sobota, 22 kwietnia 2017

rozkminka o poecie

Cześć i czołem! Jeśli ktoś tu jeszcze zagląda, to ma okazję poznać moje liryczne oblicze. Pięć moich wierszy zostało opublikowanych TUTAJ, zapraszam. Niebawem będzie tam kolejny zestaw, to lajkujcie Szufladę, nie przegapicie. Na zachętę moje zdjęcie z czasów, gdy byłem młody i piękny. Wybrałem je, by reprezentowało tę właśnie dziedzinę mojej tzw. twórczości.

ps pojawił się kolejny zestaw, więc zapraszam TUTAJ

niedziela, 9 kwietnia 2017

MIND-FUCK #1 - Czy wola jest wolna?

Mój kolega filozofuje. Zapraszam do połamania głowy przez trzy minuty i oczekiwania na kolejne odcinki.

czwartek, 23 marca 2017

rozkminka o urodzinach

Ostatnie dwudzieste urodziny, potem leci trzeci krzyżyk :/

wtorek, 21 marca 2017

rozkminka o dekadzie

Mojemu ulubionemu zdjęciu stuknęło dziś dziesięć lat. No, stuknie za parę godzin, nie pamiętam, o której dokładnie. Kiedyś już je wrzucałem na tym blogu, ale było to dwa lata po pstryknięciu fotki. Już wtedy wydawało mi się, że to dawne czasy, a co mam powiedzieć teraz? Gdy zdarza mi się pokazać komuś niewtajemniczonemu to zdjęcie, ostatnio opatruję je komentarzem "piękni dwudziestoletni" i coś w tym jest. Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć i współodczuwać emocje, jakie towarzyszyły Hłasce, gdy nadawał swojej książce tenże tytuł. Nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać, nie popadając w nadmierny sentymentalizm i nostalgię... Może to, że mam ciche marzenie, by zrobić "remake" tej fotki i w tej samej ekipie usiąść na tej samej ławce. Ale niestety nie będzie to łatwe zadanie. Co prawda wszyscy żyją, lepiej lub gorzej, ale jeśli doliczyć do widocznej piątki fotografa, to połowa jest za granicą naszego kraju. A w tym konkretnym momencie gdy to piszę, w Augustowie nie ma żadnego z nas. Ale mam nadzieję, że to marzenie nie jest wygórowane na tyle, by nie mogło się spełnić.

poniedziałek, 20 marca 2017

W bramie #01 - "Eteromanka"

Kumpel napisał książkę i z tej okazji powstał taki ni to wywiad, ni to rozmowa. Niby mamy mamy patent, żeby to był taki program, w którym będziemy gadali o różnych ciekawych rzeczach, ewentualnie zapraszali jakichś gości, a debiut jednego z nas jest dobrym punktem wyjścia do debiutu takiej inicjatywy. W przypadku tego odcinka wszystko odbyło się dość spontanicznie, bez przygotowania, trochę na wariata, trochę niedomagaliśmy sprzętowo, a co gorsze po raz pierwszy występowałem w roli niby prowadzącego, więc miejscami jest nieco kulawo. Ale jak to powiedziała moja babcia, gdy po dragach wylądowałem w szpitalu: "zawsze to jakieś doświadczenie". Mam nadzieję, że na tym nie poprzestaniemy i jeszcze przynajmniej kilka rozmów uda się przeprowadzić. Tymczasem polecam wszystkim książkę mojego ziomala i jego facebookowy fanpage No i oczywiście sam filmik, zapraszam do bramy:

poniedziałek, 13 lutego 2017

rozkminka o gestapo


Jest taki cykl fantasy, obecnie już chyba nieco zapomniany, a mianowicie Czarna Kompania. Jego autor, Glen Cook, zrewolucjonizował nurt fantasy, wprowadzając doń zwykłych ludzi. Do tej pory bohaterami typowymi dla tego nurtu byli ci, którzy coś znaczyli. Królowie, czarodzieje i wybrańcy, którzy, nawet jeśli do tej pory niczym się nie wyróżniali, okazywali się osobami predestynowanymi do ocalenia świata. Tutaj, chociaż królowie, czarodzieje i wybrańcy byli gdzieś w tle, uwaga czytelnika skupiała się na grupie najemników - prostych, silnych facetów, najczęściej uciekających przed swą niezbyt chwalebną przeszłością. A Czarna Kompania nakazywała wręcz pozostawienie przeszłości za sobą i dawała delikwentowi schronienie i azyl, przy zastrzeżeniu, że oddział można opuścić tylko nogami do przodu. Co za tym idzie rekruci składali się z desperatów, ludzi bynajmniej nie kryształowych.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o powieściach Svena Hassela, z miejsca skojarzyły mi się z opisywanym wyżej cyklem. Różnica polegała na tym, że ich akcja nie była umiejscowiona w fikcyjnym świecie, a w jak najbardziej konkretnym czasie i miejscu. Europa, II Wojna Światowa, mówiąc najogólniej. Akcja ich zaś rzekomo miała być inspirowana doświadczeniami samego autora, choć jak wieść niesie, tyle miało to wspólnego z jego prawdziwymi przeżyciami, co powieści Karola Maya o Dzikim Zachodzie. Ale nic to. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności lektury o jednostce karnej Wehrmachtu (wcześniej zapoznałem się z ich "kolegami po fachu" z drugiej strony frontu, polecam Karny batalion). Wiedziałem, że spodziewać się mogę literatury brutalnej i rzeczywiście tak było. Choć mógłbym powiedzieć, że to kolejna opisywana przeze mnie powieść łotrzykowska, określenie to brzmi zdecydowanie nie dość dosadnie. Powieść skurwysyńska wydaje się odpowiedniejsze.

Przypomniało mi się, jak zacząłem oglądać genialny serial Black Sails. Początkowo, choć zachwycony nawiązaniami do uwielbianej przeze mnie Wyspy skarbów, narzekałem na to, że bohaterowie, z pozoru krwiożerczy i bezlitośni piraci, zwyczajnie dają się lubić. I chociaż począwszy od drugiego sezonu nie byłem w stanie powiedzieć o tym serialu nic negatywnego, to zapamiętałem ten mój pierwszy zarzut i pragnienie, by w końcu obejrzeć coś, gdzie twórcy nie będą przymilali się widzowi, tworząc postacie, z którymi będzie się utożsamiał. Gdzie bohaterowie bez wyjątku będą wzbudzać w najlepszym wypadku niechęć. Byłby to zabieg z pewnością ryzykowny, ale za to jakże ożywczy. Niebawem zabiorę się za oglądanie już czwartego sezonu Black Sails, a moje marzenie zdążyło się ziścić właśnie za sprawą Gestapo. Jej strony można przemierzać na wzór Diogenesa z latarnią w ręku, ale nie znajdzie się tam człowieka, jedynie hobbesowskie wilki. Opowieść skupia się na kilku członkach karnej jednostki, weteranów, którzy z niejednego pieca chleb jedli i choć brzmi to niewiarygonie, w warunkach, w jakich się znaleźli, spełniają się najlepiej.
Jedni wolą nóż, jak Pustynny Włóczęga. Inni karabin z lunetką jak Porta. A Julius, na przykład, miotacz ognia. Sven ze swej strony najlepiej daje sobie radę z granatami, a ty, Stary, jesteś mistrzem pistoletu maszynowego. (...) Ja osobiście wolę ponad wszystko pętlę. (...) Sami powinniście raz tego spróbować. To takie zabawne, gdy oni zmieniają kolor twarzy. A potem oczy...
O gustach się nie dyskutuje, chciałoby się żartobliwie powiedzieć, choć słowa te mogą uwięznąć nam w gardle, trudno bowiem przejść do porządku dziennego nad tak cynicznym i rutynowym wręcz okrucieństwem i bestialstwem. Musimy jednak mieć świadomość, że przez te niespełna pięćset stron nie będziemy mieli do czynienia z niczym innym. Nie ma tu choćby promyka nadziei, nawet nie dziesięciu, ale jednego człowieka sprawiedliwego. Skoro wojna nawet w najporządniejszych jednostkach rozbudza jak najgorsze instynkty, łatwo, choć niekoniecznie przyjemnie, jest sobie wyobrazić jak w jej warunkach odnajdują się ludzie nawet w czasach pokoju stojące na bakier z jakąkolwiek moralnością, a z takimi właśnie mamy tu do czynienia. Radzą sobie oni całkiem nieźle, po każdej potyczce w specjalnych książeczkach zapisują ilość zabitych przez siebie przeciwników, dowódca potwierdza to swym podpisem, a osiągnięcie odpowiedniej liczby jest najkrótszą drogą do honorowego odznaczenia. Kojarzy się to nieodparcie z punktami doświadczenia z gier rpg, a także ze sceną z Sensu życia według Monty Pythona, gdzie żołnierz po zakończonej bitwie stoi po kolana w zwłokach i chłodno konstatuje:
Lepiej niż w domu. W domu aresztują cię za zabójstwo, tutaj dają ci karabin i pokazują, jak go używać. Zabiłem piętnastu tych łotrów. W domu by mnie powiesili, a tu dadzą mi, kurwa, medal!

Narratorem jest niejaki Sven, choć, co ciekawe, nie daje nam tego odczuć i w trakcie lektury raczej się o tym nie pamięta, a narracja może sprawiać wrażenie trzecioosobowej, aż raz na jakiś czas nie padnie imię narratora lub nie użyje on zaimka "my". Bo "ja" nie uświadczymy. Można wręcz odnieść wrażenie, że Sven ukrywa się za wyczynami swoich kumpli, które opisuje. O tym, co sam robi i co przeżywa, jakie są jego przemyślenia, nie raczy wspomnieć. Czyżby w rzeczywistości nie był jedynie bezczynnym świadkiem, dystansującym się od okrucieństw, które go otaczają? Być może tak naprawdę to on wiedzie prym, a jego niezaangażowana opowieść to coś w rodzaju zeznania, mającego wybielić się poprzez oczernianie innych? W tym kontekście zastanowić się można, jak interpretować jego opis wydarzeń, których świadkiem nie był i nie miał o nich bezpośredniej wiedzy. Z czasem bowiem akcja przenosi się z frontu wschodniego do Berlina i mniej opisuje przygody bojowców, a bardziej skupia się na pracownikach służby więziennej i ich metodach, a także, jak można się bez trudu domyślić, na więźniach. W sporej części są to anegdoty w stylu niemal szwejkowskim, choć mniej w nich sowizdrzalskiego humoru, a więcej brutalnej i wulgarnej dezynwoltury.

Jednak jeśli już trafimy na kogoś, kto nie jest być może okrutny i krwiożerczy, a co więcej jest ofiarą takich właśnie ludzi, jest on zwyczajnie zbyt głupi i naiwny, byśmy mogli go polubić. W najlepszym razie możemy mu współczuć. Z jednej strony mamy staruszkę, w swej demencji do reszty odklejoną od otaczającej ją rzeczywistości, głośno mówiącą co myśli, nie zdając sobie sprawy z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Do końca myśli, że wszyscy traktować ją będą z czcią należną jej siwym włosom. Z drugiej strony jest generał, pensjonariusz jednego więzienia, który niebawem ma zostać przewieziony do kolejnego, wcześniej jednak musi podpisać oświadczenie, że traktowany był bez zarzutu. Na to nie chce się zgodzić, jednak gdy służba więzienna postanawia go za to ukarać poprzez zamusztrowanie na śmierć, nie widzi w tym nic zdrożnego.

- Obergefreiter, za dziesięć minut więzień musi być gotów na podwórzu w mundurze polowym, pięćdziesiąt kilo mokrego piasku w plecaku i ubrany w najstarsze i najsztywniejsze buty, jakie zdołacie znaleźć. Do każdego buta wsuniecie mały, okrągły kamyk. Zaczniecie od dwóch godzin biegu.(...)
Generał brygady miał niewzruszoną minę. Rozkaz majora był w porządku, absolutnie zgodny z pruskim regulaminem wojskowym. Wszystko zależało od tego, czy jego serce wytrzyma.

Wątek karnego oddziału i więzienia łączy postać leutnanta Ohlsena, który zostaje aresztowany i doświadczając licznych atrakcji hitlerowskiego więzienia czeka na "uczciwy" proces. Już na sali sądowej, gdy sędziowie wychodzą się naradzić, zastanawia się, dlaczego zajmuje im to tyle czasu. Łudzi się, że jeszcze zostanie uratowany. Nie zdaje sobie sprawy, że sędziowie w akcie oskarżenia odnajdują literę, oznaczającą jaki wyrok ma być wydany. Na osobności zaś spędzają tyle czasu, bo muszą się uraczyć zaserwowanym im trunkiem i pogadać na niezobowiązujące tematy. A oskarżony czeka... Lecz tak jak wspominałem wcześniej, można mu współczuć, nie można go polubić. On bowiem denerwuje nas swoją potulnością. Brakuje nam w nim tego, czego Hłasce brakowało w opowiadaniach Borowskiego: zazdrości bitego, który pragnie być bijącym. Przez to Ohlsen, choć z pewnością ofiara bestialskiego systemu (choć Gestapozdaje się nam mówić, że to nie system zdeprawował ludzi, on pozwolił im jedynie swoje zdeprawowanie w pełni ukazać), również ma w sobie coś nieludzkiego.

Choć "Gestapo" w dość ponury sposób opowiada o ponurych czasach i ponurych praktykach pozbawionych sumienia i skrupułów indywiduów, to jednak trudno odnieść wrażenie lektury o charakterze rozliczeniowym. Główni bohaterowie - Porta, Mały, Legionista, Stary, Sven, Barcelona, Heide - nadają jej przygodowy sznyt na miarę Bękartów wojny Tarantino. Bezczelni, okrutni, nie szanują autorytetów, a mimo to wychodzą obronną ręką z każdej sytuacji. Różnica polega na tym, że bohaterowie Bękartów walczyli po "właściwej" stronie i koniec końców zabili Hitlera, zaś członkowie niemieckiego oddziału karnego nie mierzą tak wysoko. Dają upust swemu wewnętrznemu okrucieństwu, jednocześnie przeczuwając już klęskę potęgi, której służą i powoli planując jak oportunistycznie ocalić swą skórę, gdy zakończą się działania wojenne.

wtorek, 7 lutego 2017

rozkminka o lubelskim 22


Nakleili, ale zgodnie z tym co nakleili, nie można naklejać. Ale gdyby nie nakleili, to można by było naklejać. To można, czy nie?