sobota, 7 października 2017

rozkminka o przyjaźni


PLAYBOY VS PRZYJAŹŃ

Jakiś czas temu zmarł Hugh Hefner, ale choć to jego śmierć sprowokowała niejako ten wpis, to nie będzie on dotyczył bezpośrednio jego osoby, tak jak w przypadku Nowakowskiego, czy Konwickiego. Przypomniał mi on po prostu o pewnym serialu, a raczej jego konkretnym odcinku, do napisania o którym od dawna się przymierzałem, chcąc się podzielić moimi wątpliwościami z nim związanymi. Sam Hefner był mi osobą praktycznie obojętną, jego dokonania średnio mnie obeszły. Playboya nigdy chyba nawet nie miałem w rękach, kojarzy mi się z nim tylko jedna sytuacja, gdy przyszedłem do znajomych w odwiedziny i znajoma to czasopismo czytała, co wydało mi się niesamowicie seksowne. Ale sam Hefner, zasuszony staruszek, otoczony wianuszkiem półnagich piękności w wieku jego prawnuczek, nie budził zbyt pozytywnych uczuć.

Jego cameo zepsuło też według mnie jeden z odcinków genialnego serialu Entourage. Serialu, który po pierwszych odcinkach może wydawać się niczym więcej jak hymnem na cześć hedonistycznego stylu życia - główny bohater, Vince, zostaje odkryty przez Hollywood, okrzyczany "nowym Johnnym Deppem" i wraz z przyjaciółmi zaczyna pławić się w luksusach, które wiążą się z jego obecnym statusem. Rezydencje z basenami, sportowe samochody, wszelkiej maści używki i zabawy z pięknymi aktorkami i modelkami. Wystarczy jednak pozostać z serialem trochę dłużej, by zorientować się, że tak naprawdę wszystko to jest tylko nieistotną otoczką, a jego głównym tematem i motywem przewodnim jest w rzeczywistości potęga męskiej przyjaźni. Nieważne na jaką próbę wystawiona, będzie trwać pomimo wszystko. Chyba, że na scenie pojawi się Hefner.

Odcinek z nim jest bowiem w tej materii bolesnym zgrzytem, którego po prostu nie rozumiem. Drugi sezon, trzeci odcinek: Vince zostaje zaproszony do posiadłości podstarzałego plejboja. Jego świta również, rzecz jasna. Z jednym wyjątkiem: Johnny Drama, brat przyrodni Vince'a, który w Hollywood przebywa dobre dziesięć lat dłużej niż reszta i od tego czasu bezskutecznie próbuje zrobić tam karierę, ma dożywotni zakaz wstępu do posiadłości Hefnera, ze względu na ekscesy, których dopuścił się tam w przeszłości. Już w tym momencie moja empatia zostaje wystawiona na próbę, bo zamiast machnąć ręką i nie pchać się tam, gdzie go nie chcą (ja bym tak zrobił), Drama za wszelką cenę usiłuje przedostać się do posiadłości. Kumple próbują przemycić go w bagażniku, ale zostaje on odkryty przez ochronę i przegnany na cztery wiatry.

W tym momencie następuję wspomniany zgrzyt. Tego, że Drama wraca samotnie wzdłuż drogi na jakimś odludziu, a jego kumple, jak gdyby nigdy nic idą się bawić, nie jestem w stanie zrozumieć, ani zaakceptować. Nie wyobrażam sobie, żebym ja opuścił kumpla w takiej sytuacji, nie wyobrażam sobie, żeby kumple zachowali się w ten sposób w stosunku do mnie. Przypomina mi się impreza, na którą mój przyjaciel, Dawid, miał zakaz wstępu. Dla kurażu trzasnęliśmy pół litra na bulwarach, a potem udaliśmy się na miejsce imprezy, gdzie zdecydowany byłem wynegocjować uchylenie zakazu. Gdy okazało się, że nie ma takiej możliwości, bezczelnie zażądałem kieliszków i kolejną butelką rozpiliśmy na klatce schodowej, praktycznie pod drzwiami.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że inaczej by było w przypadku, gdyby to była impreza u Hefnera, to jednak zupełnie inny poziom niż domówka w zapyziałym bloku. Ale, cholera jasna, bohaterowie serialu z tego typu imprezami mają do czynienia na co dzień. Naprawdę nie widzę różnicy między pięknymi kobietami z posiadłości Hefnera, a tymi, które odwiedzają rezydencję Vince'a. Jak się jednak okazuje, cała ta otoczka, którą wokół siebie wytworzył Hefner, okazuje się silniejsza. Zamiast pokazać staremu dziadowi środkowy palec, wynieść z imprezy skrzynkę wódki, rozpić ją pod bramą, a potem rozpętać jakąś zadymę, wszyscy pozostają pod wpływem czaru czarnoksiężnika-plejboja. Kłaniają mu się w pas, a jego życzenie jest dla nich niemożliwym do zakwestionowania rozkazem. I przez to nie jestem w stanie tego odcinka oglądać.

Zastanawiam się tylko, czy pośród fanów Entourage jest ktoś, kto podziela moje przemyślenia odnośnie tej kwestii. A może jestem jakimś dziwakiem, szukającym dziury w całym, a opisywana sytuacja jest dla wszystkich najzupełniej oczywista i normalna. Trudno mi jednak w to uwierzyć.

środa, 5 lipca 2017

W bramie #03 - Swiernalis

To jest tak, że najpierw jesteś małolatem i jeździsz na deskorolce z innymi małolatami, a po latach się okazuje, że jeden z tych małolatów robi muzyczną karierę do tego stopnia, że może nawet odrzucić propozycję występu w Opolu. Fajnie, że znajduje też czas, by wstąpić do bramy i porozmawiać z kolegą z dawnych czasów.

Przy okazji odsłuch płyty

wtorek, 27 czerwca 2017

Mati opowiada #3 - U Wiesia

Udało się odnaleźć w archiwach filmik sprzed mniej więcej roku. Oznacza to, że nie mam już nic więcej na składzie. Tymczasem... Bo jakieś tam pomysły chodzą mi po głowie, na pohybel niejakiemu XYZ, któremu tak czy siak dziękuję za komentarz.

czwartek, 15 czerwca 2017

rozkminka o procentach


KOBIETY, KSIĄŻKI, JOINTY, HIP-HOP
Mada - 47%
Od premiery solowego debiutu Mady minęło już parę miesięcy i ku mojemu rozczarowaniu, nie odbiła się ona szerokim echem. Wielka szkoda, bo płyta ta zdecydowanie zasługuje na uwagę. Choć z drugiej strony doskonale pasuje do jej podziemnego charakteru, dystansującego się co sił od głównego nurtu, odbiór w wąskiej grupie wtajemniczonych słuchaczy. Jednak od takiego postrzegania sprawy niebezpiecznie blisko jest do snobowania się, Mada wywodzi się ze składu Zetenwupe, który współtworzy z Kaietanovichem aka Hade. Na szerokie wody wypłynęli, gdy odkrył ich Ten Typ Mes i wciągnął do swej wytwórni, promując na różne sposoby, czego przykładem może być kawałek "Wy", gdzie wspomniani wyżej raperzy, wraz z pozostałymi odkryciami Mesa, Kubą Knapem i LJ Karwelem, przedstawiali się szerszemu audytorium. Muszę się przyznać, że wówczas nie wpadli mi w ucho i trochę zlekceważyłem wszystkich czterech raperów. Doceniłem ich dopiero po latach, gdy uważniej wsłuchałem się w ich dokonania. Chwilę później wyszła debiutancka grupa Zetenwupe, którą przesłuchałem z przyjemnością, a jeden z kawałków, Egoiści egoistom, katowałem bardzo długo. Ale nawet nie rozróżniałem, który z raperów jest który. Wyszła druga płyta i znowu to samo: fajna, ale jakoś to wszystko pobieżnie traktowałem.

Wszystko się zmieniło, gdy przez zupełny przypadek trafiłem na pierwszy singiel zapowiadający płytę Mady. "Tłum" na świetnym bicie Szoguna, z gościnnym udziałem jednego z oryginalniejszych raperów, którzy są młodsi ode mnie (taka moja prywatna kategoria), Zioła Zioła, zdecydowanie przykuwał uwagę. Osaczona przez tłum jednostka (od ilu osób się on w ogóle zaczyna, filozofuje raper), dystansuje się od niego, ale nie czuć w tym mizantropii, raczej potrzebę przynajmniej chwilowego wycofania się z pędzącej rzeczywistości, na którą składa się anonimowa masa, z którą nie sposób się skomunikować. "Najlepiej się czuję na podwórkach" - podsumowuje raper, co dobrze oddaje peryferyjność i swojskość jego twórczości. Nie odczuwa on zewu centrum (podobnie jak Andrzej Stasiuk, w skicie poprzedzającym jeden z kolejnych utworów, wspominający swą młodość na Grochowie, dzielnicy, z której pochodzi również Mada), który przyciąga rzesze ludzi z jego otoczenia, pędzących tam ze wszystkich stron. Podkreślić jednak należy, że Mada nie dąży tam dlatego, że się przed tym trendem buntuje. Po prostu tego nie potrzebuje, nie jest do tego stworzony, nie taka jest jego konstrukcja. Nie zrobiłby tego, choćby chciał. Ale nigdy nie zechce.



Kolejny singiel, "Ex", jest ubranym w ciekawą metaforę manifestem determinacji twórcy. Opowiada on tam o trzech byłych dziewczynach, z których jedna ma za sobą odsiadkę, druga od pięciu lat nie żyje, a trzecia przebywa na emigracji. I choć utwór jest skrajnie osobisty, zwłaszcza zwrotka poświęcona zmarłej dziewczynie kosztowała rapera z pewnością wiele emocji, to najważniejsze w nim jest podkreślenie faktu, że pomimo wszelkich życiowych zmian raper "wciąż robi swoje", czego efektów możemy słuchać na kolejnych płytach. Przy okazji ujawnia on swoje podszyte dezynwolturą poczucie humoru, przy okazji opowieści o trzeciej dziewczynie, tej, która obecnie "siedzi na saksach". Gdy wyszedł singiel, wspomniana była ona tylko w refrenie, osobiście napisałem komentarz, że wielka szkoda, że nie została poświęcona jej trzecia zwrotka. Okazuje się jednak, że w albumowej wersji utworu trzecia zwrotka jest, z tym że mocno nietypowa. Wraz z poczuciem humoru dostrzegamy bowiem dżentelmeńskę dyskrecję.



Później wyszła płyta, a Mada, wrzucając do sieci kolejne utwory, do każdego dołączał filmik, w którym w kilku słowach opowiadał o genezie danego kawałka. Znów mogliśmy doświadczyć wspomnianej dezynwoltury, choćby w przypadku Intro, które miało być opatrzone zwrotką, ale raper ostatecznie nie napisał tekstu, czy "Outro", które pojawiło się na trackliście, ale w ferworze walki fakt ten został zapomniany i "Outro" nigdy nie powstało. Co paradoksalnie dodało płycie smaczek, ale o tym później. Nie chcę w ten sposób sugerować, że Mada ma lekceważący stosunek do słuchacza. Wręcz przeciwnie, jest mu zdecydowanie bliższy od większości wykonawców, właśnie dlatego, że traktuje go jak kolegę, który wybaczy przecież delikatne potknięcia, a nie klienta, który jest panem i trzeba przed nim czapkować.

Prawdziwym wydarzeniem jest moim zdaniem wykorzystanie w jednym z utworów ghostwritera. Tekst do utworu "Czekam", nawiązujący do kultowego "Do Ani", napisał niejaki Jakub Ancymon, z tego co się orientuję, dobry kolega Mady. Wspomniana już kilkukrotnie dezynwoltura rapera pozwoliła mu się wznieść ponad skostniałe zasady polskiego rapu, w imię których rapować można jedynie swój tekst. Na płycie mamy więc do czynienia z sytuacją bez precedensu (chodzi mi o sam fakt przyznania się do tego, wszak wiadomo, że Eldo pomagał pisać teksty Juzkowi i "nawet nie wiemy, kiedy słuchamy zwrotek Piha ghostwritingu). W jej wyniku powstał najbardziej tajemniczy i wręcz metafizyczny utwór na płycie, wzbogacony o punkowy zaśpiew w wykonaniu Mroka i gitarę Eryka Najduchowskiego.

Zastanawiam się, czym jest tytułowe 47%. Liczba ta pojawiała się chyba w twórczości Zetenwupe już wcześniej, ale nie jestem w stanie powiedzieć w jakim kontekście. Dlatego podam w tym momencie moją prywatną interpretację, która jest albo stwierdzeniem czegoś oczywistego, albo strzałem Panu Bogu w okno. Kluczowy dla niej jest utwór "Więcej niż 100" z gościnnym udziałem Ryfy Ri (to również nietypowe, na płycie obecne są aż dwie raperki i obie wypadają nadspodziewanie dobrze, co w przypadku polskiego rapu nie zawsze jest oczywiste). Raper deklaruje, że chce dać z siebie więcej niż sto procen, jednocześnie przyznając, że w tej chwili niekoniecznie mu to wychodzi. Być może jest więc na etapie dawania z siebie właśnie czterdziestu siedmiu procent, oczywiście jeśli chodzi o radzenie sobie z życiem i tworzenie dla siebie perspektyw na przyszłość. W przypadku twórczości jest to zdecydowanie więcej.

Na płycie usłyszymy cały wachlarz tematów od krytyki zmanipulowanego społeczeństwa, zastraszonego przez media, do oprowadzania słuchacza po Grochowie, gdzie na każdym kroku natykamy się jeśli nie na sklep monopolowy, to na aptekę. Nie zabraknie oczywiście opowieści o relacjach z kobietami i wszelkiego rodzaju rozliczeń, głównie z samym sobą. Warto też dodać, że żaden z obecnych na płycie gości nie zawiódł, na pierwszy plan wysuwa się jednak kolega z zespołu, Kaietanovich, który w kończącym płytę "CDNN" obnaża się, spowiadając się z przyprawienia rogów znajomemu i jest to w moim przekonaniu jedna z odważniejszych zwrotek w polskim hip-hopie, którego przedstawiciele z reguły chcą siebie postrzegać jako przykłady przestrzegania wszelkich kodeksów, z koleżeńskimi włącznie. Ktoś jednak jest w stanie przyznać, że w życiu po prostu różnie bywa. Ciąg dalszy nie nastąpi, nic więc dziwnego, że nie usłyszymy już nawet zapisanego w trackliście "Outra".

Chciałbym móc powiedzieć, że płyta pozbawiona jest wad, niestety nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem. Choć wszystkie utwory, że tak powiem "właściwe", są świetne i nie ma się do czego przyczepić, to skity, które zapewne miały być czymś w rodzaju przymrużenia oka, kontrującym raczej poważną ogólną wymowę płyty, zwyczajnie przeszkadzają i zaburzają jej spójność. Jestem pewien, że osoby zaangażowane w ich powstanie doskonale się bawiły przy ich tworzeniu, jednak przy odsłuchy płyty da się je przesłuchać tylko za pierwszym razem. Może ktoś o większym poczuciu humoru niż ja się wtedy uśmiechnie, ale zapewniam, że z każdą kolejną rundą będą one coraz bardziej irytujące i domagające się przełączenia. Dlatego na własny użytek stworzyłem playlistę, w której skitów nie ma i dzięki temu, w mojej opinii mamy wówczas z płytą genialną, 10/10 i w ogóle. Zachęcam do sprawdzenia. A jeśli dostępne są jeszcze fizyczne egzemplarze, także do kupienia, gdyż płyta, choć wydana w prostym digipacku i bez większych bajerów, właśnie dzięki swej minimalistycznej oprawie prezentuje się niebywale estetycznie.

środa, 14 czerwca 2017

rozkminka o mareczku

Czterdzieści osiem lat temu zmarł Marek Hłasko... Ja też się nie najlepiej czuję ;)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

rozkminka o vlogu

Kiedyś miałem pomysł na vloga, ale go porzuciłem, mimo że parę razy pogadałem coś do kamery. Ostatnio wróciłem do tych filmików i stwierdziłem, że po co mają się kurzyć w szufladzie, wrzucę je, co mi szkodzi... Jeden jest sprzed roku, jeden sprzed dwóch lat. Gdzieś tam jest jeszcze jeden filmik, w przeciwieństwie do poniższych nagrywany w lato (chyba dwa lata temu), ale trzeba go znaleźć. Jak znam siebie, to nie będę mógł się powstrzymać i nagram jeszcze jakieś głupoty w przyszłości. Tak w ogóle nie jestem specjalistą od vlogów, ale wydaje mi się, że nagrywane są raczej w pomieszczeniach, więc mój się wyróżnia. Jedyne założenie, jakie przed sobą stawiam, to że zostanie on uliczno-plenerowy.


piątek, 26 maja 2017

W bramie #02 - "Morze po kolana"

No i udało się. Jest druga brama. Daje to nadzieję na trzecią. Tym razem jesteśmy z Szymonem równorzędnymi rozmówcami i gadamy o komiksie "Morze po kolana", do sięgnięcia po który zachęciła mnie w pierwszej kolejności niebieska zjeżdżalnia z okładki.

czwartek, 18 maja 2017

rozkminka o ciszy



TO NIE JEST KRAJ DLA LUDZI
Człowiek, zwany Ciszą

"Dziki zachód to już historia. Musimy zacząć nową erę" - tak gubernator stanu Utah poucza szeryfa Burnetta, byłego żołnierza, który ma wziąć pod swą opiekę rejony miasteczka Snowhill. Po chwili polityk zamyśla się nad swą wypowiedzią i instruuje asystenta: "można to wykorzystać w moim przemówieniu". Słowa szeryfa są znamienne dla przekazu, jaki zdaje się nieść ze sobą "Człowiek zwany Ciszą". Skończyły się czasy złotej wolności pionierów, teraz nastanie cywilizacja. A moment przejścia z jednego stanu do drugiego siłą rzeczy musi ponieść za sobą pewne ofiary. Podobnie było w klasycznym anty-westernie Sama Pekinpaha Pat Garrett i Billy Kid, gdzie tytułowi bohaterowie, dawniej przyjaciele, stają po dwóch stronach barykady, reprezentując skrajnie różne postawy wobec przemian, które spotkały ich świat.

Spaghetti westen Sergio Corbucciego, klasycznego twórcy tego gatunku (Django) opowiada podobną historię, z tym że podaje ją o wiele bardziej pesymistycznym i dobitnym tonie. Film Pekinpaha był czymś w rodzaju filmowej ballady, nie tylko dzięki genialnemu soundtrackowi autorstwa Boba Dylana. Sam sposób prowadzenia narracji był nieco liryczny, przesycony sentymentem za czasami bardziej przyjaznymi dla niepokornych indywidualistów (i wbrew temu co widzimy na ekranie, niekoniecznie chodziło o Dziki Zachód, raczej o hippisowską Amerykę lat sześćdziesiątych). I choć przekaz nie napawał optymizmem tych, którym marzyłaby się wieczna kontestacja jako sposób na życie, to film wywoływał raczej zadumę, odwołując się do tego rodzaju sentymentów. Corbucci pozostawia nas zaś z uczuciem skrajnej beznadziei. W swoim filmie dekonstruuje bowiem mit Dzikiego Zachodu w sposób tak skrajny, że można chyba metaforycznie powiedzieć, że zabija western.

Od schematów typowych dla filmów tego gatunku odchodzi już na poziomie scenerii. Wszechogarniająca biel, pokrytych głębokim śniegiem rejonów stanu Utah zdecydowanie kontrastuje ze spalonym słońcem Teksasem, czy soczystą zielenią prerii Kansas. Od niedawna western w zimowym klimacie szerokiej publiczności kojarzyć się może raczej z Nienawistną ósemką Quentina Tarantino. Jednak słynący z żonglowania filmowymi cytatami reżyser, bez wątpienia zapożyczył ten motyw właśnie z Człowieka zwanego Ciszą. Do tego stopnia, że powtórzył nawet niektóre ujęcia. W jego przypadku była to jednak tylko postmodernistyczna zabawa, a film, którym się inspirował, jest w moim odczuciu czymś znacznie głębszym, choć osadzonym typowej dla spaghetii westernu nieco pastiszowej, epatującej skrajną brutalnością, konwencji.

Kilka słów o fabule. Jest sobie miasto, a w nim obywatele. W okolicznych górach zaś ukrywają się bandyci. Cóż to jednak za bandyci? Zgraja wygłodniałych obdartusów. Znamienny jest fakt, że w angielskiej ścieżce dźwiękowej nie określa się ich słowem "bandits" ("-Who are they? - Bandits. Bandits and smugglers" - przypomina się dialog z Za garść dolarów), lecz "outlaws" - wyjęci spod prawa. A kto reprezentuje prawo, przynajmniej w punkcie wyjścia całej historii? Miejscowy bogacz, właściciel sklepu, który majątek zdobywa wywłaszczając okolicznych farmerów z ich ziem i zagarniając je dla siebie za bezcen. Ze scen retrospekcji wiemy, że nie waha się robić tego z bronią w ręku. Ten człowiek dzierży w swym ręku także urząd miejscowego sędziego (przy swoim bogactwie zapewne nie trudno było mu go sobie zapewnić). Wyznacza więc teraz cenę za głowy kryjących się w górach, własnoręcznie wyrzuconych poza nawias społeczeństwa banitów, których celem nie są nawet pieniądze, a choćby odrobina jedzenia. Pozostają jednak celem łowców nagród, którzy w majestacie prawa polują na nich jak na króliki.

Okazuje się więc, że to ci, których określa się bandytami, w rzeczywistości są zaszczutymi ofiarami. W okolicy pojawiają się dwie osoby, które ich sytuację będą starały się zmienić. Wspomniany wyżej szeryf Burnett, wysłany tam przez gubernatora, żywcem wyjęty z klasycznych westernów z Johnem Waynem, wyznający zasady godne szeryfa na Dzikim Zachodzie. Chce powstrzymać błędne koło przemocy Drugą postacią jest tytułowy człowiek, zwany Ciszą - tajemniczy mściciel, pod byle pretekstem wykańczający łowców nagród. Bez słowa, przydomek zobowiązuje, Cisza jest niemową. Genialny i odważny pomysł, biorąc pod uwagę, że to główny bohater. Dwie sceny retrospekcji rzucają światło na kierujące nim pobudki, choć zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdyby pozostały one tajemnicą. Gdyby widzowie mogli się ich tylko domyślać. Cisza jest też, to warto dodać, najszybszym rewolwerowcem ze wszystkich postaci. Czy jednak to wystarczy?

Ich przeciwnikiem będzie Loco, najskuteczniejszy z łowców nagród, po mistrzowsku odegrany przez jedynego w swoim rodzaju Klausa Kinsky'ego. Nie masz nad niego cwaniaka. Gdy zdaje sobie sprawę, że Cisza jest od niego szybszy, postanawia w jego obecności nie dobywać rewolweru, wiedząc, że jego przeciwnik, wierny kodeksowi Dzikiego Zachodu, nie sięgnie pierwszy po broń. Scena, gdy Cisza usiłuje go sprowokować jest komiczna, ale to tylko jeden z nielicznych momentów, gdy możemy się nerwowo uśmiechnąć. Przez resztę czasu odczuwamy narastającą frustrację, wynikającą z faktu, że szlachetność, typowa dla pozytywnych bohaterów westernu, w tym przypadku jest tylko kulą u nogi. To dzięki niej Loco zdaje się być cały czas o krok do przodu. Wraz ze zbliżającym się zakończeniem w miasteczku zapada zmrok, w którym rozpraszają się typowe dla westernu prawidła. Jak w świecie deprecjonującym zasady, poradzi sobie bohater, który je ucieleśnia. Powiem jedynie tyle, że zakończenie jest do tego stopnia drastyczne, że producenci wymogli na reżyserze nakręcenie alternatywnego zakończenia. Co ciekawe, zdaje się ono dodatkowo podkreślać apokaliptyczną wymowę oryginału - skończyła się pewna epoka. A może nigdy jej nie było?



ps taki mem stworzył mój kumpel, Zubek. Nasi wspólni znajomi twierdzą, że trafił w samo sedno...

wtorek, 16 maja 2017

Bal na Gnojnej - akordeon

Szymon Teżewski, wielki pisarz, przez niektórych nazywany "nowym Twardochem", ma dziś urodziny. W związku z tym życzę mu, żeby żył przynajmniej o rok dłużej niż ja, by nad moim grobem zagrać tę melodię:

czwartek, 4 maja 2017

rozkminka o dziarach 1

Zawsze podobały mi się tatuaże. To znaczy, podobały mi się bardzo, bardzo, bardzo, w czasach gdy stosunkowo rzadko się je widywało, a ich posiadacze byli, mówiąc oględnie, charakterystyczni. Ich dziary też były charakterystyczne. Wykonanie raczej prymitywne, w jednolitym sinym kolorze, proste, naiwne lub wulgarne motywy. Przy tym wszystkim było w tym coś zakazanego, nie oszukujmy się. Ten ich aspekt zresztą chyba najbardziej mi imponował. Poza tym posiadacz takiej ozdoby z pewnością z niejednego pieca chleb jadł i niejedno miał do opowiedzenia. Później tatuaże stawały się coraz bardziej popularne i społecznie akceptowane, może i dobrze, ale dla mnie to już nie było to. Za ładne to wszystko, kolorowanki a la Disney, tak na to mówiłem. A tamte, zachowane na skórze ludzi coraz starszych, dalej mnie fascynowały.

Pewnego razu odkryłem stronę, założoną przez człowieka, który moją fascynację podzielał, gdzie publikowano zdjęcia i historie takich właśnie ludzi. Autor strony zachęcał, by rozmawiać z wydziaranymi, starszymi ludźmi, by ich tatuaż stał się okazją do poznania ich osoby. Zacząłem wówczas wypatrywać potencjalnych rozmówców i okazało się wówczas, że jest ich wcale niemało. Długo jednak musiałem próbować przełamać swą nieśmiałość, zanim zdobyłem się na zagajenie któregoś z nich. A gdy się w końcu udało, to okazało się, że strona zawiesiła działalność (tak się domyślam, fanpage na facebooku zniknął, a na mejla nie otrzymałem do tej pory odpowiedzi). W związku z tym, żeby ta krótka opowieść nie skończyła w szufladzie i by kontynuować chwalebne dzieło autora strony DZIARY NASZYCH STARYCH, wrzucam to tutaj. Z pewnością pojawią się też kolejne. Może ktoś oprócz mnie odnajdzie w tym magię.

Pan Janek, lat 63. Spotkany przy ulicy Lipowej w Białymstoku. Za drobnym wynagrodzeniem rzeczowym pokazał kilka tatuaży. Ma ich więcej, na plecach i na nogach, ale pogoda nie zachęcała do nadmiernego obnażania. Jak mówi, tatuaże pochodzą "i z wolności i stamtąd". Pierwszy, jeśli dobrze zrozumiałem chodziło o LOVE na knykciach, pochodzi jeszcze z czasów, gdy pan Janek był w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Jego wujek, świętej w pamięci, wyszedł wtedy z więzienia, cały w tatuażach, miał między innymi wytatuowaną czarną podkoszulkę i czarne skarpety. Małemu Jankowi bardzo się to spodobało i prosił wujka, by coś podobnego mu załatwił. Gdy pewnego razu wujek sobie popił, wziął Janka na barana i zaniósł gdzie trzeba. I tak to się zaczęło. Umówiliśmy się, że gdy pogoda będzie bardziej odpowiednia, pan Janek pokaże pozostałe dziary. O jednej z nich opowiedział: w wojsku codziennie sprawdzano czystość nóg, więc na palcach nożnych wytatuował "chuju czyste". Od tej pory jego nóg nie sprawdzano, ale musiał zrobić sto pompek.

sobota, 22 kwietnia 2017

rozkminka o poecie

Cześć i czołem! Jeśli ktoś tu jeszcze zagląda, to ma okazję poznać moje liryczne oblicze. Pięć moich wierszy zostało opublikowanych TUTAJ, zapraszam. Niebawem będzie tam kolejny zestaw, to lajkujcie Szufladę, nie przegapicie. Na zachętę moje zdjęcie z czasów, gdy byłem młody i piękny. Wybrałem je, by reprezentowało tę właśnie dziedzinę mojej tzw. twórczości.

ps pojawił się kolejny zestaw, więc zapraszam TUTAJ

niedziela, 9 kwietnia 2017

MIND-FUCK #1 - Czy wola jest wolna?

Mój kolega filozofuje. Zapraszam do połamania głowy przez trzy minuty i oczekiwania na kolejne odcinki.

czwartek, 23 marca 2017

rozkminka o urodzinach

Ostatnie dwudzieste urodziny, potem leci trzeci krzyżyk :/

wtorek, 21 marca 2017

rozkminka o dekadzie

Mojemu ulubionemu zdjęciu stuknęło dziś dziesięć lat. No, stuknie za parę godzin, nie pamiętam, o której dokładnie. Kiedyś już je wrzucałem na tym blogu, ale było to dwa lata po pstryknięciu fotki. Już wtedy wydawało mi się, że to dawne czasy, a co mam powiedzieć teraz? Gdy zdarza mi się pokazać komuś niewtajemniczonemu to zdjęcie, ostatnio opatruję je komentarzem "piękni dwudziestoletni" i coś w tym jest. Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć i współodczuwać emocje, jakie towarzyszyły Hłasce, gdy nadawał swojej książce tenże tytuł. Nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać, nie popadając w nadmierny sentymentalizm i nostalgię... Może to, że mam ciche marzenie, by zrobić "remake" tej fotki i w tej samej ekipie usiąść na tej samej ławce. Ale niestety nie będzie to łatwe zadanie. Co prawda wszyscy żyją, lepiej lub gorzej, ale jeśli doliczyć do widocznej piątki fotografa, to połowa jest za granicą naszego kraju. A w tym konkretnym momencie gdy to piszę, w Augustowie nie ma żadnego z nas. Ale mam nadzieję, że to marzenie nie jest wygórowane na tyle, by nie mogło się spełnić.

poniedziałek, 20 marca 2017

W bramie #01 - "Eteromanka"

Kumpel napisał książkę i z tej okazji powstał taki ni to wywiad, ni to rozmowa. Niby mamy mamy patent, żeby to był taki program, w którym będziemy gadali o różnych ciekawych rzeczach, ewentualnie zapraszali jakichś gości, a debiut jednego z nas jest dobrym punktem wyjścia do debiutu takiej inicjatywy. W przypadku tego odcinka wszystko odbyło się dość spontanicznie, bez przygotowania, trochę na wariata, trochę niedomagaliśmy sprzętowo, a co gorsze po raz pierwszy występowałem w roli niby prowadzącego, więc miejscami jest nieco kulawo. Ale jak to powiedziała moja babcia, gdy po dragach wylądowałem w szpitalu: "zawsze to jakieś doświadczenie". Mam nadzieję, że na tym nie poprzestaniemy i jeszcze przynajmniej kilka rozmów uda się przeprowadzić. Tymczasem polecam wszystkim książkę mojego ziomala i jego facebookowy fanpage No i oczywiście sam filmik, zapraszam do bramy:

poniedziałek, 13 lutego 2017

rozkminka o gestapo


Jest taki cykl fantasy, obecnie już chyba nieco zapomniany, a mianowicie Czarna Kompania. Jego autor, Glen Cook, zrewolucjonizował nurt fantasy, wprowadzając doń zwykłych ludzi. Do tej pory bohaterami typowymi dla tego nurtu byli ci, którzy coś znaczyli. Królowie, czarodzieje i wybrańcy, którzy, nawet jeśli do tej pory niczym się nie wyróżniali, okazywali się osobami predestynowanymi do ocalenia świata. Tutaj, chociaż królowie, czarodzieje i wybrańcy byli gdzieś w tle, uwaga czytelnika skupiała się na grupie najemników - prostych, silnych facetów, najczęściej uciekających przed swą niezbyt chwalebną przeszłością. A Czarna Kompania nakazywała wręcz pozostawienie przeszłości za sobą i dawała delikwentowi schronienie i azyl, przy zastrzeżeniu, że oddział można opuścić tylko nogami do przodu. Co za tym idzie rekruci składali się z desperatów, ludzi bynajmniej nie kryształowych.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o powieściach Svena Hassela, z miejsca skojarzyły mi się z opisywanym wyżej cyklem. Różnica polegała na tym, że ich akcja nie była umiejscowiona w fikcyjnym świecie, a w jak najbardziej konkretnym czasie i miejscu. Europa, II Wojna Światowa, mówiąc najogólniej. Akcja ich zaś rzekomo miała być inspirowana doświadczeniami samego autora, choć jak wieść niesie, tyle miało to wspólnego z jego prawdziwymi przeżyciami, co powieści Karola Maya o Dzikim Zachodzie. Ale nic to. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności lektury o jednostce karnej Wehrmachtu (wcześniej zapoznałem się z ich "kolegami po fachu" z drugiej strony frontu, polecam Karny batalion). Wiedziałem, że spodziewać się mogę literatury brutalnej i rzeczywiście tak było. Choć mógłbym powiedzieć, że to kolejna opisywana przeze mnie powieść łotrzykowska, określenie to brzmi zdecydowanie nie dość dosadnie. Powieść skurwysyńska wydaje się odpowiedniejsze.

Przypomniało mi się, jak zacząłem oglądać genialny serial Black Sails. Początkowo, choć zachwycony nawiązaniami do uwielbianej przeze mnie Wyspy skarbów, narzekałem na to, że bohaterowie, z pozoru krwiożerczy i bezlitośni piraci, zwyczajnie dają się lubić. I chociaż począwszy od drugiego sezonu nie byłem w stanie powiedzieć o tym serialu nic negatywnego, to zapamiętałem ten mój pierwszy zarzut i pragnienie, by w końcu obejrzeć coś, gdzie twórcy nie będą przymilali się widzowi, tworząc postacie, z którymi będzie się utożsamiał. Gdzie bohaterowie bez wyjątku będą wzbudzać w najlepszym wypadku niechęć. Byłby to zabieg z pewnością ryzykowny, ale za to jakże ożywczy. Niebawem zabiorę się za oglądanie już czwartego sezonu Black Sails, a moje marzenie zdążyło się ziścić właśnie za sprawą Gestapo. Jej strony można przemierzać na wzór Diogenesa z latarnią w ręku, ale nie znajdzie się tam człowieka, jedynie hobbesowskie wilki. Opowieść skupia się na kilku członkach karnej jednostki, weteranów, którzy z niejednego pieca chleb jedli i choć brzmi to niewiarygonie, w warunkach, w jakich się znaleźli, spełniają się najlepiej.
Jedni wolą nóż, jak Pustynny Włóczęga. Inni karabin z lunetką jak Porta. A Julius, na przykład, miotacz ognia. Sven ze swej strony najlepiej daje sobie radę z granatami, a ty, Stary, jesteś mistrzem pistoletu maszynowego. (...) Ja osobiście wolę ponad wszystko pętlę. (...) Sami powinniście raz tego spróbować. To takie zabawne, gdy oni zmieniają kolor twarzy. A potem oczy...
O gustach się nie dyskutuje, chciałoby się żartobliwie powiedzieć, choć słowa te mogą uwięznąć nam w gardle, trudno bowiem przejść do porządku dziennego nad tak cynicznym i rutynowym wręcz okrucieństwem i bestialstwem. Musimy jednak mieć świadomość, że przez te niespełna pięćset stron nie będziemy mieli do czynienia z niczym innym. Nie ma tu choćby promyka nadziei, nawet nie dziesięciu, ale jednego człowieka sprawiedliwego. Skoro wojna nawet w najporządniejszych jednostkach rozbudza jak najgorsze instynkty, łatwo, choć niekoniecznie przyjemnie, jest sobie wyobrazić jak w jej warunkach odnajdują się ludzie nawet w czasach pokoju stojące na bakier z jakąkolwiek moralnością, a z takimi właśnie mamy tu do czynienia. Radzą sobie oni całkiem nieźle, po każdej potyczce w specjalnych książeczkach zapisują ilość zabitych przez siebie przeciwników, dowódca potwierdza to swym podpisem, a osiągnięcie odpowiedniej liczby jest najkrótszą drogą do honorowego odznaczenia. Kojarzy się to nieodparcie z punktami doświadczenia z gier rpg, a także ze sceną z Sensu życia według Monty Pythona, gdzie żołnierz po zakończonej bitwie stoi po kolana w zwłokach i chłodno konstatuje:
Lepiej niż w domu. W domu aresztują cię za zabójstwo, tutaj dają ci karabin i pokazują, jak go używać. Zabiłem piętnastu tych łotrów. W domu by mnie powiesili, a tu dadzą mi, kurwa, medal!

Narratorem jest niejaki Sven, choć, co ciekawe, nie daje nam tego odczuć i w trakcie lektury raczej się o tym nie pamięta, a narracja może sprawiać wrażenie trzecioosobowej, aż raz na jakiś czas nie padnie imię narratora lub nie użyje on zaimka "my". Bo "ja" nie uświadczymy. Można wręcz odnieść wrażenie, że Sven ukrywa się za wyczynami swoich kumpli, które opisuje. O tym, co sam robi i co przeżywa, jakie są jego przemyślenia, nie raczy wspomnieć. Czyżby w rzeczywistości nie był jedynie bezczynnym świadkiem, dystansującym się od okrucieństw, które go otaczają? Być może tak naprawdę to on wiedzie prym, a jego niezaangażowana opowieść to coś w rodzaju zeznania, mającego wybielić się poprzez oczernianie innych? W tym kontekście zastanowić się można, jak interpretować jego opis wydarzeń, których świadkiem nie był i nie miał o nich bezpośredniej wiedzy. Z czasem bowiem akcja przenosi się z frontu wschodniego do Berlina i mniej opisuje przygody bojowców, a bardziej skupia się na pracownikach służby więziennej i ich metodach, a także, jak można się bez trudu domyślić, na więźniach. W sporej części są to anegdoty w stylu niemal szwejkowskim, choć mniej w nich sowizdrzalskiego humoru, a więcej brutalnej i wulgarnej dezynwoltury.

Jednak jeśli już trafimy na kogoś, kto nie jest być może okrutny i krwiożerczy, a co więcej jest ofiarą takich właśnie ludzi, jest on zwyczajnie zbyt głupi i naiwny, byśmy mogli go polubić. W najlepszym razie możemy mu współczuć. Z jednej strony mamy staruszkę, w swej demencji do reszty odklejoną od otaczającej ją rzeczywistości, głośno mówiącą co myśli, nie zdając sobie sprawy z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Do końca myśli, że wszyscy traktować ją będą z czcią należną jej siwym włosom. Z drugiej strony jest generał, pensjonariusz jednego więzienia, który niebawem ma zostać przewieziony do kolejnego, wcześniej jednak musi podpisać oświadczenie, że traktowany był bez zarzutu. Na to nie chce się zgodzić, jednak gdy służba więzienna postanawia go za to ukarać poprzez zamusztrowanie na śmierć, nie widzi w tym nic zdrożnego.

- Obergefreiter, za dziesięć minut więzień musi być gotów na podwórzu w mundurze polowym, pięćdziesiąt kilo mokrego piasku w plecaku i ubrany w najstarsze i najsztywniejsze buty, jakie zdołacie znaleźć. Do każdego buta wsuniecie mały, okrągły kamyk. Zaczniecie od dwóch godzin biegu.(...)
Generał brygady miał niewzruszoną minę. Rozkaz majora był w porządku, absolutnie zgodny z pruskim regulaminem wojskowym. Wszystko zależało od tego, czy jego serce wytrzyma.

Wątek karnego oddziału i więzienia łączy postać leutnanta Ohlsena, który zostaje aresztowany i doświadczając licznych atrakcji hitlerowskiego więzienia czeka na "uczciwy" proces. Już na sali sądowej, gdy sędziowie wychodzą się naradzić, zastanawia się, dlaczego zajmuje im to tyle czasu. Łudzi się, że jeszcze zostanie uratowany. Nie zdaje sobie sprawy, że sędziowie w akcie oskarżenia odnajdują literę, oznaczającą jaki wyrok ma być wydany. Na osobności zaś spędzają tyle czasu, bo muszą się uraczyć zaserwowanym im trunkiem i pogadać na niezobowiązujące tematy. A oskarżony czeka... Lecz tak jak wspominałem wcześniej, można mu współczuć, nie można go polubić. On bowiem denerwuje nas swoją potulnością. Brakuje nam w nim tego, czego Hłasce brakowało w opowiadaniach Borowskiego: zazdrości bitego, który pragnie być bijącym. Przez to Ohlsen, choć z pewnością ofiara bestialskiego systemu (choć Gestapozdaje się nam mówić, że to nie system zdeprawował ludzi, on pozwolił im jedynie swoje zdeprawowanie w pełni ukazać), również ma w sobie coś nieludzkiego.

Choć "Gestapo" w dość ponury sposób opowiada o ponurych czasach i ponurych praktykach pozbawionych sumienia i skrupułów indywiduów, to jednak trudno odnieść wrażenie lektury o charakterze rozliczeniowym. Główni bohaterowie - Porta, Mały, Legionista, Stary, Sven, Barcelona, Heide - nadają jej przygodowy sznyt na miarę Bękartów wojny Tarantino. Bezczelni, okrutni, nie szanują autorytetów, a mimo to wychodzą obronną ręką z każdej sytuacji. Różnica polega na tym, że bohaterowie Bękartów walczyli po "właściwej" stronie i koniec końców zabili Hitlera, zaś członkowie niemieckiego oddziału karnego nie mierzą tak wysoko. Dają upust swemu wewnętrznemu okrucieństwu, jednocześnie przeczuwając już klęskę potęgi, której służą i powoli planując jak oportunistycznie ocalić swą skórę, gdy zakończą się działania wojenne.

wtorek, 7 lutego 2017

rozkminka o lubelskim 22


Nakleili, ale zgodnie z tym co nakleili, nie można naklejać. Ale gdyby nie nakleili, to można by było naklejać. To można, czy nie?

piątek, 3 lutego 2017

rozkminka o hochsztaplerze


Od niepamiętnych czasów, skłonny jestem zaryzykować stwierdzenie że od zawsze, dostrzegałem coś pociągającego w tak zwanym półświatku, który rozszerzyć można po prostu na ogólnie pojęty margines społeczny. Ale margines w jakimś sensie walczący, że ujmę to dość pompatycznie, walczący bez oglądania się na obowiązujące "normalnych ludzi" reguły. Gdy byłem młodszy objawiało się to w zachłannej lekturze Opowieści z kantyny Mos Eisley, opisującej losy kilkunastu postaci (scum and villainy, jak określił ich Obi-Wan Kenobi), pojawiających się przez chwilę w kultowej scenie z Nowej nadziei. W okresie licealnym zaczytywałem się w opowiadaniach Marka Nowakowskiego, by wraz z nim i opisywanymi przez niego doliniarzami czaić się w warszawskich bramach. Ostatnio zaś z ogromnym ukontentowaniem śledziłem losy bohaterów serialu Animal Kingdom, rodzinę wykolejeńców, utrzymujących się z kolejnych skoków.

Tyle gwoli wstępu, któremu groziło przez chwilę, że rozrośnie się do rozmiaru całej rozkminki na zupełnie inny temat niż sobie zamierzyłem. Może kiedyś. Tymczasem chciałbym wyjaśnić, że powyższe wynurzenia miały za zadanie niejako opisać jak bardzo naturalne było sięgnięcie po książkę, o której kilka słów chciałbym napisać. Chodzi mianowicie o Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla autorstwa Tomasza Manna. Było to dla mnie zaskoczenie o tyle, że zawsze sądziłem że znajomość z twórczością tego pana zacznę od słynnej Czarodziejskiej góry, do której od lat się przymierzałem, tymczasem padło na książkę, o której istnieniu dowiedziałem się nieledwie kilka dni przed przystąpieniem do jej lektury. Tak się zresztą składa, że oświeciła mnie w jej względzie przedmowa do Opowieści łotrzykowskich, czyli półświatka w wersji arabskiej z X wieku, z której nie wyniosłem niestety nic więcej niż ta rekomendacja. Inny świat. Ale do rzeczy.

Pierwszą dającą do myślenia ciekawostką, zanim jeszcze przystąpimy do lektury, jest fakt, że choć Wyznania są ostatnią powieścią Manna (wydana w 1954, na rok przed śmiercią pisarza), to pisać je zaczął, jak wynika z posłowia, jeszcze w 1910 roku. O samym procesie twórczym, już przez sam fakt rozciągnięcia w czasie niecodzienny, nie wiem nic więcej. Ciekaw jestem, czy istnieją jakieś fragmenty dzienników bądź listy, w których autor ujawniałby w sposób świadomy lub nie, dlaczego ten pomysł tak długo nosił w sobie, jednocześnie przez wiele lat nie będąc w stanie doprowadzić do jego pełnej realizacji. Nie wiem, czy za bardzo się nie zasugerowałem tym faktem, ale wydaje mi się, że do pewnego stopnia da się odczuć, że pomysł na powieść ewoluował w czasie. Być może jest to tylko moje wrażenie i nawet nie będę próbował udowodnić, że jest tak w rzeczywistości, ale jeśli tak było, to zaowocowało to pewną nieprzewidywalnością, jakby sam autor nie do końca kontrolował to, dokąd zabierze czytelnika.

Jeśli uprzemy się, by powieść gatunkowo zaklasyfikować, wydaje mi się, że przyjdzie nam to z łatwością. Ot, klasyczny bildungsroman, wzbogacone o elementy powieści łotrzykowskiej. Tytułowy Feliks, mężczyzna "dopiero po czterdziestce", na swym koncie mający już odsiadkę, sięga po pióro i papier, by przedstawić się czytelnikom, choć, jak można podejrzewać, w gruncie rzeczy chodzi mu o samopoznanie; adresat jego wyznania jest do tego jedynie pretekstem. Metodycznie przedstawia swoją biografię, począwszy od lat najmłodszych: sielskiego dzieciństwa w rodzinie fabrykanta, Krulla seniora. Choć z pozoru mogłoby się wydawać, że w takich warunkach dziecku niczego nie może zabraknąć, trudno o bardziej mylne przekonanie. Dostatki, w które człowiek opływa, potrafią ograniczać, a wówczas tym mocniej pożąda się wolności. Dziecko, nieuwikłane jeszcze tak bardzo w społeczne konwenanse, odczuwa ten zew być może jeszcze dotkliwiej.

Początkowo owo pragnienie wyraża się w niechęci do uczęszczania na szkolne zajęcia i w potrzebie posiadania niewyczerpanego zapasu cukierków. Do tego zaś wystarczy kolejno, umiejętność podrobienia ojcowskiego podpisu i zorientowanie się, o której godzinie sklepikarz zostawia nierozważnie swój przybytek niepilnowany. Przy tym, należy dodać, że w tym ostatnim przypadku Feliks nie uważa tego co robi za pospolitą kradzież. Pospolite jest to, co robią inni, jeśli zaś tej samej czynności dopuszcza się on, siłą rzeczy przestaje być ona pospolita. Można więc wręcz powiedzieć, że bohater od najmłodszych lat dąży do oszustwa absolutnego - mały Feliks uparcie wpatrując się w swe lustrzane odbicie, dochodzi w końcu do takiej wprawy, że na zawołanie jest w stanie według upodobania zwężać i rozszerzać źrenice. Nie dziwi więc fakt, że dekadę później nie będzie dla niego większym problemem oszukanie komisji wojskowej.

Do tego czasu, niezależnie od niego zdąży się zmienić jego sytuacja życiowa, a co za tym idzie pozycja społeczna. Feliks ma kilkanaście lat, gdy fabryka ojca bankrutuje, a sam ojciec popełnia samobójstwo. Rodzina pozostaje bez środków do dalszego egzystowania i musi radykalnie odmienić swe życie, by przetrwać w bezlitosnym, nie tolerującym słabości świecie. Ojciec chrzestny Feliksa załatwia swemu ulubieńcowi posadę w paryskim hotelu, jednak do czasu wyżej wspomnianego uregulowania stosunku do służby wojskowej, chłopak musi pozostawać we Frankfurcie, na którego ulicach obserwuje życie i powoli snuje plany na przyszłość. Plany dalekie od mrzonek, o które tak młodego człowiek można by podejrzewać, pozbawione też jakichkolwiek skrupułów, które pozostawić należy owym pospolitym innym. Konsekwencją społecznej degradacji jest być może fakt, że bohater w jakimś stopniu wyzwala się i może próbować ukształtować od zera swój los.

"Kot łowny, chłop mowny" - z tym ludowym powiedzonkiem koresponduje postawa życiowa jaką przyjmuje bohater. Słowo kształtuje rzeczywistość, wystarczy odpowiednie podejście do interlokutora. Na przykład do księdza po rozmowie z którym samobójstwo ojca przestaje być samobójstwem. Swoje wygadanie bohater doprowadza do perfekcji, dochodzi do tego niebywała zdolność do nauki języków obcych, wystarczy mu, że przez jakiś czas posłucha cudzoziemca, by już być w stanie w stopniu podstawowym posługiwać się jego mową. Zatem hotel, w którym przyjdzie mu rozpoczynać karierę, kocioł w którym mieszają się najprzeróżniejsze nacje, staje się dla jego kariery wymarzonym wręcz poligonem. Lecz choć słowo pełni rolę jego ulubionego narzędzia, maczety torującej mu szlak przez dżunglę rzeczywistości, bohater daleki jest od jego uświęcania. Wręcz przeciwnie. Wgryzł się w nie tak mocno, że przebił się na drugą stronę, by ujrzeć jego prawdziwe oblicze:

Na dwu tylko biegunach międzyludzkiej łączności, tam, gdzie słów jeszcze nie ma albo już nie ma, a więc w spojrzeniu i w objęciu, można znaleźć właściwe szczęście, gdyż tylko tam jest bezwarunkowość, wolność, tajność i do samego dna posunięta bezwzględność. Wszelka leżąca pośrodku zażyłość i wymiana jest ckliwa i letnia, wyznaczają ją, uwarunkowują i ograniczają formalizmy oraz konwencja mieszczańska. Włada tu słowo - to mdłe i wystygłe narzędzie, ten pierwowzór łagodnej i umiarkowanej ogłady, tak bardzo obcy istotą swoją płomiennej a milczącej sferze natury, iż można by uznać każde słowo, samo w sobie i jako takie już za frazes.

Gdy na horyzoncie pojawia się markiz Venosta, jego relacja z głównym bohaterem nasunąć może luźne skojarzenie z heglowską dialektyką pana i niewolnika. Stojący na szczycie drabiny społecznej markiz jest zaskakująco nieporadny, bryluje na salonach, jednak jakakolwiek autonomiczna decyzja jest dla niego niedostępna; jest całkowicie uzależniony od rodziców, którzy w każdej chwili, przykładowo gdy zakocha się nie po ich myśli, mogą zakręcić kurek z kasą. Z drugiej strony mamy naszego Krulla, któremu z windziarza udało się awansować na kelnera - człowieka, z którym ludzie należący do sfer Venosty raczej nie zwykli się liczyć. Ten jednak ma w sobie coś, dzięki czemu góruje nad zgnuśniałym markizem. Nie daje się uwięzić w sztucznej konwencji. Kolejne filozoficzne skojarzenie odsyła nas do Sartre'a i jego pojęcia złej wiary, czyli fałszywemu przekonaniu, że nadana jest nam jakaś rola, którą musimy odgrywać, z którą jesteśmy niejako tożsami. Znamienny jest zresztą fakt, że Sartre dla ilustracji swej teorii posługuje się właśnie przykładem kelnera. Feliks Krull złą wiarę zdecydowanie odrzuca, dzięki czemu rzeczywiście wznosi się ponad pospolitość.


Jesteśmy więc świadkami stopniowej destrukcji odchodzącego do lamusa ładu społecznego, w którym to urodzenie determinowało ludzkie funkcjonowanie w świecie i niezależnie od wszystkiego nie pozwalało człowiekowi aż do śmierci zmienić swego statusu, a jakikolwiek awans czy degradacja odbywał się wyłącznie w ramach określonej grupy. Teraz zaś wszystko zależy od zbudowania odpowiedniej narracji, odpowiedniego podejścia słuchacza, obliczonego na oczekiwaną przez nas reakcję. Na usta ciśnie się słowo, określone "słowem roku 2016", mianowicie post prawda. W ten paradoksalny sposób ukazywanie niespożytej siły słowa, ma je w naszych oczach do reszty zdeprecjonować. Nie ma prawdy tam, gdzie jest słowo. Co nie wróży nam zbyt dobrze, gdy przypomnimy sobie pierwszy wers z Ewangelii św. Jana.