czwartek, 15 czerwca 2017

rozkminka o procentach


KOBIETY, KSIĄŻKI, JOINTY, HIP-HOP
Mada - 47%
Od premiery solowego debiutu Mady minęło już parę miesięcy i ku mojemu rozczarowaniu, nie odbiła się ona szerokim echem. Wielka szkoda, bo płyta ta zdecydowanie zasługuje na uwagę. Choć z drugiej strony doskonale pasuje do jej podziemnego charakteru, dystansującego się co sił od głównego nurtu, odbiór w wąskiej grupie wtajemniczonych słuchaczy. Jednak od takiego postrzegania sprawy niebezpiecznie blisko jest do snobowania się, Mada wywodzi się ze składu Zetenwupe, który współtworzy z Kaietanovichem aka Hade. Na szerokie wody wypłynęli, gdy odkrył ich Ten Typ Mes i wciągnął do swej wytwórni, promując na różne sposoby, czego przykładem może być kawałek "Wy", gdzie wspomniani wyżej raperzy, wraz z pozostałymi odkryciami Mesa, Kubą Knapem i LJ Karwelem, przedstawiali się szerszemu audytorium. Muszę się przyznać, że wówczas nie wpadli mi w ucho i trochę zlekceważyłem wszystkich czterech raperów. Doceniłem ich dopiero po latach, gdy uważniej wsłuchałem się w ich dokonania. Chwilę później wyszła debiutancka grupa Zetenwupe, którą przesłuchałem z przyjemnością, a jeden z kawałków, Egoiści egoistom, katowałem bardzo długo. Ale nawet nie rozróżniałem, który z raperów jest który. Wyszła druga płyta i znowu to samo: fajna, ale jakoś to wszystko pobieżnie traktowałem.

Wszystko się zmieniło, gdy przez zupełny przypadek trafiłem na pierwszy singiel zapowiadający płytę Mady. "Tłum" na świetnym bicie Szoguna, z gościnnym udziałem jednego z oryginalniejszych raperów, którzy są młodsi ode mnie (taka moja prywatna kategoria), Zioła Zioła, zdecydowanie przykuwał uwagę. Osaczona przez tłum jednostka (od ilu osób się on w ogóle zaczyna, filozofuje raper), dystansuje się od niego, ale nie czuć w tym mizantropii, raczej potrzebę przynajmniej chwilowego wycofania się z pędzącej rzeczywistości, na którą składa się anonimowa masa, z którą nie sposób się skomunikować. "Najlepiej się czuję na podwórkach" - podsumowuje raper, co dobrze oddaje peryferyjność i swojskość jego twórczości. Nie odczuwa on zewu centrum (podobnie jak Andrzej Stasiuk, w skicie poprzedzającym jeden z kolejnych utworów, wspominający swą młodość na Grochowie, dzielnicy, z której pochodzi również Mada), który przyciąga rzesze ludzi z jego otoczenia, pędzących tam ze wszystkich stron. Podkreślić jednak należy, że Mada nie dąży tam dlatego, że się przed tym trendem buntuje. Po prostu tego nie potrzebuje, nie jest do tego stworzony, nie taka jest jego konstrukcja. Nie zrobiłby tego, choćby chciał. Ale nigdy nie zechce.



Kolejny singiel, "Ex", jest ubranym w ciekawą metaforę manifestem determinacji twórcy. Opowiada on tam o trzech byłych dziewczynach, z których jedna ma za sobą odsiadkę, druga od pięciu lat nie żyje, a trzecia przebywa na emigracji. I choć utwór jest skrajnie osobisty, zwłaszcza zwrotka poświęcona zmarłej dziewczynie kosztowała rapera z pewnością wiele emocji, to najważniejsze w nim jest podkreślenie faktu, że pomimo wszelkich życiowych zmian raper "wciąż robi swoje", czego efektów możemy słuchać na kolejnych płytach. Przy okazji ujawnia on swoje podszyte dezynwolturą poczucie humoru, przy okazji opowieści o trzeciej dziewczynie, tej, która obecnie "siedzi na saksach". Gdy wyszedł singiel, wspomniana była ona tylko w refrenie, osobiście napisałem komentarz, że wielka szkoda, że nie została poświęcona jej trzecia zwrotka. Okazuje się jednak, że w albumowej wersji utworu trzecia zwrotka jest, z tym że mocno nietypowa. Wraz z poczuciem humoru dostrzegamy bowiem dżentelmeńskę dyskrecję.



Później wyszła płyta, a Mada, wrzucając do sieci kolejne utwory, do każdego dołączał filmik, w którym w kilku słowach opowiadał o genezie danego kawałka. Znów mogliśmy doświadczyć wspomnianej dezynwoltury, choćby w przypadku Intro, które miało być opatrzone zwrotką, ale raper ostatecznie nie napisał tekstu, czy "Outro", które pojawiło się na trackliście, ale w ferworze walki fakt ten został zapomniany i "Outro" nigdy nie powstało. Co paradoksalnie dodało płycie smaczek, ale o tym później. Nie chcę w ten sposób sugerować, że Mada ma lekceważący stosunek do słuchacza. Wręcz przeciwnie, jest mu zdecydowanie bliższy od większości wykonawców, właśnie dlatego, że traktuje go jak kolegę, który wybaczy przecież delikatne potknięcia, a nie klienta, który jest panem i trzeba przed nim czapkować.

Prawdziwym wydarzeniem jest moim zdaniem wykorzystanie w jednym z utworów ghostwritera. Tekst do utworu "Czekam", nawiązujący do kultowego "Do Ani", napisał niejaki Jakub Ancymon, z tego co się orientuję, dobry kolega Mady. Wspomniana już kilkukrotnie dezynwoltura rapera pozwoliła mu się wznieść ponad skostniałe zasady polskiego rapu, w imię których rapować można jedynie swój tekst. Na płycie mamy więc do czynienia z sytuacją bez precedensu (chodzi mi o sam fakt przyznania się do tego, wszak wiadomo, że Eldo pomagał pisać teksty Juzkowi i "nawet nie wiemy, kiedy słuchamy zwrotek Piha ghostwritingu). W jej wyniku powstał najbardziej tajemniczy i wręcz metafizyczny utwór na płycie, wzbogacony o punkowy zaśpiew w wykonaniu Mroka i gitarę Eryka Najduchowskiego.

Zastanawiam się, czym jest tytułowe 47%. Liczba ta pojawiała się chyba w twórczości Zetenwupe już wcześniej, ale nie jestem w stanie powiedzieć w jakim kontekście. Dlatego podam w tym momencie moją prywatną interpretację, która jest albo stwierdzeniem czegoś oczywistego, albo strzałem Panu Bogu w okno. Kluczowy dla niej jest utwór "Więcej niż 100" z gościnnym udziałem Ryfy Ri (to również nietypowe, na płycie obecne są aż dwie raperki i obie wypadają nadspodziewanie dobrze, co w przypadku polskiego rapu nie zawsze jest oczywiste). Raper deklaruje, że chce dać z siebie więcej niż sto procen, jednocześnie przyznając, że w tej chwili niekoniecznie mu to wychodzi. Być może jest więc na etapie dawania z siebie właśnie czterdziestu siedmiu procent, oczywiście jeśli chodzi o radzenie sobie z życiem i tworzenie dla siebie perspektyw na przyszłość. W przypadku twórczości jest to zdecydowanie więcej.

Na płycie usłyszymy cały wachlarz tematów od krytyki zmanipulowanego społeczeństwa, zastraszonego przez media, do oprowadzania słuchacza po Grochowie, gdzie na każdym kroku natykamy się jeśli nie na sklep monopolowy, to na aptekę. Nie zabraknie oczywiście opowieści o relacjach z kobietami i wszelkiego rodzaju rozliczeń, głównie z samym sobą. Warto też dodać, że żaden z obecnych na płycie gości nie zawiódł, na pierwszy plan wysuwa się jednak kolega z zespołu, Kaietanovich, który w kończącym płytę "CDNN" obnaża się, spowiadając się z przyprawienia rogów znajomemu i jest to w moim przekonaniu jedna z odważniejszych zwrotek w polskim hip-hopie, którego przedstawiciele z reguły chcą siebie postrzegać jako przykłady przestrzegania wszelkich kodeksów, z koleżeńskimi włącznie. Ktoś jednak jest w stanie przyznać, że w życiu po prostu różnie bywa. Ciąg dalszy nie nastąpi, nic więc dziwnego, że nie usłyszymy już nawet zapisanego w trackliście "Outra".

Chciałbym móc powiedzieć, że płyta pozbawiona jest wad, niestety nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem. Choć wszystkie utwory, że tak powiem "właściwe", są świetne i nie ma się do czego przyczepić, to skity, które zapewne miały być czymś w rodzaju przymrużenia oka, kontrującym raczej poważną ogólną wymowę płyty, zwyczajnie przeszkadzają i zaburzają jej spójność. Jestem pewien, że osoby zaangażowane w ich powstanie doskonale się bawiły przy ich tworzeniu, jednak przy odsłuchy płyty da się je przesłuchać tylko za pierwszym razem. Może ktoś o większym poczuciu humoru niż ja się wtedy uśmiechnie, ale zapewniam, że z każdą kolejną rundą będą one coraz bardziej irytujące i domagające się przełączenia. Dlatego na własny użytek stworzyłem playlistę, w której skitów nie ma i dzięki temu, w mojej opinii mamy wówczas z płytą genialną, 10/10 i w ogóle. Zachęcam do sprawdzenia. A jeśli dostępne są jeszcze fizyczne egzemplarze, także do kupienia, gdyż płyta, choć wydana w prostym digipacku i bez większych bajerów, właśnie dzięki swej minimalistycznej oprawie prezentuje się niebywale estetycznie.

środa, 14 czerwca 2017

rozkminka o mareczku

Czterdzieści osiem lat temu zmarł Marek Hłasko... Ja też się nie najlepiej czuję ;)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

rozkminka o vlogu

Kiedyś miałem pomysł na vloga, ale go porzuciłem, mimo że parę razy pogadałem coś do kamery. Ostatnio wróciłem do tych filmików i stwierdziłem, że po co mają się kurzyć w szufladzie, wrzucę je, co mi szkodzi... Jeden jest sprzed roku, jeden sprzed dwóch lat. Gdzieś tam jest jeszcze jeden filmik, w przeciwieństwie do poniższych nagrywany w lato (chyba dwa lata temu), ale trzeba go znaleźć. Jak znam siebie, to nie będę mógł się powstrzymać i nagram jeszcze jakieś głupoty w przyszłości. Tak w ogóle nie jestem specjalistą od vlogów, ale wydaje mi się, że nagrywane są raczej w pomieszczeniach, więc mój się wyróżnia. Jedyne założenie, jakie przed sobą stawiam, to że zostanie on uliczno-plenerowy.


piątek, 26 maja 2017

W bramie #02 - "Morze po kolana"

No i udało się. Jest druga brama. Daje to nadzieję na trzecią. Tym razem jesteśmy z Szymonem równorzędnymi rozmówcami i gadamy o komiksie "Morze po kolana", do sięgnięcia po który zachęciła mnie w pierwszej kolejności niebieska zjeżdżalnia z okładki.

czwartek, 18 maja 2017

rozkminka o ciszy



TO NIE JEST KRAJ DLA LUDZI
Człowiek, zwany Ciszą

"Dziki zachód to już historia. Musimy zacząć nową erę" - tak gubernator stanu Utah poucza szeryfa Burnetta, byłego żołnierza, który ma wziąć pod swą opiekę rejony miasteczka Snowhill. Po chwili polityk zamyśla się nad swą wypowiedzią i instruuje asystenta: "można to wykorzystać w moim przemówieniu". Słowa szeryfa są znamienne dla przekazu, jaki zdaje się nieść ze sobą "Człowiek zwany Ciszą". Skończyły się czasy złotej wolności pionierów, teraz nastanie cywilizacja. A moment przejścia z jednego stanu do drugiego siłą rzeczy musi ponieść za sobą pewne ofiary. Podobnie było w klasycznym anty-westernie Sama Pekinpaha Pat Garrett i Billy Kid, gdzie tytułowi bohaterowie, dawniej przyjaciele, stają po dwóch stronach barykady, reprezentując skrajnie różne postawy wobec przemian, które spotkały ich świat.

Spaghetti westen Sergio Corbucciego, klasycznego twórcy tego gatunku (Django) opowiada podobną historię, z tym że podaje ją o wiele bardziej pesymistycznym i dobitnym tonie. Film Pekinpaha był czymś w rodzaju filmowej ballady, nie tylko dzięki genialnemu soundtrackowi autorstwa Boba Dylana. Sam sposób prowadzenia narracji był nieco liryczny, przesycony sentymentem za czasami bardziej przyjaznymi dla niepokornych indywidualistów (i wbrew temu co widzimy na ekranie, niekoniecznie chodziło o Dziki Zachód, raczej o hippisowską Amerykę lat sześćdziesiątych). I choć przekaz nie napawał optymizmem tych, którym marzyłaby się wieczna kontestacja jako sposób na życie, to film wywoływał raczej zadumę, odwołując się do tego rodzaju sentymentów. Corbucci pozostawia nas zaś z uczuciem skrajnej beznadziei. W swoim filmie dekonstruuje bowiem mit Dzikiego Zachodu w sposób tak skrajny, że można chyba metaforycznie powiedzieć, że zabija western.

Od schematów typowych dla filmów tego gatunku odchodzi już na poziomie scenerii. Wszechogarniająca biel, pokrytych głębokim śniegiem rejonów stanu Utah zdecydowanie kontrastuje ze spalonym słońcem Teksasem, czy soczystą zielenią prerii Kansas. Od niedawna western w zimowym klimacie szerokiej publiczności kojarzyć się może raczej z Nienawistną ósemką Quentina Tarantino. Jednak słynący z żonglowania filmowymi cytatami reżyser, bez wątpienia zapożyczył ten motyw właśnie z Człowieka zwanego Ciszą. Do tego stopnia, że powtórzył nawet niektóre ujęcia. W jego przypadku była to jednak tylko postmodernistyczna zabawa, a film, którym się inspirował, jest w moim odczuciu czymś znacznie głębszym, choć osadzonym typowej dla spaghetii westernu nieco pastiszowej, epatującej skrajną brutalnością, konwencji.

Kilka słów o fabule. Jest sobie miasto, a w nim obywatele. W okolicznych górach zaś ukrywają się bandyci. Cóż to jednak za bandyci? Zgraja wygłodniałych obdartusów. Znamienny jest fakt, że w angielskiej ścieżce dźwiękowej nie określa się ich słowem "bandits" ("-Who are they? - Bandits. Bandits and smugglers" - przypomina się dialog z Za garść dolarów), lecz "outlaws" - wyjęci spod prawa. A kto reprezentuje prawo, przynajmniej w punkcie wyjścia całej historii? Miejscowy bogacz, właściciel sklepu, który majątek zdobywa wywłaszczając okolicznych farmerów z ich ziem i zagarniając je dla siebie za bezcen. Ze scen retrospekcji wiemy, że nie waha się robić tego z bronią w ręku. Ten człowiek dzierży w swym ręku także urząd miejscowego sędziego (przy swoim bogactwie zapewne nie trudno było mu go sobie zapewnić). Wyznacza więc teraz cenę za głowy kryjących się w górach, własnoręcznie wyrzuconych poza nawias społeczeństwa banitów, których celem nie są nawet pieniądze, a choćby odrobina jedzenia. Pozostają jednak celem łowców nagród, którzy w majestacie prawa polują na nich jak na króliki.

Okazuje się więc, że to ci, których określa się bandytami, w rzeczywistości są zaszczutymi ofiarami. W okolicy pojawiają się dwie osoby, które ich sytuację będą starały się zmienić. Wspomniany wyżej szeryf Burnett, wysłany tam przez gubernatora, żywcem wyjęty z klasycznych westernów z Johnem Waynem, wyznający zasady godne szeryfa na Dzikim Zachodzie. Chce powstrzymać błędne koło przemocy Drugą postacią jest tytułowy człowiek, zwany Ciszą - tajemniczy mściciel, pod byle pretekstem wykańczający łowców nagród. Bez słowa, przydomek zobowiązuje, Cisza jest niemową. Genialny i odważny pomysł, biorąc pod uwagę, że to główny bohater. Dwie sceny retrospekcji rzucają światło na kierujące nim pobudki, choć zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdyby pozostały one tajemnicą. Gdyby widzowie mogli się ich tylko domyślać. Cisza jest też, to warto dodać, najszybszym rewolwerowcem ze wszystkich postaci. Czy jednak to wystarczy?

Ich przeciwnikiem będzie Loco, najskuteczniejszy z łowców nagród, po mistrzowsku odegrany przez jedynego w swoim rodzaju Klausa Kinsky'ego. Nie masz nad niego cwaniaka. Gdy zdaje sobie sprawę, że Cisza jest od niego szybszy, postanawia w jego obecności nie dobywać rewolweru, wiedząc, że jego przeciwnik, wierny kodeksowi Dzikiego Zachodu, nie sięgnie pierwszy po broń. Scena, gdy Cisza usiłuje go sprowokować jest komiczna, ale to tylko jeden z nielicznych momentów, gdy możemy się nerwowo uśmiechnąć. Przez resztę czasu odczuwamy narastającą frustrację, wynikającą z faktu, że szlachetność, typowa dla pozytywnych bohaterów westernu, w tym przypadku jest tylko kulą u nogi. To dzięki niej Loco zdaje się być cały czas o krok do przodu. Wraz ze zbliżającym się zakończeniem w miasteczku zapada zmrok, w którym rozpraszają się typowe dla westernu prawidła. Jak w świecie deprecjonującym zasady, poradzi sobie bohater, który je ucieleśnia. Powiem jedynie tyle, że zakończenie jest do tego stopnia drastyczne, że producenci wymogli na reżyserze nakręcenie alternatywnego zakończenia. Co ciekawe, zdaje się ono dodatkowo podkreślać apokaliptyczną wymowę oryginału - skończyła się pewna epoka. A może nigdy jej nie było?



ps taki mem stworzył mój kumpel, Zubek. Nasi wspólni znajomi twierdzą, że trafił w samo sedno...

wtorek, 16 maja 2017

Bal na Gnojnej - akordeon

Szymon Teżewski, wielki pisarz, przez niektórych nazywany "nowym Twardochem", ma dziś urodziny. W związku z tym życzę mu, żeby żył przynajmniej o rok dłużej niż ja, by nad moim grobem zagrać tę melodię:

czwartek, 4 maja 2017

rozkminka o dziarach 1

Zawsze podobały mi się tatuaże. To znaczy, podobały mi się bardzo, bardzo, bardzo, w czasach gdy stosunkowo rzadko się je widywało, a ich posiadacze byli, mówiąc oględnie, charakterystyczni. Ich dziary też były charakterystyczne. Wykonanie raczej prymitywne, w jednolitym sinym kolorze, proste, naiwne lub wulgarne motywy. Przy tym wszystkim było w tym coś zakazanego, nie oszukujmy się. Ten ich aspekt zresztą chyba najbardziej mi imponował. Poza tym posiadacz takiej ozdoby z pewnością z niejednego pieca chleb jadł i niejedno miał do opowiedzenia. Później tatuaże stawały się coraz bardziej popularne i społecznie akceptowane, może i dobrze, ale dla mnie to już nie było to. Za ładne to wszystko, kolorowanki a la Disney, tak na to mówiłem. A tamte, zachowane na skórze ludzi coraz starszych, dalej mnie fascynowały.

Pewnego razu odkryłem stronę, założoną przez człowieka, który moją fascynację podzielał, gdzie publikowano zdjęcia i historie takich właśnie ludzi. Autor strony zachęcał, by rozmawiać z wydziaranymi, starszymi ludźmi, by ich tatuaż stał się okazją do poznania ich osoby. Zacząłem wówczas wypatrywać potencjalnych rozmówców i okazało się wówczas, że jest ich wcale niemało. Długo jednak musiałem próbować przełamać swą nieśmiałość, zanim zdobyłem się na zagajenie któregoś z nich. A gdy się w końcu udało, to okazało się, że strona zawiesiła działalność (tak się domyślam, fanpage na facebooku zniknął, a na mejla nie otrzymałem do tej pory odpowiedzi). W związku z tym, żeby ta krótka opowieść nie skończyła w szufladzie i by kontynuować chwalebne dzieło autora strony DZIARY NASZYCH STARYCH, wrzucam to tutaj. Z pewnością pojawią się też kolejne. Może ktoś oprócz mnie odnajdzie w tym magię.

Pan Janek, lat 63. Spotkany przy ulicy Lipowej w Białymstoku. Za drobnym wynagrodzeniem rzeczowym pokazał kilka tatuaży. Ma ich więcej, na plecach i na nogach, ale pogoda nie zachęcała do nadmiernego obnażania. Jak mówi, tatuaże pochodzą "i z wolności i stamtąd". Pierwszy, jeśli dobrze zrozumiałem chodziło o LOVE na knykciach, pochodzi jeszcze z czasów, gdy pan Janek był w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Jego wujek, świętej w pamięci, wyszedł wtedy z więzienia, cały w tatuażach, miał między innymi wytatuowaną czarną podkoszulkę i czarne skarpety. Małemu Jankowi bardzo się to spodobało i prosił wujka, by coś podobnego mu załatwił. Gdy pewnego razu wujek sobie popił, wziął Janka na barana i zaniósł gdzie trzeba. I tak to się zaczęło. Umówiliśmy się, że gdy pogoda będzie bardziej odpowiednia, pan Janek pokaże pozostałe dziary. O jednej z nich opowiedział: w wojsku codziennie sprawdzano czystość nóg, więc na palcach nożnych wytatuował "chuju czyste". Od tej pory jego nóg nie sprawdzano, ale musiał zrobić sto pompek.