzymałem coś diametralnie innego. Pozostając przy odniesieniach do świata filmowego, chciałbym przypomnieć film Słomiany wdowiec z 1955. Główny bohater, na co dzień mąż, ojciec i pracownik biura, zostaje postawiony przed dwoma wydarzeniami, które w swym połączeniu straszą go perspektywą wywrócenia jego życia do góry nogami. Po pierwsza, żona i syn wyjeżdżają na wakacje. Po drugie, do mieszkania piętro wyżej wprowadza się młoda i piękna blondynka (Marilyn Monroe, z tego filmu pochodzi słynna scena z wywietrznikiem). Przed pokusami której musi się oprzeć. W swojej wyobraźni, jako widzowie zdajemy sobie doskonale sprawę, że wszelka aktywność pozostaje w sferze jego mrzonek. W gruncie rzeczy jest bowiem mieszczaninem skutecznie zaimpregnowanym na jakiekolwiek wyskoki; każda taka próba ma wymiar par excellance komiczny.


Taki jest też narrator Ukrytych skrzypiec - z tą różnicą, że w jego życiu nie pojawia się Marilyn Monroe, a on sam nie podejmuje żadnych niecodziennych czynności. Choć w tych zwykłych, chciałoby się rzec rutynowych, odnajduje pokłady tajemniczości, pisząc o nich tak, że razem z nim mamy wrażenie, jakbyśmy doświadczali ich za każdym razem coraz częściej. Autor zdaje nam się sugerować, że przy odpowiednim podejściu do świata i najbliższego otoczenia w naszym życiu, niezależnie od tego, jak sobie je ułożyliśmy, nie będzie miejsca na nudę.

Na tej samej zasadzie nie będzie też miejsca na irytację i inne tego typu złe emocje. Przykładem może być tytułowa teoria "ukrytych skrzypiec", którą główny bohater tłumaczy synowi, gdy przed kolejnym weekendowym wyjazdem znów czekają na żonę/matkę, która chcąc się należycie przygotować, wypędza na tę okoliczność swych mężczyzn z mieszkania. Ci zaś czekają na nią cierpliwie w samochodzie, ale choć czas pędzi nieubłaganie, a pani domu wciąż z niego nie wychodzi, oni nie popadają w zniecierpliwienie, po prostu kontemplują to jak kolejną zagadkę, jaką stawia przed nami życie.

Cały zbiorek składa się właśnie z tego rodzaju dywagacji, w swym tonie nieraz zahaczających o poważne, filozoficzne rozważania, w temacie zaś oscylujących wokół codziennych i pozornie nieskłaniających do refleksji codziennych spraw. Trąci być może nieco myszką model związku, w którym mężczyzna, pozostając przez dłuższy okres sam w domu może jedynie z niedowierzaniem przyglądać się nagłemu pomnażaniu się rzeczy ("Po trzech dniach jestem ze wszech stron otoczony garnkami, a jest ich więcej, niż mogłem użyć i naprawdę użyłem. Są wszędzie... (...) To samo talerze, sztućce, ołówki, koszule, rondelki, buty, książki i wszelkie drobiazgi potrzebne człowiekowi we dnie i w nocy. (...) A przedmiotów wciąż przybywa. Nadchodzi moment, że wśród tego wszystkiego zaczynasz się gubić. Parzysz kawę w nieodpowiednim naczyniu, a mieszasz ołówkiem. Trzeci dzień już nie jesz śniadania, bo nie możesz znaleźć korkociągu. Bliski jest dzień, gdy do poniewierających się w całym mieszkaniu resztek jedzenia zacznie ściągać robactwo"). Jednak delikatność, poczucie humoru i kunszt pisarski skutecznie rekompensują te bądź co bądź nieznaczne akcenty dziś już zwyczajnie anachroniczne.

sobota, 7 października 2017

rozkminka o przyjaźni


PLAYBOY VS PRZYJAŹŃ

Jakiś czas temu zmarł Hugh Hefner, ale choć to jego śmierć sprowokowała niejako ten wpis, to nie będzie on dotyczył bezpośrednio jego osoby, tak jak w przypadku Nowakowskiego, czy Konwickiego. Przypomniał mi on po prostu o pewnym serialu, a raczej jego konkretnym odcinku, do napisania o którym od dawna się przymierzałem, chcąc się podzielić moimi wątpliwościami z nim związanymi. Sam Hefner był mi osobą praktycznie obojętną, jego dokonania średnio mnie obeszły. Playboya nigdy chyba nawet nie miałem w rękach, kojarzy mi się z nim tylko jedna sytuacja, gdy przyszedłem do znajomych w odwiedziny i znajoma to czasopismo czytała, co wydało mi się niesamowicie seksowne. Ale sam Hefner, zasuszony staruszek, otoczony wianuszkiem półnagich piękności w wieku jego prawnuczek, nie budził zbyt pozytywnych uczuć.

Jego cameo zepsuło też według mnie jeden z odcinków genialnego serialu Entourage. Serialu, który po pierwszych odcinkach może wydawać się niczym więcej jak hymnem na cześć hedonistycznego stylu życia - główny bohater, Vince, zostaje odkryty przez Hollywood, okrzyczany "nowym Johnnym Deppem" i wraz z przyjaciółmi zaczyna pławić się w luksusach, które wiążą się z jego obecnym statusem. Rezydencje z basenami, sportowe samochody, wszelkiej maści używki i zabawy z pięknymi aktorkami i modelkami. Wystarczy jednak pozostać z serialem trochę dłużej, by zorientować się, że tak naprawdę wszystko to jest tylko nieistotną otoczką, a jego głównym tematem i motywem przewodnim jest w rzeczywistości potęga męskiej przyjaźni. Nieważne na jaką próbę wystawiona, będzie trwać pomimo wszystko. Chyba, że na scenie pojawi się Hefner.

Odcinek z nim jest bowiem w tej materii bolesnym zgrzytem, którego po prostu nie rozumiem. Drugi sezon, trzeci odcinek: Vince zostaje zaproszony do posiadłości podstarzałego plejboja. Jego świta również, rzecz jasna. Z jednym wyjątkiem: Johnny Drama, brat przyrodni Vince'a, który w Hollywood przebywa dobre dziesięć lat dłużej niż reszta i od tego czasu bezskutecznie próbuje zrobić tam karierę, ma dożywotni zakaz wstępu do posiadłości Hefnera, ze względu na ekscesy, których dopuścił się tam w przeszłości. Już w tym momencie moja empatia zostaje wystawiona na próbę, bo zamiast machnąć ręką i nie pchać się tam, gdzie go nie chcą (ja bym tak zrobił), Drama za wszelką cenę usiłuje przedostać się do posiadłości. Kumple próbują przemycić go w bagażniku, ale zostaje on odkryty przez ochronę i przegnany na cztery wiatry.

W tym momencie następuję wspomniany zgrzyt. Tego, że Drama wraca samotnie wzdłuż drogi na jakimś odludziu, a jego kumple, jak gdyby nigdy nic idą się bawić, nie jestem w stanie zrozumieć, ani zaakceptować. Nie wyobrażam sobie, żebym ja opuścił kumpla w takiej sytuacji, nie wyobrażam sobie, żeby kumple zachowali się w ten sposób w stosunku do mnie. Przypomina mi się impreza, na którą mój przyjaciel, Dawid, miał zakaz wstępu. Dla kurażu trzasnęliśmy pół litra na bulwarach, a potem udaliśmy się na miejsce imprezy, gdzie zdecydowany byłem wynegocjować uchylenie zakazu. Gdy okazało się, że nie ma takiej możliwości, bezczelnie zażądałem kieliszków i kolejną butelką rozpiliśmy na klatce schodowej, praktycznie pod drzwiami.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że inaczej by było w przypadku, gdyby to była impreza u Hefnera, to jednak zupełnie inny poziom niż domówka w zapyziałym bloku. Ale, cholera jasna, bohaterowie serialu z tego typu imprezami mają do czynienia na co dzień. Naprawdę nie widzę różnicy między pięknymi kobietami z posiadłości Hefnera, a tymi, które odwiedzają rezydencję Vince'a. Jak się jednak okazuje, cała ta otoczka, którą wokół siebie wytworzył Hefner, okazuje się silniejsza. Zamiast pokazać staremu dziadowi środkowy palec, wynieść z imprezy skrzynkę wódki, rozpić ją pod bramą, a potem rozpętać jakąś zadymę, wszyscy pozostają pod wpływem czaru czarnoksiężnika-plejboja. Kłaniają mu się w pas, a jego życzenie jest dla nich niemożliwym do zakwestionowania rozkazem. I przez to nie jestem w stanie tego odcinka oglądać.

Zastanawiam się tylko, czy pośród fanów Entourage jest ktoś, kto podziela moje przemyślenia odnośnie tej kwestii. A może jestem jakimś dziwakiem, szukającym dziury w całym, a opisywana sytuacja jest dla wszystkich najzupełniej oczywista i normalna. Trudno mi jednak w to uwierzyć.

środa, 5 lipca 2017

W bramie #03 - Swiernalis

To jest tak, że najpierw jesteś małolatem i jeździsz na deskorolce z innymi małolatami, a po latach się okazuje, że jeden z tych małolatów robi muzyczną karierę do tego stopnia, że może nawet odrzucić propozycję występu w Opolu. Fajnie, że znajduje też czas, by wstąpić do bramy i porozmawiać z kolegą z dawnych czasów.

Przy okazji odsłuch płyty

wtorek, 27 czerwca 2017

Mati opowiada #3 - U Wiesia

Udało się odnaleźć w archiwach filmik sprzed mniej więcej roku. Oznacza to, że nie mam już nic więcej na składzie. Tymczasem... Bo jakieś tam pomysły chodzą mi po głowie, na pohybel niejakiemu XYZ, któremu tak czy siak dziękuję za komentarz.

czwartek, 15 czerwca 2017

rozkminka o procentach


KOBIETY, KSIĄŻKI, JOINTY, HIP-HOP
Mada - 47%
Od premiery solowego debiutu Mady minęło już parę miesięcy i ku mojemu rozczarowaniu, nie odbiła się ona szerokim echem. Wielka szkoda, bo płyta ta zdecydowanie zasługuje na uwagę. Choć z drugiej strony doskonale pasuje do jej podziemnego charakteru, dystansującego się co sił od głównego nurtu, odbiór w wąskiej grupie wtajemniczonych słuchaczy. Jednak od takiego postrzegania sprawy niebezpiecznie blisko jest do snobowania się, Mada wywodzi się ze składu Zetenwupe, który współtworzy z Kaietanovichem aka Hade. Na szerokie wody wypłynęli, gdy odkrył ich Ten Typ Mes i wciągnął do swej wytwórni, promując na różne sposoby, czego przykładem może być kawałek "Wy", gdzie wspomniani wyżej raperzy, wraz z pozostałymi odkryciami Mesa, Kubą Knapem i LJ Karwelem, przedstawiali się szerszemu audytorium. Muszę się przyznać, że wówczas nie wpadli mi w ucho i trochę zlekceważyłem wszystkich czterech raperów. Doceniłem ich dopiero po latach, gdy uważniej wsłuchałem się w ich dokonania. Chwilę później wyszła debiutancka grupa Zetenwupe, którą przesłuchałem z przyjemnością, a jeden z kawałków, Egoiści egoistom, katowałem bardzo długo. Ale nawet nie rozróżniałem, który z raperów jest który. Wyszła druga płyta i znowu to samo: fajna, ale jakoś to wszystko pobieżnie traktowałem.

Wszystko się zmieniło, gdy przez zupełny przypadek trafiłem na pierwszy singiel zapowiadający płytę Mady. "Tłum" na świetnym bicie Szoguna, z gościnnym udziałem jednego z oryginalniejszych raperów, którzy są młodsi ode mnie (taka moja prywatna kategoria), Zioła Zioła, zdecydowanie przykuwał uwagę. Osaczona przez tłum jednostka (od ilu osób się on w ogóle zaczyna, filozofuje raper), dystansuje się od niego, ale nie czuć w tym mizantropii, raczej potrzebę przynajmniej chwilowego wycofania się z pędzącej rzeczywistości, na którą składa się anonimowa masa, z którą nie sposób się skomunikować. "Najlepiej się czuję na podwórkach" - podsumowuje raper, co dobrze oddaje peryferyjność i swojskość jego twórczości. Nie odczuwa on zewu centrum (podobnie jak Andrzej Stasiuk, w skicie poprzedzającym jeden z kolejnych utworów, wspominający swą młodość na Grochowie, dzielnicy, z której pochodzi również Mada), który przyciąga rzesze ludzi z jego otoczenia, pędzących tam ze wszystkich stron. Podkreślić jednak należy, że Mada nie dąży tam dlatego, że się przed tym trendem buntuje. Po prostu tego nie potrzebuje, nie jest do tego stworzony, nie taka jest jego konstrukcja. Nie zrobiłby tego, choćby chciał. Ale nigdy nie zechce.



Kolejny singiel, "Ex", jest ubranym w ciekawą metaforę manifestem determinacji twórcy. Opowiada on tam o trzech byłych dziewczynach, z których jedna ma za sobą odsiadkę, druga od pięciu lat nie żyje, a trzecia przebywa na emigracji. I choć utwór jest skrajnie osobisty, zwłaszcza zwrotka poświęcona zmarłej dziewczynie kosztowała rapera z pewnością wiele emocji, to najważniejsze w nim jest podkreślenie faktu, że pomimo wszelkich życiowych zmian raper "wciąż robi swoje", czego efektów możemy słuchać na kolejnych płytach. Przy okazji ujawnia on swoje podszyte dezynwolturą poczucie humoru, przy okazji opowieści o trzeciej dziewczynie, tej, która obecnie "siedzi na saksach". Gdy wyszedł singiel, wspomniana była ona tylko w refrenie, osobiście napisałem komentarz, że wielka szkoda, że nie została poświęcona jej trzecia zwrotka. Okazuje się jednak, że w albumowej wersji utworu trzecia zwrotka jest, z tym że mocno nietypowa. Wraz z poczuciem humoru dostrzegamy bowiem dżentelmeńskę dyskrecję.



Później wyszła płyta, a Mada, wrzucając do sieci kolejne utwory, do każdego dołączał filmik, w którym w kilku słowach opowiadał o genezie danego kawałka. Znów mogliśmy doświadczyć wspomnianej dezynwoltury, choćby w przypadku Intro, które miało być opatrzone zwrotką, ale raper ostatecznie nie napisał tekstu, czy "Outro", które pojawiło się na trackliście, ale w ferworze walki fakt ten został zapomniany i "Outro" nigdy nie powstało. Co paradoksalnie dodało płycie smaczek, ale o tym później. Nie chcę w ten sposób sugerować, że Mada ma lekceważący stosunek do słuchacza. Wręcz przeciwnie, jest mu zdecydowanie bliższy od większości wykonawców, właśnie dlatego, że traktuje go jak kolegę, który wybaczy przecież delikatne potknięcia, a nie klienta, który jest panem i trzeba przed nim czapkować.

Prawdziwym wydarzeniem jest moim zdaniem wykorzystanie w jednym z utworów ghostwritera. Tekst do utworu "Czekam", nawiązujący do kultowego "Do Ani", napisał niejaki Jakub Ancymon, z tego co się orientuję, dobry kolega Mady. Wspomniana już kilkukrotnie dezynwoltura rapera pozwoliła mu się wznieść ponad skostniałe zasady polskiego rapu, w imię których rapować można jedynie swój tekst. Na płycie mamy więc do czynienia z sytuacją bez precedensu (chodzi mi o sam fakt przyznania się do tego, wszak wiadomo, że Eldo pomagał pisać teksty Juzkowi i "nawet nie wiemy, kiedy słuchamy zwrotek Piha ghostwritingu). W jej wyniku powstał najbardziej tajemniczy i wręcz metafizyczny utwór na płycie, wzbogacony o punkowy zaśpiew w wykonaniu Mroka i gitarę Eryka Najduchowskiego.

Zastanawiam się, czym jest tytułowe 47%. Liczba ta pojawiała się chyba w twórczości Zetenwupe już wcześniej, ale nie jestem w stanie powiedzieć w jakim kontekście. Dlatego podam w tym momencie moją prywatną interpretację, która jest albo stwierdzeniem czegoś oczywistego, albo strzałem Panu Bogu w okno. Kluczowy dla niej jest utwór "Więcej niż 100" z gościnnym udziałem Ryfy Ri (to również nietypowe, na płycie obecne są aż dwie raperki i obie wypadają nadspodziewanie dobrze, co w przypadku polskiego rapu nie zawsze jest oczywiste). Raper deklaruje, że chce dać z siebie więcej niż sto procen, jednocześnie przyznając, że w tej chwili niekoniecznie mu to wychodzi. Być może jest więc na etapie dawania z siebie właśnie czterdziestu siedmiu procent, oczywiście jeśli chodzi o radzenie sobie z życiem i tworzenie dla siebie perspektyw na przyszłość. W przypadku twórczości jest to zdecydowanie więcej.

Na płycie usłyszymy cały wachlarz tematów od krytyki zmanipulowanego społeczeństwa, zastraszonego przez media, do oprowadzania słuchacza po Grochowie, gdzie na każdym kroku natykamy się jeśli nie na sklep monopolowy, to na aptekę. Nie zabraknie oczywiście opowieści o relacjach z kobietami i wszelkiego rodzaju rozliczeń, głównie z samym sobą. Warto też dodać, że żaden z obecnych na płycie gości nie zawiódł, na pierwszy plan wysuwa się jednak kolega z zespołu, Kaietanovich, który w kończącym płytę "CDNN" obnaża się, spowiadając się z przyprawienia rogów znajomemu i jest to w moim przekonaniu jedna z odważniejszych zwrotek w polskim hip-hopie, którego przedstawiciele z reguły chcą siebie postrzegać jako przykłady przestrzegania wszelkich kodeksów, z koleżeńskimi włącznie. Ktoś jednak jest w stanie przyznać, że w życiu po prostu różnie bywa. Ciąg dalszy nie nastąpi, nic więc dziwnego, że nie usłyszymy już nawet zapisanego w trackliście "Outra".

Chciałbym móc powiedzieć, że płyta pozbawiona jest wad, niestety nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem. Choć wszystkie utwory, że tak powiem "właściwe", są świetne i nie ma się do czego przyczepić, to skity, które zapewne miały być czymś w rodzaju przymrużenia oka, kontrującym raczej poważną ogólną wymowę płyty, zwyczajnie przeszkadzają i zaburzają jej spójność. Jestem pewien, że osoby zaangażowane w ich powstanie doskonale się bawiły przy ich tworzeniu, jednak przy odsłuchy płyty da się je przesłuchać tylko za pierwszym razem. Może ktoś o większym poczuciu humoru niż ja się wtedy uśmiechnie, ale zapewniam, że z każdą kolejną rundą będą one coraz bardziej irytujące i domagające się przełączenia. Dlatego na własny użytek stworzyłem playlistę, w której skitów nie ma i dzięki temu, w mojej opinii mamy wówczas z płytą genialną, 10/10 i w ogóle. Zachęcam do sprawdzenia. A jeśli dostępne są jeszcze fizyczne egzemplarze, także do kupienia, gdyż płyta, choć wydana w prostym digipacku i bez większych bajerów, właśnie dzięki swej minimalistycznej oprawie prezentuje się niebywale estetycznie.